TEMAT MIESIĄCA

Nowy Przegląd Wszechpolski, Numer 11-12, 2005.

Zygmunt Zieliński

Spektakl wyborczy. Odsłona 2

Im dłużej oglądam programy związane z kampanią przedwyborczą, tym większe ogarniają mnie wątpliwości, czy w ogóle warto interesować się polityką.  Być może, ale jeśli, to tylko na zasadzie jakiegoś hobby. Tak, jak niejeden, co z pewnością nie trafiłby nogą w piłkę, potrafi  szaleć przed ekranem telewizora, nie przepuszczając żadnego meczu. Co mu z tego przyjdzie? Ano nic. A może jednak coś?! Przecież to jego hobby, zatem jakieś tam doznania z tego są. Np. kibicowanie zespołowi, którego na żywo nie widziało się nigdy na oczy. Jakież to wszystko podobne do traktowania przez bodaj czy nie większość obywateli prawa i obowiązku pójścia do urny wyborczej.  Nie wiem, ilu głosujących zdaje sobie sprawę, na kogo głosuje. Ciekawy byłby sondaż zawierający np. takie pytanie:  jak wytłumaczyliby swój wybór ci, którzy optują na rzecz partii pod wieloma względami i niejednokrotnie przegranej? To przecież ciekawe. A czy uparcie chodzisz do sklepiku, w którym cię x razy oszukano, albo choćby tylko raz? Ale bywają też inne kryteria, jeszcze dziwaczniejsze.  Jakaś scenka pokazana w telewizji, która cię zauroczyła. A może wystarczy dobrze zawiązany krawat, zrzucenie kilku kilogramów, zresztą na krótko, gładko ulizane włosy, dobrze skrojony garnitur, doskonale leżący na szczupłej sylwetce? Palce lizać. Ale, na Boga, czy to są kryteria, według których kreować będziemy mężów stanu? Powiedzmy, że raz się tu komuś noga powinęła, że dał się nabrać na gapiowaty wygląd, ale  czy  ten raz to   już nie wystarczy? A tu, gdzie tylko ucho przyłożysz, tylko takie słychać rekomendacje. Wielu panów, choć może podobnie myślących, wstrzymuje się od głośnego wyrażania takich motywów opcji politycznej, ponieważ instynktownie czują, że gdzieś tu obluzowała się klepka i mechanizm zachowania równowagi sądu się zaciął. Ale panie,  nie wszystkie, to jasne, ale czyż nie u zbyt wielu rozeznanie w życiu publicznym zależy od dobrej roboty fryzjera, krawca bądź dietetyka, a może także charakteryzatora? Bo wielu kandydatów w czasie swych występów nie gardzi czymś więcej niż zmatowieniem cery.

Jeśli większość tak zorientowanych i zmotywowanych wyborców zadecyduje o składzie parlamentu, o osobie prezydenta, a w istocie o losie i przyszłości tego kraju, który kolejne ekipy traktowały w najlepszym razie jak zabawkę, a w najgorszym jak krowę, którą byle umieć wydoić, to każdemu da niezły garniec, to przecież nie od rzeczy jest pytanie, czy ja muszę iść na doczepkę i manifestować nie wiadomo co, nadzieję na ocalenie, kiedy stołek pod nogami już się chwieje,  a sznur na szyi napręża ? Zresztą czyje ocalenie lub czego? Gorzkie to i bolesne, ale po 15 latach innej Polski, boję się powiedzieć demokratycznej, nawet w pełni suwerennej, bowiem nie ma suwerenności wewnętrznej tam, gdzie  życiem publicznym kierują ludzie, którym równie dobrze się działo w ekipach Gierka czy Jaruzelskiego. Jakiż to naród, który pozwala sobie paskudzić Święto Niepodległości, wysłuchując niedorzecznych i bezczelnych tyrad ludzi, którzy tak niedawno jeszcze klaskaliby na widok ZOMO, pałującego Polaków świętujących 11 Listopada. I kogoż tam na tym placu Piłsudskiego nie ma w święta narodowe? Jakże tam kolorowo! Sama śmietanka,  wprawdzie co najwyżej dziewięcioprocentowa, licha.  Taka ocena, jaka śmietanka. Według dzisiaj nadużywanej nomenklatury jest to elita. Ktoś napisał kiedyś  – lumpenelita.  Ale rządzi ona wcale nie najmniejszym narodem i państwem z tradycjami. I czyż to nie wstyd? Co na to naród? Ano nic, bo wybrał i niewykluczone, iż ponownie wybierze. W tym tkwi ta okropna beznadzieja.

