|
TEMAT MIESIĄCA |
Zygmunt ZielińskiSpektakl
wyborczy. Odsłona 2 Im dłużej oglądam programy związane z
kampanią przedwyborczą, tym większe ogarniają mnie wątpliwości, czy w
ogóle warto interesować się polityką. Być
może, ale jeśli, to tylko na zasadzie jakiegoś hobby. Tak, jak
niejeden, co z pewnością nie trafiłby nogą w piłkę, potrafi szaleć przed ekranem telewizora, nie
przepuszczając żadnego meczu. Co mu z tego przyjdzie? Ano nic. A może
jednak coś?! Przecież to jego hobby, zatem jakieś tam doznania z tego
są. Np. kibicowanie zespołowi, którego na żywo nie widziało się nigdy
na oczy. Jakież to wszystko podobne do traktowania przez bodaj czy nie
większość obywateli prawa i obowiązku pójścia do urny wyborczej. Nie wiem, ilu głosujących zdaje sobie sprawę,
na kogo głosuje. Ciekawy byłby sondaż zawierający np. takie pytanie: jak wytłumaczyliby swój wybór ci, którzy
optują na rzecz partii pod wieloma względami i niejednokrotnie
przegranej? To przecież ciekawe. A czy uparcie chodzisz do sklepiku, w
którym cię x razy oszukano, albo choćby tylko raz? Ale bywają też inne
kryteria, jeszcze dziwaczniejsze. Jakaś
scenka pokazana w telewizji, która cię zauroczyła. A może wystarczy
dobrze zawiązany krawat, zrzucenie kilku kilogramów, zresztą na krótko,
gładko ulizane włosy, dobrze skrojony garnitur, doskonale leżący na
szczupłej sylwetce? Palce lizać. Ale, na Boga, czy to są kryteria,
według których kreować będziemy mężów stanu? Powiedzmy, że raz się tu
komuś noga powinęła, że dał się nabrać na gapiowaty wygląd, ale czy ten raz to już nie wystarczy? A tu, gdzie tylko
ucho przyłożysz, tylko takie słychać rekomendacje. Wielu panów, choć
może podobnie myślących, wstrzymuje się od głośnego wyrażania takich
motywów opcji politycznej, ponieważ instynktownie czują, że gdzieś tu
obluzowała się klepka i mechanizm zachowania równowagi sądu się zaciął.
Ale panie, nie wszystkie, to jasne, ale
czyż nie u zbyt wielu rozeznanie w życiu publicznym zależy od dobrej
roboty fryzjera, krawca bądź dietetyka, a może także charakteryzatora?
Bo wielu kandydatów w czasie swych występów nie gardzi czymś więcej niż
zmatowieniem cery. Jeśli większość tak zorientowanych i
zmotywowanych wyborców zadecyduje o składzie parlamentu, o osobie
prezydenta, a w istocie o losie i przyszłości tego kraju, który kolejne
ekipy traktowały w najlepszym razie jak zabawkę, a w najgorszym jak
krowę, którą byle umieć wydoić, to każdemu da niezły garniec, to
przecież nie od rzeczy jest pytanie, czy ja muszę iść na doczepkę i
manifestować nie wiadomo co, nadzieję na ocalenie, kiedy stołek pod
nogami już się chwieje, a sznur na szyi
napręża ? Zresztą czyje ocalenie lub czego? Gorzkie to i bolesne, ale
po 15 latach innej Polski, boję się powiedzieć demokratycznej, nawet w
pełni suwerennej, bowiem nie ma suwerenności wewnętrznej tam, gdzie życiem publicznym kierują ludzie, którym
równie dobrze się działo w ekipach Gierka czy Jaruzelskiego. Jakiż to
naród, który pozwala sobie paskudzić Święto Niepodległości, wysłuchując
niedorzecznych i bezczelnych tyrad ludzi, którzy tak niedawno jeszcze
klaskaliby na widok ZOMO, pałującego Polaków świętujących 11 Listopada.
