Spis numeru

TEMAT MIESIĄCA

Nowy Przegląd Wszechpolski, Numer 3-4, 2006.

:: Artykuł wstępny
Antygrunwald plus antywiedeń.

:: Temat miesiąca
Andrzej Turek, Polityka przełomu czy kontynuacji.

:: Historia i współczesność
Teresa Bloch, Rola symboli w życiu narodu polskiego.

:: Polska Bogiem silna
Niezwykły Jubileusz.
Henryk Nowik, Czytając Testament Jana Pawła II.

:: Oświata-Kultura-Wychowanie
Andrzej J.Horodecki, Prawo naturalne nadzieją ludzkości.


:: Archiwum
:: Redakcja

Andrzej Turek

Polityka przełomu czy kontynuacji

Takiego scenariusza politycznego praktycznie nikt nieprzewidział. W ogromnym skrócie wypadki rozwijały się następująco: Pomimo zaciętej walki PO i PiS w wyborach parlamentarnych większość przesłanek zdawała się wskazywać na wygraną pierwszej z tych partii. Znak zapytania pojawił się wraz ze zwycięstwem Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. To uczyniło PiS panem sytuacji i stworzyło mu przestrzeń do prowadzenia gier sejmowych w różnych wariantach. Gdyby prezydentem został Tusk, powstanie POPiS-u byłoby definitywnie przesądzone, i to raczej na warunkach podyktowanych przez Platformę. Polacy jednak nie ruszyli masowo głosować na „jedynie słusznego kandydata”, wskazanego przez głównych luminarzy polskiej demokracji, co wprawiło tychże w osłupienie. Sam niedoszły prezydent i pozostali liderzy PO, wraz z całym potężnym zapleczem medialno-biznesowym, byli tak pewni siebie, że prawdopodobnie nie przygotowali w ogóle wariantów strategii politycznej na wypadek porażki. Gdy ta stała się faktem, w żaden sposób nie chcieli przyjąć do wiadomości, że w ewentualnej koalicji będą odgrywać rolę drugorzędną. Posiadając silne wsparcie mediów, próbowali wymusić daleko idące koncesje na PiS-ie, a gdy okazało się, że ten nie ugnie się pod presją, świadomie doprowadzili do zerwania konstruktywnych rozmów. Wynikiem tego był długotrwały impas polityczny i mniejszościowy rząd Kazimierza Marcinkiewicza.

Przez pewien czas porozumienie PO-PiS pozostawało dalej sprawą otwartą. Parły ku temu media, gdyż mniejszościowy rząd nie mógł na dalszą metę sprawnie funkcjonować, rozważana zaś jako wariant alternatywny koalicja rządowa z LPR, Samoobroną i ewentualnie PSL wydawała się jeszcze trudniejsze do praktycznego zrealizowania niż układ z PO. Ponieważ jednak obie strony wykluczały jakiekolwiek ustępstwa, stan politycznej destabilizacji parlamentu się przeciągał. W tym stanie rzeczy pojawiło się nagle widmo przedterminowych wyborów, co wywołało widoczną panikę większości partii zasiadających w sejmie. Gdy wybory wydawały się już prawie przesądzone, doszło do następnego nieoczekiwanego zwrotu sytuacji i oto na progu IV RP mamy coś, czego nigdy nie było w 15-letnich dziejach III RP, a mianowicie koalicję programową w postaci tzw. Paktu Stabilizacyjnego PiS–LPR–Samoobrona.