Jest więc  trochę powodów, by odwrócić się plecami, nie iść, tak jak nie warto było iść na wybory w PRL, bo tam było tylko głosowanie, a wybierała partia. I o dziwo, wielu wtedy  tak właśnie wybranych wraca teraz na scenę polityczną  z wyboru narodu.  Może wybiera ta „oświecona” jego część? I dlatego wybiera głupio, bez  ambicji, bez honoru.

Ostatnio w rozmowie z ludźmi niekoniecznie tak jak ja myślącymi posłużył się ktoś argumentem, że Lech Wałęsa w końcu zaprzyjaźnił się także z dawną nomenklaturą komunistyczną. Ma on satysfakcję, że wyprawiając urodziny dla obu elit (kto uważnie czyta ten artykuł, ten wie, o co chodzi), pławił się w takim przepychu, jaki ongiś wywoływał niesmak, nawet kiedy popisywała się nim część magnaterii, bo nie cała, lub częściej nuworysze. Mógł on na nowych przyjaciół spoglądać z wyżyny ganku swego pałacu. Mógł się setnie bawić, jak Dyzma w niezapomnianym wydaniu Wilhelmiego, poklepujący po plecach jakiegoś księcia czy ministra. Któż się nie bawił, patrząc na ten teatr, ale byli i tacy, którzy odwracali oczy ze wstydu, bo tam w ogrodzie na modłę nie wiem jaką (nie znam się na ogrodnictwie, ale byle co to nie było) był ich idol, były robotnik, wojownik, nie tak samotny, jak się to dzisiaj fałszywie przedstawia, bo mający wtedy za plecami tysiące stoczniowców, i nie marzący nawet o  zwaleniu muru berlińskiego, bo nikt wtedy o tym nie marzył. I nie pogromca systemu komunistycznego, łącznie z jego twierdzą, ZSRR.

Ileż to kolosalnych bzdur wypowiedziano i wypisano w związku z tak sercu drogą rocznicą „Solidarności”? A przecież nie trzeba było, bo „Solidarność” to ogniwo w łańcuchu wydarzeń składających się na dzieje. Każdy mający elementarne pojęcie o procesie dziejowym wie, że ma on swoją nieubłaganą logikę i  nie jest dziełem najwspanialszego nawet symbolu, bo przecież nie mówimy o człowieku, co najwyżej o jego funkcji nośnej dla tego symbolu. Fałszowanie historii kiedyś wywoływało sprzeciw głośny czy milczący, bierny opór, dziś wywołuje zażenowanie i pogłębiające się przekonanie, że nic nie jest prawdziwe, a może nawet nigdy nie było? Bowiem kiedy to słowa wypowiadane i gesty oznaczały prawdę?  Czy wtedy kiedy piętnowano reżim komunistyczny i jego palladynów, czy teraz, kiedy wita się ich jako miłych gości? A stoczniowców chcących świętować swoje święto dopuszcza się do bramy  Stoczni w asyście policji i w małej tylko grupce, wczesnym rankiem? Czyż człowiek nawet dla sprawy tej całkowicie obojętny, ale uczciwy, może na to patrzeć bez obrzydzenia? Czego się bano, czy tego, by któryś z tych robotników nie powiedział prawdy? A któż by ją tam przez kordon policji usłyszał? Paradoks, ale „Solidarność”, jeśli chce zostać tym, czym była i dotąd jeszcze jest, nie może przyznawać się do swego byłego przywódcy, bowiem ma on dziś już innych kumpli i inne cele na oku. Może się ona dać ośmieszyć jako przechrzta: pod imieniem „Solidność”, jak to jej były szef wielkoduszn, wywoływany samą tylko charakterystyczną literą „S”. Żal mi też, bo jeszcze jedna nasza polska świętość okazała się złudzeniem, a tylko dla nielicznych posłużyła jako szczebel do kariery. Jakiej? To już inna sprawa. Wystarczy dobrze się po świecie rozglądać, by nie pomylić się w jej ocenie. Któryś z dziennikarzy powiedział dziś (10 VIII 05), że Wałęsę bardziej cenią za granicą aniżeli u nas, w kraju. To stwierdzenie, od czasu do czasu powtarzane, nie grzeszy inteligencją. Dlaczego ów dziennikarz nie popytał się tych tam za granicą, co oni w ogóle wiedzą na temat naszej najnowszej  historii. Czy zresztą tylko naszej? O Lechu Wałęsie wiedzą z jego wykładów, których ponoć miewa wiele. Różne są gatunki rozgłosu. Taki Bin Laden też jest głośny w całym świecie, może nawet nie ma w tym względzie konkurenta, a proszę zapytać przeciętnego obywatela tego świata, kim on jest, skąd się wziął?  Argumenty w rodzaju tu wzmiankowanego są serwowane w przekonaniu, że gros odbiorców nawet nie zastanowi się nad ich sensownością; po prostu je sobie zakoduje. A ta  garstka legitymująca się zdrowym rozsądkiem i jako takim rozeznaniem machnie ręką, bo czyż gorsze bzdury nie padają z głośników, czy większe absurdy nie zapełniają szpalt gazet?