I kogoż tam na tym placu Piłsudskiego nie ma w święta narodowe? Jakże
tam kolorowo! Sama śmietanka, wprawdzie co
najwyżej dziewięcioprocentowa, licha. Taka
ocena, jaka śmietanka. Według dzisiaj nadużywanej nomenklatury jest to
elita. Ktoś napisał kiedyś – lumpenelita. Ale rządzi ona wcale nie najmniejszym narodem
i państwem z tradycjami. I czyż to nie wstyd? Co na to naród? Ano nic,
bo wybrał i niewykluczone, iż ponownie wybierze. W tym tkwi ta okropna
beznadzieja. Jest więc trochę
powodów, by odwrócić się plecami, nie iść, tak jak nie warto było iść
na wybory w PRL, bo tam było tylko głosowanie, a wybierała partia. I o
dziwo, wielu wtedy tak właśnie wybranych
wraca teraz na scenę polityczną z wyboru
narodu. Może wybiera ta „oświecona” jego
część? I dlatego wybiera głupio, bez ambicji,
bez honoru. Ostatnio w rozmowie z ludźmi niekoniecznie
tak jak ja myślącymi posłużył się ktoś argumentem, że Lech Wałęsa w
końcu zaprzyjaźnił się także z dawną nomenklaturą komunistyczną. Ma on
satysfakcję, że wyprawiając urodziny dla obu elit (kto uważnie czyta
ten artykuł, ten wie, o co chodzi), pławił się w takim przepychu, jaki
ongiś wywoływał niesmak, nawet kiedy popisywała się nim część
magnaterii, bo nie cała, lub częściej nuworysze. Mógł on na nowych
przyjaciół spoglądać z wyżyny ganku swego pałacu. Mógł się setnie
bawić, jak Dyzma w niezapomnianym wydaniu Wilhelmiego, poklepujący po
plecach jakiegoś księcia czy ministra. Któż się nie bawił, patrząc na
ten teatr, ale byli i tacy, którzy odwracali oczy ze wstydu, bo tam w
ogrodzie na modłę nie wiem jaką (nie znam się na ogrodnictwie, ale byle
co to nie było) był ich idol, były robotnik, wojownik, nie tak samotny,
jak się to dzisiaj fałszywie przedstawia, bo mający wtedy za plecami
tysiące stoczniowców, i nie marzący nawet o zwaleniu
muru berlińskiego, bo nikt wtedy o tym nie marzył. I nie pogromca
systemu komunistycznego, łącznie z jego twierdzą, ZSRR. Ileż to kolosalnych bzdur wypowiedziano i
wypisano w związku z tak sercu drogą rocznicą „Solidarności”? A
przecież nie trzeba było, bo „Solidarność” to ogniwo w łańcuchu
wydarzeń składających się na dzieje. Każdy mający elementarne pojęcie o
procesie dziejowym wie, że ma on swoją nieubłaganą logikę i nie jest dziełem najwspanialszego nawet
symbolu, bo przecież nie mówimy o człowieku, co najwyżej o jego funkcji
nośnej dla tego symbolu. Fałszowanie historii kiedyś wywoływało
sprzeciw głośny czy milczący, bierny opór, dziś wywołuje zażenowanie i
pogłębiające się przekonanie, że nic nie jest prawdziwe, a może nawet
nigdy nie było? Bowiem kiedy to słowa wypowiadane i gesty oznaczały
prawdę? Czy wtedy kiedy piętnowano reżim
komunistyczny i jego palladynów, czy teraz, kiedy wita się ich jako
miłych gości? A stoczniowców chcących świętować swoje
święto dopuszcza się do bramy Stoczni w
asyście policji i w małej tylko grupce, wczesnym rankiem? Czyż człowiek
nawet dla sprawy tej całkowicie obojętny, ale uczciwy, może na to
patrzeć bez obrzydzenia? Czego się bano, czy tego, by któryś z tych
robotników nie powiedział prawdy? A któż by ją tam przez kordon policji
usłyszał? Paradoks, ale „Solidarność”, jeśli chce zostać tym, czym była
i dotąd jeszcze jest, nie może przyznawać się do swego byłego
przywódcy, bowiem ma on dziś już innych kumpli i inne cele na oku. Może
się ona dać ośmieszyć jako przechrzta: pod imieniem „Solidność”, jak to
jej były szef wielkoduszn, wywoływany samą tylko charakterystyczną
literą „S”. Żal mi też, bo jeszcze jedna nasza polska świętość okazała
się złudzeniem, a tylko dla nielicznych posłużyła jako szczebel do
kariery. Jakiej? To już inna sprawa. Wystarczy dobrze się po świecie
rozglądać, by nie pomylić się w jej ocenie. Któryś z dziennikarzy
powiedział dziś (10 VIII 05), że Wałęsę bardziej cenią za granicą
aniżeli u nas, w kraju. To stwierdzenie, od czasu do czasu powtarzane,
nie grzeszy inteligencją. Dlaczego ów dziennikarz nie popytał się tych
tam za granicą, co oni w ogóle wiedzą na temat naszej najnowszej historii. Czy zresztą tylko naszej? O Lechu
Wałęsie wiedzą z jego wykładów, których ponoć miewa wiele. Różne są
gatunki rozgłosu. Taki Bin Laden też jest głośny w całym świecie, może
nawet nie ma w tym względzie konkurenta, a proszę zapytać przeciętnego
obywatela tego świata, kim on jest, skąd się wziął?
