Zygmunt Zieliński
Spektakl wyborczy. Odsłona 3 Triumfalizm czy spokojna praca?
Ktoś, partyzant Lecha Kaczyńskiego - jak by rzekł Onufry Zagłoba – powiedział mi wczoraj, w niedzielę, 23 października 2005 r., iż obawia się o swój spokojny sen, bowiem wyniki wyborów prezydenckich mogą go walnie zakłócić. Ponieważ wiedziałem, czyim jest stronnikiem, odczytałem jego obawy jako zwątpienie w sukces Lecha Kaczyńskiego. Pocieszyć go nie mogłem, gdyż sam byłem podobnego zdania. Po rewelacyjnym wyniku ogłoszonym tuż po 20.00 w TV przyszła pora na pytanie: co spowodowało aż tak wielkie rozwarcie między rezultatami prawie wszystkich sondaży przedwyborczych a wynikiem wyborów? Podkreślmy to: prawie wszystkich sondaży, bo jeden z nich, podawany przez telewizję TRWAM dawał przewagę Kaczyńskiemu. Przypadek to, czy fragment celowej kampanii? I dalej, gdzie była ona na użytek faworyta fabrykowana? W programach publicznych i komercjalnych, zwłaszcza w TVN, czy też w telewizji TRWAM? Nie odpowiemy tu na te pytania, powinni to jednak uczynić, lub przynajmniej dobrze się nad tym zastanowić, czytający te słowa, i nie tylko oni, ale przede wszystkim autorzy podobnych machlojek, którzy post factum udają naiwnych. Śledziłem kampanię przedwyborczą mniej więcej pilnie. Poza paroma dość zgrzebnymi chwytami, po obu zresztą stronach, była to debata wskazująca na pewien, dotąd u nas raczej niespotykany, poziom. Nikt nikogo zerem nie nazywał, nie dyskutowano dwugłosem, z którego wychodzi często niezrozumiały bełkot. Rzadko bito poniżej pasa. Jednak tutaj demonizowanie Radia Maryja, o. Rydzyka i wskazywanie na montowany przez to środowisko elektorat Lecha Kaczyńskiego, co w podtekście dość wyraźnym oznaczało, iż poprze go ta mniej „inteligentna”, jak się później okazało „moherowa”, część wyborców. To były niesmaczności po stronie zespołu lansującego Donalda Tuska, wskrzesiciela mody na „moherowe berety”. Jakież było moje zdumienie, kiedy wczoraj panowie Bronisław Komorowski i Jan Rokita, ten ostatni w odzieniu odświętno-żałobnym (na obie okazje sposobnym), oznajmili, iż rezultat wyborów był rezultatem brutalnej kampanii PIS-u. To już przesada. Jeśli miano na myśli dziadka wehrmachtowca, to oznaczałoby, iż en-fant terrible, Jacek Kurski, działał na zamówienie PO. Bowiem nikt przy zdrowych zmysłach nie brałby za złe Tuskowi takiej paranteli, zwłaszcza gdyby zapoznano się choćby trochę z dziejami okupacyjnymi Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie (Reichsgau Danzig-Westpreussen), gdzie istniała tzw. volkslista i tylko figurujących na niej brano do wojska (tzw. eingedeutschtów), nie zaś przymusowo Polaków, jak to błędnie telewidzom wyjaśniał jeden z „profesorów”, autorytetów polihistorycznych. Kwestia zaś podpisania volkslisty, zaraz po wojnie ważna, bowiem wymagało to wtedy rehabilitacji, obecnie nie może być żadnym argumentem, zwłaszcza w zastosowaniu do wnuków. Oto czym - na szczęście tylko chwilowo – zajmowano się w tej kampanii wyborczej. PIS z miejsca się od tego odciął, wałkowali to ludzie Tuska, by z powodu wyskoku jednego z członków tej partii pognębiać ją samą. Pan Komorowski (dla którego mam zresztą wiele sympatii) naiwnie użalał się nad przeniewierstwem PIS-u, który przed kampanią na zasadzie wzajemności zobowiązać się miał do nieatakowania PO. Tymczasem zamiast SLD, użalał się prominent PO, atakowano