Daleki jestem od krytyki, a zwłaszcza sądów o osobach, ale co innego nasza rzeczywistość. Tu brak jasnego sądu równa się zgodzie na każde draństwo. Ono potrafi się wybronić. Nasz wymiar sprawiedliwości dał nam w tym względzie poglądową lekcję. Ale ty nie musisz się z tym zgodzić. Nie możesz, nie powinieneś. Z chwilą, kiedy dałeś za wygraną, tracisz swój świat, który może pozostać nietknięty. Niestety, w takiej rzeczywistości, w jakiej żyjemy, emigracja we własny świat to jedyna ucieczka. Możesz nacisnąć guzik pilota i masz komfort niesłuchania albo kompletnego bełkotu, napompowanego bezprzykładnym zarozumialstwem i zuchwałą pewnością siebie. Możesz wyłączyć  rozmaite obłudne wyznania wiary, takiej czy innej, choć chyba zawsze fałszywej. To jest właśnie ten gorzki komfort, licha zapłata za to, że zachowałeś odrobinę zdrowego rozsądku, że potrafisz odróżnić plewy od ziarna, że czarne jest dla ciebie czarne, białe – białe, że rozpoznasz durnia, choć go nie przegadasz; to nie ty, ale on ma w ręku mikrofon. I jedyna pociecha: nie jesteś sam na tej emigracji we własnym świecie, bo twój świat jest zarazem światem wielu takich jak ty emigrantów. Kłopot cały, że nazbyt wielu. To jest nasz narodowy problem. Szkoda, że nie mamy takiego magika od rozwiązywania problemów, a jeśli takowy nawet gdzieś się reklamuje, to nie nasze problemy ma na myśli.

Słowa tu napisane ukażą się po wyborach. I dobrze tak, bo dużo trzeba odwagi, by napisać je przed wyborami. Bo w końcu jesteśmy na błędnym kole. Z jednej strony doświadczenie i rozsądek mówi, że nadzieja na uczciwość i kompetencje tych z pierwszych szpalt i z codziennych dyżurów na ekranie to matka głupich, a człowiek nie chce być głupcem, z drugiej, ta tląca się iskierka oczekiwania, tak, oczekiwania, dla wielu od dziesiątek lat, na coś, co można by szanować, co byłoby naprawdę nasze. Czyż można ją tak po prostu zdmuchnąć? To jest ten nasz problem punkt wyjścia wszystkich  innych problemów,  tych, które nas gnębią. Bo jakie jest wyjście? Pójść albo nie pójść. A skutek może ten sam, tyle że ci, co nie poszli, mają trochę więcej komfortu, bo nikogo nie wybierali. Dopóki nie ustali się jakiś etos polityka, bez względu na barwę jego partii, będziemy w takiej właśnie sytuacji. Długie trzeba będzie czekać lata.