Argumenty w rodzaju tu wzmiankowanego są serwowane w
przekonaniu, że gros odbiorców nawet nie zastanowi się nad ich
sensownością; po prostu je sobie zakoduje. A ta garstka
legitymująca się zdrowym rozsądkiem i jako takim rozeznaniem machnie
ręką, bo czyż gorsze bzdury nie padają z głośników, czy większe absurdy
nie zapełniają szpalt gazet? Daleki jestem od krytyki, a zwłaszcza sądów o
osobach, ale co innego nasza rzeczywistość. Tu brak jasnego sądu równa
się zgodzie na każde draństwo. Ono potrafi się wybronić. Nasz wymiar
sprawiedliwości dał nam w tym względzie poglądową lekcję. Ale ty nie
musisz się z tym zgodzić. Nie możesz, nie powinieneś. Z chwilą, kiedy
dałeś za wygraną, tracisz swój świat, który może pozostać nietknięty.
Niestety, w takiej rzeczywistości, w jakiej żyjemy, emigracja we własny
świat to jedyna ucieczka. Możesz nacisnąć guzik pilota i masz komfort
niesłuchania albo kompletnego bełkotu, napompowanego bezprzykładnym
zarozumialstwem i zuchwałą pewnością siebie. Możesz wyłączyć rozmaite obłudne wyznania wiary, takiej czy
innej, choć chyba zawsze fałszywej. To jest właśnie ten gorzki komfort,
licha zapłata za to, że zachowałeś odrobinę zdrowego rozsądku, że
potrafisz odróżnić plewy od ziarna, że czarne jest dla ciebie czarne,
białe – białe, że rozpoznasz durnia, choć go nie przegadasz; to nie ty,
ale on ma w ręku mikrofon. I jedyna pociecha: nie jesteś sam na tej
emigracji we własnym świecie, bo twój świat jest zarazem światem wielu
takich jak ty emigrantów. Kłopot cały, że nazbyt wielu. To jest nasz
narodowy problem. Szkoda, że nie mamy takiego magika od rozwiązywania
problemów, a jeśli takowy nawet gdzieś się reklamuje, to nie nasze
problemy ma na myśli. Słowa tu napisane ukażą się po wyborach. I
dobrze tak, bo dużo trzeba odwagi, by napisać je przed wyborami. Bo w
końcu jesteśmy na błędnym kole. Z jednej strony doświadczenie i
rozsądek mówi, że nadzieja na uczciwość i kompetencje tych z pierwszych
szpalt i z codziennych dyżurów na ekranie to matka głupich, a człowiek
nie chce być głupcem, z drugiej, ta tląca się iskierka oczekiwania,
tak, oczekiwania, dla wielu od dziesiątek lat, na coś, co można by
szanować, co byłoby naprawdę nasze. Czyż można ją tak po prostu
zdmuchnąć? To jest ten nasz problem punkt wyjścia wszystkich innych problemów, tych,
które nas gnębią. Bo jakie jest wyjście? Pójść albo nie pójść. A skutek
może ten sam, tyle że ci, co nie poszli, mają trochę więcej komfortu,
bo nikogo nie wybierali. Dopóki nie ustali się jakiś etos polityka, bez
względu na barwę jego partii, będziemy w takiej właśnie sytuacji.