Nasuwa się tu pytanie, czy ten burzliwy scenariusz był rezultatem całego ciągu niespodziewanych komplikacji politycznych, mających swe źródło w niezdrowych ambicjach i urazach toczących polską klasę polityczną, czy też niektóre posunięcia braci Kaczyńskich tylko z pozoru sprawiały wrażenie chaotycznych, stanowiąc w rzeczywistości element precyzyjnie obmyślanego, a następnie konsekwentnie wcielanego w życie planu zdobycia i utrwalenia władzy. Tego zapewne do końca nie wie nikt – poza prezydentem Lechem Kaczyńskim i prezesem PiS-u Jarosławem Kaczyńskim i ewentualnie ich najbliższymi współpracownikami. Taki plan jednak na pewno istniał i obejmował różne warianty gier politycznych, spośród których, w zależności od rozwoju sytuacji, realizowany był ten najbardziej optymalny dla PiS-u. I trzeba przyznać, że doprowadzenie do zawarcia Paktu Stabilizacyjnego nawet za cenę tych wszystkich zawirowań i awantur sejmowych było z punktu widzenia partyjnych interesów PiS i głoszonego przezeń programu politycznego rozwiązaniem najlepszym z możliwych. Wbrew pozorom pole do manewru było bardzo wąskie, a obydwa warianty koalicyjne niosły ze sobą bardzo poważne trudności i zagrożenia.

Wejście w koalicję z Platformę oznaczałoby automatycznie, że program gruntownego oczyszczenia i zreformowania państwa przez wywrócenie słynnego stolika i rozbicie nieformalnego układu klasy politycznej, służb specjalnych, aferalnego biznesu i środowisk przestępczych pozostałoby w większej części na papierze. PO zrobiłaby wszystko, co leży w jej mocy, by zablokować wszelkie dalej idące działania w tym kierunku jako godzące w jej interesy, zwłaszcza gdyby udało się jej uzyskać silną pozycję w resortach siłowych. Warto przypomnieć sobie, z jaką determinacją parła do zawładnięcia MSW. Był to w praktyce jej główny warunek wejścia do rządu.

Ponadto układ z PO postawiłby pod wielkim znakiem zapytania następny strategiczny cel Jarosława Kaczyńskiego, a mianowicie uczynienie z PiS jedynej wielkiej partii prawicowej, która całkowicie zdominowałaby polską scenę polityczną na długie lata. Groziłby bowiem rozczarowaniem i szybką utratą elektoratu, przyciąganego przez pozostające zapewne w tej sytuacji w radykalnej opozycji LPR i Samoobronę. Rozpowszechniana na wszystkie strony opinia, że wyborcy PO i PiS głosowali na te partie z przekonaniem, że następnie zawrą one koalicję rządową, jest niczym innym jak tylko zwykłym chwytem propagandowym, służącym najpierw jako jeszcze jeden instrument nacisku na PiS, a w chwili obecnej mającym destabilizować jego społeczne zaplecze. Zapewne takiej koalicji oczekiwał elektorat Platformy, ale nie wyborcy PiS-u, którzy w dużej części poparli go tylko dlatego, żeby nie dopuścić do zwycięstwa tejże Platformy w wyborach. Jeśli nawet założyć, że ludzie ci dali się w międzyczasie urobić propagandzie, że najdalej idący kompromis z PO byłby mniejszym złem od sejmowych kłótni, trzeba mieć na uwadze, że już po niedługim czasie rozczarowanie społeczne tymże kompromisem byłoby daleko większe.

W ogóle patrząc zdroworozsądkowo – przynajmniej na dzisiaj – nie ma żadnych powodów do narzekania, że do powstania POPiS-u ostatecznie nie doszło. Trudno było też liczyć na klasyczną koalicję rządową PiS–LPR–Samoobrona z uwagi chociażby na ogromne ambicje ich liderów. Poza tym rzecz to karkołomna układać się z partią, która jest zupełnie nieprzewidywalna i na przestrzeni kilku ostatnich lat wielokrotnie ewoluowała od lewicy do prawicy i z powrotem w zależności od zmieniającej się koniunktury. Zresztą wydaje się, że przywódcy PiS są zbyt skrępowani tzw. polityczną poprawnością i zbyt dbają o swój wizerunek na Zachodzie, by mogli sobie pozwolić na wprowadzenie do rządu ludzi, którzy uznawani są tam za demagogów i oszołomów.