jego partię, zwłaszcza jej program. Rozumiem, że klęska może odebrać jasność i logikę rozumowania, ale nie aż do tego stopnia. W jakim celu miano by w kampanii wyborczej atakować SLD, partię, która sama sobie dostatecznie zaszkodziła, a dalej, na czym miałaby polegać dysputa przedwyborcza, jak nie na wzajemnym prześwietlaniu swoich programów. Bezstronnie rzecz oceniając, PIS miał jednak dość jasno sformułowany program, czego o PO powiedzieć nie można. Dlatego debaty przedwyborcze zamieniały się w enuncjacje emocjonalno-hasłowe lub (bardzo zresztą uprzejme) kąsanie się pytaniami przez obu konkurentów. Z takim prowadzeniem kampanii można się jednak zgodzić. Kultura polityczna pretendentów do fotela prezydenckiego była czymś pocieszającym. Na ostrzejszą wymianę ciosów między sztabowcami można było też się zgodzić. Od tego w końcu jest kampania. Dlaczego jednak po wyborach pojawia się zarzut brutalnej kampanii jako wytłumaczenie przegranej Tuska? Wydaje się, że takie odbicie piłeczki wysyła PO na aut. Może się okazać, iż partia, która tylko tyle ma do powiedzenia na temat rezultatu swych zabiegów w tak ważnej sprawie, nie ma wiele do powiedzenia w polityce. Dobrze to czy źle? Oczywiście – źle. Donald Tusk swym godnym uznania wystąpieniem po wyborach sytuację tę starał się ratować, ale to, co wczoraj mówił p. Komorowski, prezentując w dodatku wyraz twarzy wskazujący na głęboką obrazę, nie wróżyło nic dobrego. Można było z jego wypowiedzi tylko jedno wywnioskować: Nie wygraliśmy ani w wyborach ,ni w prezydenckich, zatem nie bawimy się dalej. W dodatku to stałe wracanie do kwestii odpowiedzialności za państwo, i to w taki sposób, jak gdyby teraz PO w rządzie tylko po to była potrzebna, by grać rolę kozła ofiarnego. Gdzież sens takiego politykowania?
Można zrozumieć, iż przegrana rodzi frustracje. Czy jednak warto na nich opierać prognozy, nie mówiąc już o własnych planach działania? Na szczęście Donald Tusk głowy nie stracił, przynajmniej na początku, bo później jakoś częściej puszczały mu nerwy. W moich oczach dopiero w sytuacji przegranych wyborów okazał się on politykiem dojrzałym, szkoda, że nie na dłuższą metę; o innych filarach jego partii trudno powiedzieć, by pomijając najczęściej jałową krytykę, okazali się twórczy.
Wszystkie trzy odsłony tego niewątpliwie emocjonującego spektaklu wyborczego (odwołuję się tu do dwóch poprzednio drukowanych w NPW artykułów), mimo jego zauważonych, może zresztą nieuniknionych słabości, są źródłem nadziei na lepsze jutro. Obie zwycięskie partie mogą teraz pokazać, jak budować nową Polskę, nie tylko hasłami, ale czynem. Dobre jest też wplecenie w ten poważny koncert polityczny elementów humorystycznych. Dla mnie do takiej kategorii zalicza się oświadczenie pana Lecha Wałęsy, który, jeśli wierzyć przekazom, miał powiedzieć, iż wybory te to jego osobista przegrana, że wyniki są niesłuszne i niesprawiedliwe, że nie zamierza w związku z tym pogratulować Lechowi Kaczyńskiemu i że nie jest wykluczone, iż za 5 lat sam wystartuje w wyborach prezydenckich. Współczuć należy nowemu prezydentowi, iż będzie się musiał obejść bez tak cennych gratulacji. Inna nowość to wiadomość, iż demokracja może być niesłuszna i niesprawiedliwa. Oby się choć okazała wydajna! A co do groźby mającej się zrealizować za 5 lat! Kto to wie, co będzie za 5 lat? Można więc spać spokojnie.
