|
O.P. "Polska Bogiem Silna" |
|
Arcybiskup
Kazimierz Majdański - Orędzie przebaczenia i pokoju. W
40. rocznicę podpisania Orędzia biskupów polskich do biskupów
niemieckich w dniu 18 listopada 1965 roku
Arcybiskup Kazimierz Majdański - Zeznania w procesie monachijskim Arcybiskup Kazimierz Majdański - Pojednanie domaga się prawdy Arcybiskup
Kazimierz Majdański Orędzie przebaczenia i pokoju
1. II Sobór Watykański dał okazję biskupom z
krajów znajdujących się poza „żelazną kurtyną” do wzajemnych spotkań
(na przykład episkopatu polskiego z episkopatem węgierskim czy
czechosłowackim) oraz do spotkań z innymi episkopatami. Było to ważne w
relacjach episkopatu polskiego z episkopatem francuskim, zwłaszcza
jednak z episkopatem niemieckim. Pod koniec Soboru powstała inicjatywa
oświadczenia, które miało być złożone ze strony naszego episkopatu na
ręce episkopatu niemieckiego i skierowane do całego narodu
niemieckiego. Miała to być deklaracja służąca pojednaniu obu narodów po
zakończeniu II wojny światowej, która przyniosła Polsce tak wiele
krzywd ze strony hitlerowskich Niemiec, choć krzywdy te były wsparte
układami Berlina z Moskwą (Ribbentrop–Mołotow). Udział biskupów polskich w Soborze był
utrudniany ze strony komunistycznych władz państwowych. Ze strony zaś
Kościoła chodziło o to, by żadna z diecezji polskich nie była
pozbawiona w czasie Soboru opieki biskupów – diecezjalnych lub
pomocniczych. Były to więc jakby „dyżury soborowe”, a uczestnictwo w
Soborze, poza nielicznymi wyjątkami (na przykład Warszawy i Krakowa),
było uczestnictwem częściowym. 2. List biskupów polskich do biskupów
niemieckich był inspirowany ze strony episkopatu polskiego przez dwóch
jego przedstawicieli: kardynała Stefana Wyszyńskiego, prymasa Polski,
oraz biskupa Wrocławia, później także kardynała, ks. arcybiskupa
Bolesława Kominka. Zaangażowani jednak w tak poważną sprawę, jak
pojednanie dwóch chrześcijańskich narodów, byli wszyscy biskupi polscy,
na miarę swoich możliwości. Wśród innych orędownikiem Orędzia
pojednania był arcybiskup krakowski, późniejszy kardynał, Karol
Wojtyła, stale obecny w Rzymie w czasie wszystkich sesji soborowych. Przygotowania odbywały się na dwóch
płaszczyznach: towarzyskiej i oficjalnej. Przedstawiciele episkopatu
niemieckiego bywali zapraszani na wspólne towarzyskie spotkania do
Instytutu Polskiego w Rzymie przy ulicy Pietro Cavallini 38. Natomiast
spotkania oficjalne odbywały się przy udziale wybranych członków obu
episkopatów. Była to grupa kilkuosobowa, która prowadziła wzajemne
ożywione dyskusje pod przewodnictwem jednego z arcybiskupów niemieckich
i ks. arcybiskupa Bolesława Kominka ze strony polskiej. Brałem udział w takim posiedzeniu zastępczo
tylko jeden raz. Nie mógłbym obecnie wyliczyć członków tych
spotkań. Ze strony niemieckiej pamiętam dokładnie, także częstego
gościa w Instytucie Polskim, ks. biskupa Franciszka Hengsbacha, biskupa
z Essen, wypróbowanego przyjaciela robotników polskich pracujących w
Zagłębiu Ruhry. Ze strony polskiej, poza wymienionym arcybiskupem
Bolesławem Kominkiem, brał chyba także udział w obradach ks. biskup
Jerzy Stroba. Debaty nie były łatwe. Prowadzono je, szukając
obiektywnej prawdy w historycznych relacjach obu narodów. Tak więc na
przykład na mój głos w czasie wspomnianego wyżej spotkania,
ustosunkowujący się krytycznie do mało obiektywnych relacji ze strony
historyków niemieckich, zwłaszcza ostatnich czasów, odpowiedziano
refleksją na temat historycznej oceny dziejów Wrocławia, wypowiedzianej
publicznie przez przedstawiciela Episkopatu Polski. 3. W końcu doszło do podpisania przez
przedstawicieli Episkopatu Polski Orędzia do katolickiego Episkopatu
Niemiec i do całego narodu niemieckiego. Obecny w tym czasie służbowo w
diecezji (Włocławek), byłem świadkiem tego, jak w całej Polsce zawrzało