W tym skomplikowanym położeniu straszak przedterminowych wyborów okazał się w rękach PiS-u może niezbyt chlubną, ale skuteczną metodą opanowania sytuacji przez Pakt Stabilizacyjny, sprowadzający się do wymuszenia poparcia LPR i Samoobrony dla mniejszościowego rządu PiS za najniższą możliwą cenę. Oczywiście, nie będzie on wcale taki stabilny i trwały, jak to sugeruje jego nazwa, ale zapewne utrzyma się przez jakiś czas, zwłaszcza jeśli partie sojusznicze dostaną odpowiednio atrakcyjne posady w agencjach i innych instytucjach kontrolowanych przez państwo. W międzyczasie PiS będzie kontynuował akcję obsadzania aparatu państwowego swoimi ludźmi. To akurat trudno mu mieć za złe.

Owa piętnowana na wszystkie sposoby „łapczywość” to niejako wrodzona skłonność każdej partii politycznej i podejrzewam, że gdyby dzisiejsi obrońcy „moralnych standardów” w polityce z PO zamienili się na chwilę miejscami z PiS-em, to rychło zmieniliby zdanie. Ta „łapczywość” jest tym bardziej zrozumiała i uzasadniona, gdy do władzy dochodzi partia głosząca program głębokich zmian godzących w interesy dotychczasowego układu polityczno-gospodarczego. A że przywódcom PiS-u trudno odmówić politycznej zręczności i skuteczności, należy spodziewać się, że zakres kontroli partii rządzącej nad strukturami państwa będzie sukcesywnie się zwiększał. Nie oznacza to jednak, że możemy liczyć na rzeczywisty przełom polityczny i gospodarczy przekładający się na poprawę sytuacji większości Polaków. Owszem, cały pakiet działań zmierzających do wzmocnienia władzy wykonawczej i rozbicia dotychczasowego układu budzi pewne nadzieje i zapewne przyniesie jakieś, większe lub mniejsze, pozytywne efekty, jednak walka z korupcją, lustracja czy dekomunizacja nie są tym, czego przeciętny Polak najbardziej oczekuje. Oczekuje on przede wszystkim radykalnej poprawy sytuacji gospodarczej, a na to bynajmniej się nie zanosi. Bowiem PiS-owska wizja „Polski solidarnej” wyraża się głównie w tym, że państwo nieco bardziej zatroszczy się o najbiedniejszych obywateli, wypłaci im nieco większe zasiłki, przyzna większe ulgi, znajdzie pieniądze na dożywianie głodnych dzieci itp. Tego rodzaju kroki, skądinąd bardzo potrzebne, są jednak mimo wszystko tylko łagodzeniem skutków zapaści gospodarczej bez sięgnięcia do jej zasadniczych przyczyn. Warto zauważyć, że w ferworze walk politycznych o przetrwanie i wpływy ostatecznie utonęły postulaty rozliczenia złodziejskiej prywatyzacji. Nie widać żadnych działań w kierunku ograniczenia nadmiernych przywilejów eksploatującej swobodnie Polskę kapitału zachodniej, a tym bardziej odzyskania przynajmniej części zagrabionego majątku państwowego. Poprzednia minister finansów za skrytykowanie zachodnich hipermarketów zapłaciła natychmiastową dymisją.