Długie trzeba będzie czekać lata. PS. Z ostatniej chwili (14 IX 2005).
Rezygnacja Włodzimierza Cimoszewicza mnie nie zaskoczyła. To, jak on
sam ją skomentował, owszem. Bowiem wprost dziecinne jest w ustach
polityka kwilenie z powodu, nazwijmy to, ataków na jego osobę. Czyż on
jest ślepy, głuchy i dopiero co narodzony? Czyż nie wie, jak
przebiegają kampanie w Polsce i poza nią? Czyż chciał być nietykalną
świętością? Aż Urbana musieli pytać o
wyjaśnienie tej zagadkowej decyzji. Odpowiedział zupełnie słusznie, że
jest podła w opcji zwolenników Cimoszewicza. I inny autorytet, dość
sfatygowany, a jak na naszą rzeczywistość przystało,
ersac-autorytet moralny – p. Jaruzelskiego. A potem
jeszcze naród miał się zapoznać ze zdaniem p. Rakowskiego na ten temat.
Na marginesie uwaga nie od rzeczy. Czy telewizja komercyjna, czy
społeczna, nie może się obyć bez komentarza osobistości peerelowskich?
Aż niedobrze się robi, kiedy przy każdej okazji się je przywołuje.
Ciekaw jestem, czy w innych państwach byłego Układu Warszawskiego
podobna jest moda. Warto by się nad celowością jej lansowania w Polsce
zastanowić. Tym bardziej że komentarze tych panów w sprawie, o której
tu mowa, to nie ni przypiął, ni przyłatał. Wydaje się, że w wierchuszce
medialnej coś za silny jest atawizm. P. Nałęcz z kolei strasznie się
zdenerwował, bo go pan C. pozbawił roli
tokującego głuszca, bo faktycznie wykrzykując swe kwestie, nie bardzo
on słucha, co się wokół mówi. Toteż rzucając anatemę
(dziś wypadek całkowicie odosobniony) na adwersarzy
oprymowanego pana C., szedł po linii
eksplikacji tego ostatniego, który, jak z jego expose wynika, nie lubi
pływać w szambie. Któż lubi ? Naród pływał dotąd w szambie napełnionym
przez formację, z której C. wyszedł, a
która stała mu się nagle zbyt ciasna. To niewątpliwie świadczy o jego
inteligencji, czego nie można powiedzieć o jego klakierach. Czemuż to zatem właśnie jemu szambo takim
niestosownym wydaje się basenem pływackim?
P. Nałęcz dał upust swemu krasomówstwu i zarazem pokazał, jak wielkiej
miary jest politykiem. Po prostu wszyscy, którzy mieliby wątpliwości co
do korzystania z jego faktorskich usług, to bandyci. Zatem, obywatele,
baczcie, kto będzie wami rządzić! Z pewnością nie katon w rodzaju p.
Nałęcza, ale bandyci, a któż nas przed nimi obroni, jeśli takiego
złotoustego i błyskotliwego polityka zabraknie na olimpie władzy? Cóż, chamstwo i głupota sięgnęły szczytu. Bo
jakże inaczej nazwać tak zmajstrowaną defensywę, w której koronnym
argumentem jest obelga? Zatem pewien wniosek nasuwa się w tej chwili z
niezwykłą jasnością. Niech rządzi każdy, byle nie miał rodowodu
„polityków”, którzy chyba właśnie lądują na wysypisku sejmowym. P.
Cimoszewicz powiedział dwie ważne rzeczy.
Najpierw, że po raz pierwszy w życiu zmienił podjętą decyzję. To wtedy,
kiedy wycofał swe wycofanie się z polityki. Jak
to jednak jest z tym pierwszym razem? Czyżby
dotąd nie wystąpił z PZPR? Może to lapsus
linguae, a może tamte czasy już po prostu tak się w pamięci
przymuliły. Nie tylko jemu zresztą. I
drugie zdanie, ogromnie ważne, godne polecenia dla innych także: nie ma
czasu na rzeczy błahe, należy pójść do lasu. Otóż to, panowie i panie,
las czeka... |