Reakcja urzędującego prezydenta nie była tak błyskotliwa jak jego poprzednika. Po raz pierwszy widziałem go tak bardzo zatroskanego. Co miał na myśli, mówiąc o „spokojnych” rządach Donalda Tuska, gdyby ten wygrał, tego trudno się domyślić. Może chodziło o to, że Lech Kaczyński pragnie wrócić do pewnych dawnych spraw, które jak wrzód zatruwają cały organizm społeczny? To faktycznie nie napawałoby wielu, do niedawna prominentów, szczególną radością. Ale przecież w Polsce nikt nikomu dotąd głowy nie urwał, nie licząc niektórych drobnych opryszków. A takowych przecież wśród dawnych elit nie ma, a przynajmniej być nie powinno. Zatem niech też nie liczą na zbyt wiele ci, co ostrzą katowskie miecze. Może nawet trzeba je w ogóle oddać do muzeum, zwłaszcza jeśli tak dziś zastraszeni „profitenci” różnych przekrętów i afer pobłogosławionych u zarania III Rzeczypospolitej przez układy Magdalenki i okrągłostołowe zdecydują się oddać Narodowi to, co do niego należy, a czym się przez te lata tuczyli. Cóż, rząd, który by się o to zatroskał, trudno będzie nazwać „spokojnym”, jeśli o to panu ustępującemu prezydentowi chodziło. Jeśli ktoś miał wątpliwości, co prze pojęcie sprawiedliwości i praworządności rozumie p. Kwaśniewski, cieszący się stale jeszcze zaufaniem ponad 50 % Polaków, to ostatnie ułaskawienia, fundowane na odchodnym, powinny wszystkim otworzyć oczy. Aliści wielu dających p. K. atest zaufania może sobie myśli, iż podobne ułaskawienie może się im w przyszłości przydać. Oczywiście, ale pod warunkiem, że uda się przepchnąć takiego prezydenta jak ustępujący.
Wielu Polaków mających jeszcze stale nadzieję na łowienie ryb w mętnej wodzie biadoli z powodu takiego wyniku wyborów. Na ulicy słyszałem zawodzenie młodzieńca, który nie sprawiał wrażenia polityka, a opłakiwał „koniec Polski liberalnej”. Inni pocieszają się, że zwyciężył „ciemnogród”, zatem mogą mieć satysfakcję, samych siebie zaliczając do „umysłów oświeconych”. Dobre i to „na bezrybiu...”. To wszystko świadczy o kategorii elektoratu PO. Wydaje się jednak, że są tam ludzie, którzy potrafią odróżnić krynicę od szamba. Powinni zatem zastanowić się nad doborem zaplecza, jeśli widzą dla siebie przyszłość jaśniejszą od tej dnia dzisiejszego.
Na koniec, czy ta nowa Rzeczpospolita to rzeczywiście CZWARTA? Pod kątem liczebników porządkowych bez wątpienia, a jak będzie pod względem treści? Zobaczymy.
PS. Już po wyborach. Już rząd desygnowany. Rząd mniejszościowy. Już ostrzą noże, by go zarżnąć. Wielu aż piszczy w oczekiwaniu na awanturę. Można będzie się odegrać za przegrane wybory jedne i drugie. Można się już wyżywać w formułowaniu ultymatywnych żądań, mając świadomość ich niewykonalności (odwołanie p. Leppera ze stanowiska wicemarszałka i zerwanie nie istniejącego sojuszu PiS-u z Samoobroną) Można w mętnej wodzie ryby łowić. Któż się w końcu połapie, czy PiS jest w sojuszu z Samoobroną czy też nie. Wystarczy strzelać bez prochu, bo przecież chodzi o huk, o łomot, o nic więcej. Platforma po prostu nie przewidziała takiego wyniku wyborów i nie przygotowała wariantu na wypadek przegranej. Z pewnością zachodnie koła liberalno-globalistyczne dostały obietnicę, iż Polska zostanie przemodelowana, tak by bez problemów włożyła głowę w obrożę systemu antywartości, jaki już bez kamuflaży fabrykują globaliści. A tu pech, na cztery lata, a może na dłużej, trzeba będzie odsunąć to kastrowanie narodu. Nic dziwnego, że prasa liberalna na Zachodzie grzmi przeciwko rządom „braci Kaczyńskich”, złośliwie deklasując sytuację powstałą w Polsceako na poły prywatne przedsiębiorstwo rodzinne. Oczywiście można powiedzieć, że nie pierwsza i nie ostatnia to bzdura autorstwa tamtejszych „proroków”. Wielu rodzimych im w tym sekunduje.