PS. Z ostatniej chwili (14 IX 2005). Rezygnacja Włodzimierza Cimoszewicza mnie nie zaskoczyła. To, jak on sam ją skomentował, owszem. Bowiem wprost dziecinne jest w ustach polityka kwilenie z powodu, nazwijmy to, ataków na jego osobę. Czyż on jest ślepy, głuchy i dopiero co narodzony? Czyż nie wie, jak przebiegają kampanie w Polsce i poza nią? Czyż chciał być nietykalną świętością?  Aż Urbana musieli pytać o wyjaśnienie tej zagadkowej decyzji. Odpowiedział zupełnie słusznie, że jest podła w opcji zwolenników Cimoszewicza. I inny autorytet, dość sfatygowany, a jak na naszą rzeczywistość przystało,  ersac-autorytet moralny – p. Jaruzelskiego. A potem jeszcze naród miał się zapoznać ze zdaniem p. Rakowskiego na ten temat. Na marginesie uwaga nie od rzeczy. Czy telewizja komercyjna, czy społeczna, nie może się obyć bez komentarza osobistości peerelowskich? Aż niedobrze się robi, kiedy przy każdej okazji się je przywołuje. Ciekaw jestem, czy w innych państwach byłego Układu Warszawskiego podobna jest moda. Warto by się nad celowością jej lansowania w Polsce zastanowić. Tym bardziej że komentarze tych panów w sprawie, o której tu mowa, to nie ni przypiął, ni przyłatał. Wydaje się, że w wierchuszce medialnej coś za silny jest atawizm. P. Nałęcz z kolei strasznie się zdenerwował, bo go pan C. pozbawił  roli tokującego głuszca, bo faktycznie wykrzykując swe kwestie, nie bardzo on słucha, co się wokół mówi. Toteż rzucając anatemę   (dziś wypadek całkowicie odosobniony) na adwersarzy oprymowanego pana C.,  szedł po linii eksplikacji tego ostatniego, który, jak z jego expose wynika, nie lubi pływać w szambie. Któż lubi ? Naród pływał dotąd w szambie napełnionym przez  formację, z której C. wyszedł, a która stała mu się nagle zbyt ciasna. To niewątpliwie świadczy o jego inteligencji, czego nie można powiedzieć o jego klakierach.  Czemuż to zatem właśnie jemu szambo takim niestosownym wydaje się  basenem pływackim? P. Nałęcz dał upust swemu krasomówstwu i zarazem pokazał, jak wielkiej miary jest politykiem. Po prostu wszyscy, którzy mieliby wątpliwości co do korzystania z jego faktorskich usług, to bandyci. Zatem, obywatele, baczcie, kto będzie wami rządzić! Z pewnością nie katon w rodzaju p. Nałęcza, ale bandyci, a któż nas przed nimi obroni, jeśli takiego złotoustego i błyskotliwego polityka zabraknie na olimpie władzy?  Cóż, chamstwo i głupota sięgnęły szczytu. Bo jakże inaczej nazwać tak zmajstrowaną defensywę, w której koronnym argumentem jest obelga? Zatem pewien wniosek nasuwa się w tej chwili z niezwykłą jasnością. Niech rządzi każdy, byle nie miał rodowodu „polityków”, którzy chyba właśnie lądują na wysypisku sejmowym. P. Cimoszewicz  powiedział dwie ważne rzeczy. Najpierw, że po raz pierwszy w życiu zmienił podjętą decyzję. To wtedy, kiedy wycofał swe wycofanie się z polityki.  Jak to jednak jest z tym pierwszym razem?  Czyżby dotąd nie wystąpił z PZPR?  Może to lapsus linguae, a może tamte czasy już po prostu tak się w pamięci przymuliły. Nie tylko jemu zresztą.  I drugie zdanie, ogromnie ważne, godne polecenia dla innych także: nie ma czasu na rzeczy błahe, należy pójść do lasu. Otóż to, panowie i panie, las czeka...