Co jednak najistotniejsze nikt już nie mówi o konieczności negocjacji Układu Stowarzyszeniowego z Unią Europejską, a Pakt Stabilizacyjny nie zawiera żadnych zapisów, które by wskazywały na to, że układ PiS–LPR–Samoobrona będzie do tego dążył. W ogóle skupienie całego ciężaru dyskursu politycznego wokół gier sejmowych spowodowało, że niezwykle istotne zagadnienia polityki zagranicznej zeszły na dalszy plan. W efekcie mało kto przywiązuje większą wagę do faktu, że nowa ekipa rządząca zaczęła realizować kierunek polityki zagranicznej nie różniący się istotnie od polityki rządzących niedawno postkomunistów. Jedyną zauważalną zmianą w tym zakresie jest położenie jeszcze większego nacisku na współpracę z USA. Pierwszą stricte polityczną wizytę złożył prezydent Kaczyński w Waszyngtonie. Swoją drogą trzeba przyznać, że pan prezydent nie miał tu większego wyboru. Z oczywistych względów nie powinien jechać do Brukseli ani do Berlina, a tym bardziej do Moskwy. W grę mógł wchodzić ewentualnie Rzym, Paryż albo Praga. Prezydent postanowił jednak zacząć od najwyższego pułapu i nawiedzić światowego hegemona, którego uznaje za głównego naszego sojusznika i przyjaciela. Zapewne przytłaczająca większość Polaków nie widzi w tym nic złego. Niektórzy poczuli się nawet, być może, lekko podbudowani, widząc w telewizji sielankowy obrazek obu prezydentów rozmawiających jak równy z równym. To, o czym rozmawiali, naturalnie już mało kogo obchodziło. Ta beztroska naszych rodaków nie zwalnia nas jednak od postawienia pytania, jaką cenę trzeba było zapłacić za ową rozmowę, a nawet za samo zaproszenie do Waszyngtonu. W ten oto sposób dotykamy niezwykle istotnej, a zarazem zmitologizowanej kwestii korzyści i kosztów wiążących się z przyjęciem i realizacją opcji proamerykańskiej. Łatwo bowiem zauważyć, że zwolennicy ścisłej współpracy z USA, notabene skupieni w prawie wszystkich stronnictwach parlamentarnych, z LPR włącznie, mają poważny problem z racjonalnym uzasadnieniem swej tezy. Zapytani, jakie płyną stąd dla Polski korzyści, uciekają zwykle w ładnie brzmiące ogólniki w rodzaju, że strategiczny sojusz z USA wzmacnia pozycję Polski w świecie, albo – nieco konkretniej – zwiększa poziom naszego bezpieczeństwa. Nie pada w tym miejscu, co prawda, jasne określenie, kto konkretnie naszemu bezpieczeństwu zagraża, ale nietrudno wydedukować, że – pomijając islamski terroryzm – może chodzić tylko o Rosję i Białoruś, bo przecież z pozostałymi sąsiadami żyjemy w oficjalnej przyjaźni. Kolejnym logicznym krokiem musi być zatem próba sprecyzowania charakteru i skali tego zagrożenia. Na pewno nie wchodzą tu w grę jakiekolwiek spory graniczne czy pretensje terytorialne. Nie ma żadnych przesłanek wskazujących na to, aby wymienione państwa dążyły do zagarnięcia jakiejś części naszego terytorium. Nie przejawiają też one żadnych tendencji do nasilonej ekspansji gospodarczej i w ślad za nią politycznej wobec naszych regionów przygranicznych, np. Suwalszczyzny czy Podlasia, na podobieństwo jawnie zaborczej polityki realizowanej przez Niemcy wobec Śląska, Pomorza czy Mazur. Nikt myślący zdroworozsądkowo nie bierze także pod uwagę realnej groźby agresji militarnej Rosji, a tym bardziej Białorusi na kraj, który bądź co bądź jest członkiem UE i NATO.

Pozostaje zatem uzależnienie od dostaw rosyjskiej ropy i gazu, dające Rosji możliwość wywierania politycznego nacisku na Polskę, co dla rodzimych rusofobów jest automatycznie równe mieszaniu się w nasze sprawy wewnętrzne. Dochodzi do tego oparta również głównie na rosyjskim gazie współpraca rosyjsko-niemiecka, realizowana ponad naszymi głowami i naszym kosztem.

W czym zaś może wyrażać się zagrożenie ze strony Białorusi? Jest ona ściśle związana z Rosją, więc stosunki polsko-białoruskie są w dużej mierze pochodną stosunków polsko-rosyjskich i odwrotnie. Bowiem nasi demoliberałowie za nic w świecie nie mogą zaakceptować autorytarnego systemu rządów Aleksandra Łukaszenki. Co prawda, nie przejawia on żadnych tendencji do ekspansji na zewnątrz, a więc nie zagraża bezpośrednie polskiej demokracji, jednak sama świadomość, że funkcjonuje tuż za miedzą, rodzi u różnej maści obrońców praw człowieka tak głęboki moralny i polityczny dyskomfort, że w myśl zasady „demokraci wszystkich krajów łączcie się” uważają, że jest koniecznością obalenie dyktatora i obdarowanie Białorusinów wolnością, nawet jeśli ci nie bardzo jej pragną. W związku z tym wszelkimi sposobami wspierają białoruską opozycję, co – rzecz prosta – musi budzić rosnące niezadowolenie i chęć odwetu u samego Łukaszenki, a jednocześnie drażnić Rosję, traktująca Białoruś jako kluczowy element swej strefy wpływów.