O co można mieć jednak pretensję? O to, że stale mówi się o kraju, o Polsce, że z góry wieści się fiasko dopiero co wstępnie uformowanego rządu; że żongluje się frazesem programowym. A więc PO go ma (ale tai, póki co), a PiS go nie ma. Mimo uszu puszcza się jasno formułowane punkty tego programu albo zaprasza się na antenę p. Siemiątkowskiego, który sprowadza wszystko do pogoni za komuchami. To, że ktoś ją kiedyś zaniedbał, wyszło mu zresztą na dobre; czy wyjdzie ostatecznie, to się zobaczy.
Inna zmyłka widoczna gołym okiem. Pan Tusk i jego koledzy stale mówią o tym, że PiS po prostu chce sam rządzić i oni (biedacy) nie mają możności wziąć w rządzie udziału, bo... Właśnie, to „bo” stale się zmienia. Raz Lepper, to znowu nie ten marszałek sejmu, już raczej półgębkiem mówi się o różnicach programowych. Ale tak naprawdę jeden tylko argument jest klarowny: NIE BO NIE. Jak na ludzi pretendujących do wyżyn intelektualnych dziwny to argument. Dziś słuchałem wypowiedzi p. Śpiewaka (2 XI). Każdy wysiaduje w swoim gnieździe, stąd może nie mógł on nic innego powiedzieć, niż to, co powiedział. Jednak czy człowiek skądinąd w wielu sprawach wyważony również do tego stopnia ulega retoryce partyjnej, że ląduje na stercie komunałów? Jak bowiem inaczej ocenić zbilansowanie całej taktyki PiS-u jako działań chaotycznych, zależnych od sytuacji, podszytych względnością programu i opcji politycznych. Przecież te gołosłowne frazesy jeden tylko mogły wywołać skutek: sięgnięcie po pilota i wyłączenie telewizora. A tymczasem, jak dotąd, z jednej strony słyszy się wręcz upokarzające błagania o koalicję, a z drugiej wyłącznie obstrukcja, przy tym miny polityków to mieszanina szadenfreude i zawziętej niechęci. Nie powiem których. Przecież mamy oczy, sami możemy ich wskazać palcem. Uciecha z czyichś kłopotów czy po prostu niechęć, a ta to żadne zajęcie dla polityków. Nowy pomysł to gabinet cieni. Czy nie warto pomyśleć, że z cienia można wyjść w nicość?
A gdzież jest w końcu ta Polska, o której do znudzenia się mówi? Czy tylko tam, gdzie stołek gładko się dopasowuje do siedzenia? Bo przecież w końcu warto choć jeden uczciwy gest uczynić, powiedzieć jedno uczciwe słowo. Wydusić z siebie, że chodzi po prostu o to, by być na świeczniku i coś z tego mieć. To ludzkie, może nie najszlachetniejsze, ale właściwe naturze ludzkiej, zatem wybaczalne. Niewybaczalne jest to wieczne kręcenie, obłudne udawanie, że chodzi o Polskę, o ten skołowany naród, o trochę ładu i rzetelności. Nie, nie o to chodzi. To właśnie przegrani udowodnili, że gra toczy się o zgoła coś innego, o ich ambicje, już prawie spełnione. Dobrze, że nie do końca, bo rządzenie z takim pojmowaniem roli własnej, w dodatku bez sprawdzonych kompetencji, to naprawdę dopust Boży.