Oczywiście, uzależnienie energetyczne od Rosji i współpraca rosyjsko-niemiecka są bezdyskusyjnymi faktami, jest jednak bardzo wątpliwe, czy rzeczywiście jedyną skuteczną metodą neutralizacji tych groźnych zjawisk jest polityka proamerykańska. By odpowiedzieć sobie na to pytanie, trzeba najpierw zastanowić się nad genezą rosyjskiej polityki wobec Polski w ostatnim czasie.

Mówiąc dokładnie, chodzi o stwierdzenie, czy polityka ta była procesem nieuchronnym i niezależnym od Polski, na który nie mieliśmy żadnego wpływu, czy też przeciwnie – sami prowokowaliśmy Rosję do antypolskich posunięć. Otóż każdy obiektywny obserwator sceny międzynarodowej przyzna, że nasze władze wielokrotnie podejmowały działania godzące w rosyjskie interesy geopolityczne. Bo czymże innym z rosyjskiego punktu widzenia było wsparcie „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie albo ostentacyjne wspieranie sił prozachodnich na Białorusi. Jeśli więc pod dyktando Zachodu angażujemy się w działania zmierzające do drastycznego osłabienia sytuacji geopolitycznej Moskwy, to nie dziwmy się potem, że dotykają nas rosyjskie kroki odwetowe. Bo wszystkie te dyplomatyczne upokorzenia i przykrości, jakie spotkały nas w poprzednim roku z tamtej strony, stanowiły klasyczny rewanż za rolę, jaką p. Kwaśniewski i inni polscy politycy, także z PiS-u, odegrali w Kijowie. Był to efekt głębokiej rosyjskiej frustracji, która znalazła ujście przy pierwszej nadarzającej się okazji w posunięciach, które nie służą ani Polsce, ani na dłuższą metę także Rosji. Dobrze więc, że ten okres wojny propagandowej miedzy obydwoma państwami, wyrażającej się w różnych złośliwościach, afrontach i wypominaniu historycznych krzywd, mamy już definitywnie za sobą. Jednak kluczowe zagadnienia gospodarcze, m.in. związane z gazem i zamknięciem rosyjskiego rynku dla naszej żywności, są dalej aktualne i wymagają szybkiego rozwiązania. Jeśli można te sprawy jakoś załatwić, to wyłącznie przez dwustronne rokowania, a nie próby wywierania presji na Rosję za pośrednictwem USA. Po pierwsze Amerykanie nie są wcale do tego specjalnie skorzy, a po drugie, jeśli nawet Putin ugnie się pod takim naciskiem i pójdzie na pewne ustępstwa, będą to tylko ustępstwa przejściowe, które na dalszą metę jeszcze pogłębią rosyjską wrogość do Polski. W ogóle cała kuriozalność polskiej polityki wschodniej w dzisiejszym jej kształcie wyraża się w tym, że najpierw gorliwie realizujemy strategiczne cele USA i UE na Ukrainie i Białorusi bez widoków na realne korzyści dla siebie, a potem musimy jeszcze dopraszać się mocodawców, by nas zechcieli łaskawie bronić przed rosyjskim odwetem.

Mówiąc obrazowo, mamy tu do czynienia z sytuacją, w której proponowane jest lekarstwo, będące jednocześnie przyczyną choroby. Natomiast dla USA i innych państw zachodnich jest to sytuacja niezmiernie korzystna – mogą oficjalnie utrzymywać jak najbardziej poprawne stosunki z Rosją, a nieczyste zagrywki wobec niej przeprowadzać cudzymi, czyli w tym przypadku polskimi rękami. Tak oto przedstawia się od podszewki strategiczny sojusz polsko-amerykański w wymiarze geopolitycznym.

Orientacja proamerykańska nie przyniosła też Polsce liczących się korzyści gospodarczych, mimo że niektórzy tzw. prawicowi publicyści obiecywali nam, z Polską jako głównym beneficjentem. Całkowicie poważnie mówiono zaś o amerykańskim offsecie związanym z zakupem przez Polskę przestarzałych F-16, kontraktach w Iraku dla polskich firm, a nawet dostawach irackiej ropy. Praktycznie efekty tych obietnic okazały się jednak bardzo mizerne. Wymiernych korzyści jak nie było dotąd, tak i zapewne nie będzie w przyszłości, chociażby tylko z tego względu, że USA nie są dla nas bynajmniej kluczowym partnerem gospodarczym. Jak zaś wygląda w praktyce amerykańska wdzięczność, świadczy o tym najlepiej sprawa zniesienia wiz dla Polaków, skądinąd absolutnie drugorzędna z punktu widzenia właściwie pojmowanego interesu narodowego i państwowego. Pierwsze obietnice słychać było już dobrych kilka lat temu, a do chwili obecnej sprawa nie posunęła się dosłownie nawet centymetr do przodu. Dla kontrastu Waszyngton wymaga od nas nie obietnic czy papierowych deklaracji poparcia, ale czynnego wspierania własnych przedsięwzięć politycznych i militarnych w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Ceną „strategicznego sojuszu” było m.in. zhańbienie polskiego munduru i uczestnictwo w amerykańskiej okupacji Iraku i Afganistanu – bo tak trzeba nazwać obecność USArmy w tym kraju – co skierowało przeciw nam cały świat arabski. Jeszcze przed wizytą pana prezydenta Kaczyńskiego w USA zapadła decyzja o pozostawieniu polskiego kontyngentu wojskowego w Iraku.

Jednocześnie Polska ustami Marcinkiewicza udzieliła poparcia kandydatowi na prezydenta Białorusi Milinkiewiczowi, który nawet nie kryje, że jest zaufanym człowiekiem Zachodu. Mało tego, za tym poparciem poszły konkretne działania, będące jawnym wmieszaniem się w kampanię wyborczą w sąsiednim państwie. Czy właśnie te kroki miały przygotować grunt pod wizytę pana prezydenta w Waszyngtonie? Jest to wysoce prawdopodobne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że przywoływana już rozmowa Bush–Kaczyński toczyła się głównie wokół spraw białoruskich i ukraińskich. To nie wyczerpuje jednak listy amerykańskich żądań wobec Polski, które nowa ekipa gotowa jest spełnić. Coraz bardziej realne jest rozmieszczenie na terytorium Polski elementów nowego amerykańskiego systemu antyrakietowego, o czym wyczerpująco pisał Józef Bizoń w poprzednim numerze NPW. Rząd Marcinkiewicza wyraził gotowość zwiększenia udziału Polski w okupacji Afganistanu. Są też wszelkie podstawy do obaw, że zostaniemy uwikłani w coraz bardziej prawdopodobny atak USA i Izraela na Iran.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekiwał od PiS-u natychmiastowych, radykalnych zmian w polskiej polityce zagranicznej. Nie jest bowiem rzeczą możliwą z dnia na dzień odejść od kierunku, który obowiązywał przez ostatnie 15 lat i uczynił Polskę bezwolną marionetką Zachodu. Trudno jednak znaleźć uzasadnienie dla pogłębiania tego stanu rzeczy. Nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi są, niezależnie od tego, jak oceniamy ich globalną rolę w świecie, kwestią niezmiernie istotną i należy zabiegać o utrzymanie ich na jak najlepszej stopie. Jednak nie za wszelką cenę, a w szczególności nie kosztem dalszego komplikowania sobie stosunków z najbliższymi sąsiadami, a zarazem bardzo ważnymi partnerami gospodarczymi, oraz stawiania Polski w otwartym konflikcie z całym światem islamu.


Artykuł wstępny •  Andrzej Turek, Polityka przełomu czy kontynuacji •  Teresa Bloch, Rola symboli w życiu narodu polskiego •  Niezwykły Jubileusz •  Henryk Nowik, Czytając Testament Jana Pawła II •  Andrzej J.Horodecki, Prawo naturalne nadzieją ludzkości •  Archiwum •  Redakcja


Powrót do strony głównej