[5 listopada 2005] Rozmowa w 3 programie TV prowadzona przez nie znaną mi dziennikarkę z czterema panami; dwóch reprezentowało „Życie Warszawy” i „Gazetę Wyborczą”, jeden z dyskutantów pozostał dla mnie nie rozszyfrowany. Niestety, w gronie tym znalazł się też niejaki ks. Sowa, jak się okazuje, stały partner tego gremium. Już niejednokrotnie miałem nieprzyjemność oglądać i słuchać banałów wygłaszanych przezeń z okazji komentowania różnych kościelnych uroczystości. Ostatnio bierze się za politykę czystej wody, albo raczej mętnej. Musi mieć imprimatur kościelne, na zasadzie jakiego kaduka, trudno odgadnąć. Jeśli jednak Radio Maryja ponoć nawet w Rzymie uznano za problem (dla kogo, tego nie powiedziano ani nie mówią tego media – ta dotąd boląca narośl popeerelowska Rzeczypospolitej „pomagdalenkowej”, bez względu na jej numerację), to jak się ma sprawa z takimi banialukami wypowiadanymi w TV przez duchownego? Jednakże bzdury, jakimi dziś się popisywał, przeszły wszystkie dotychczas przeze mnie zauważone jego występy. Szkoda, że ludzie będą to kojarzyć z Kościołem. Kilka dni temu zatelefonował do mnie znajomy, człowiek zorientowany w tym, gdzie lewa i gdzie prawa strona, ale poza tym zdany raczej na zdrowy rozsądek, i zapytał mnie, czy biskup każe temu księdzu tak się wypowiadać, jak to czyni. Odpowiedziałem, że chyba tylko nie dostrzega w tym nic zdrożnego. Cóż innego można odpowiedzieć? Nie warto się zresztą nad tym zatrzymywać, bowiem jest coś ważniejszego do odnotowania. Przerażająca jałowość toczonej tam dyskusji. Po prostu paplanina, co komu pamięć i wyobraźnia podsunęła. Wprawdzie wszystkie, lub prawie wszystkie debaty, dziś dzięki mediom twardo trzymającym stronę przegranej PO, sprawiają wrażenie jazgotu pozbawionego jakiegoś rzeczowego artykułowania problemów, a jedynie nastawionego na zaszczucie per fas et nefas, byle mocniej dowalić, ludzi, którym zaufali wyborcy. Taka jest prawda. A zatem jeśli nas nie poparli, to my z kolei pokażemy im, że potrafimy odpowiednio włożyć kij w szprychy. Tylko o to chodzi. Był czas, kiedy wiele nadziei łączyłem z myślą o aliansie PO i PiS. Dziś otwarły mi się oczy. Nie tylko mnie, bo z kimkolwiek porozmawiać, wszyscy, także byli żarliwi stronnicy PO, korygują swe sentymenty. Bo jaka ta Polska jest, taka jest, ale prywata i warcholstwo – wizytówka ongiś Polski szlacheckiej – to już przeszłość, na której wskrzeszanie nikt rozumny nie da zgody. Być może zadepczą rząd mniejszościowy, ale to tak, jak z tymi samobójcami w Iraku, zabić zabiją, ale sami także zginąć muszą. Myślę, że wielu ludzi z PO zdaje sobie z tego sprawę. Są tacy, którzy stale czekają na jakiś odruch rozsądku. A co zrobią, gdy się go nie doczekają?
Być może, że rezultatem obecnego kryzysu będzie zatem samozniszczenie dwóch sił w Rzeczypospolitej, które mogły wzajemnie się uzupełniać i wreszcie dać temu krajowi coś dobrego. A co dalej, jeśli tak się stanie? Wyobraźnia tu nie wystarcza. Jedno jest pewne, że kiedyś historyk podsumuje odpowiedzialność za to, co teraz się dzieje. Mała to jednak pociecha.
|