i jak propaganda komunistyczna wykorzystała zwłaszcza słowa Orędzia:
„Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – przeciw Kościołowi
katolickiemu w Polsce. Zawrzało wszędzie, zwłaszcza zaś w szkołach,
gdzie mówiono młodzieży o tym, że Kościół „zdradził Polskę”. Propaganda miała o tyle łatwe zadanie, że w
całym naszym społeczeństwie świeże jeszcze były wspomnienia krzywd
doznanych przez napadniętą ze strony Niemców Polskę w czasie całej II
wojny światowej. Natomiast zupełnym milczeniem pomijano krzywdy doznane
od sąsiada wschodniego. Osobiście byłem wezwany do wojewody bydgoskiego
(Włocławek należał wtedy do tego województwa), który odczytał mi
przygotowane na piśmie zarzuty, dotyczące omawianego Orędzia. Miałem
możność odpowiedzieć, więc to uczyniłem. Potem wielokrotnie w czasie
bardzo głośnego wołania opinii wschodniej o światowy pokój widać było
całą nieszczerość rozpętanej wcześniej przeciw Kościołowi propagandy. 4. Jaka była motywacja Orędzia i zawartego w
nim zwrotu: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”? Motywacją Orędzia była nauka Chrystusa Pana o
konieczności przebaczania. Kościół polski może się więc szczycić tą
bardzo chlubną kartą, że w okresie niezwykle trudnym dał świadectwo
wierności Ewangelii. Mówił o tym później w katedrze kolońskiej Prymas
Tysiąclecia: „Europa musi dostrzec ponownie, że jest ona nowym Betlejem
dla świata, dla ludów i narodów, z którego wywodzi się na świat Król i
Książę Pokoju” (22 VI 1978). W okresie czterdziestu lat, jakie minęły, soborowe Orędzie biskupów polskich do Narodu
niemieckiego okazało się jedynie słusznym rozwiązaniem. Przebaczyć to
nie znaczy zubożyć Prawdę. Prawda jest bowiem zawsze fundamentem i
przebaczenia, i pokoju. 5. Refleksje osobiste Przebaczenie jest jednak zjawiskiem trudnym.
Wielokrotnie byłem pytany, jako długoletni były więzień obozów
hitlerowskich, o to, czy można przebaczyć doznane krzywdy. Otóż mogę
powiedzieć, że krzywdę największą wyrządzono mi na stacji
doświadczalnej w Dachau. Prowadził dokonywane tam okrutne doświadczenia
Sturmbannführer H. Schütz. W roku 1975 brałem udział w procesie, jaki
temu przestępcy został wytoczony w Monachium. W czasie procesu podałem
mu rękę na znak przebaczenia (10 XI 1975). Był wstrząśnięty, a nawet
zaczął tłumaczyć swoje postępowanie. Zupełnie inny człowiek. Jeszcze
jednak człowiek! W roku 1991 zostało mi
przyznane wysokie odznaczenie niemieckie (Das grosse
Verdienstkreuz mit Stern des Verdienstordens der Bundesrepublik
Deutschland). Uzasadniając to odznaczenie, przyznane przez
prezydenta Niemiec, ówczesny ambasador
niemiecki w Polsce powiedział: „Należy Ekscelencja do niewielu żyjących
jeszcze biskupów w Polsce, którzy podpisywali słynny list biskupów
polskich z roku 1965, który skierowali oni pod koniec Drugiego Soboru
Watykańskiego do niemieckich biskupów katolickich i całego narodu
niemieckiego. Wraz z innymi polskimi biskupami wypowiedział tam Ksiądz
Biskup zdanie: «Przebaczamy i prosimy o przebaczenie». Zdanie, które
stanowiło most dla zbliżenia i pojednania Polaków i Niemców po
okrucieństwach wojny, niemieckiej okupacji w Polsce i wypędzeniu.
Zdanie, z powodu którego został Ksiądz Biskup narażony na
najostrzejsze ataki” (Dr. Günter Knackstedt, Szczecin, 3 VIII
1991). Doznawszy wraz z tylu moimi Rodakami
straszliwych krzywd wojennych, nie widzę innego rozwiązania dla życia
narodów i ich z sobą współżycia, jak to, którego świadectwem był list
Episkopatu Polski sprzed czterdziestu laty. 12 IX 2005 Arcybiskup
Kazimierz Majdański Zeznania w procesie
monachijskim* W roku 1975 następuje dalszy etap
poobozowych wydarzeń: w Monachium odbywa się proces byłego Sturmbannführera
Schütza, odpowiadającego za doświadczenia ze sztuczną
flegmoną w stacji doświadczalnej obozu Dachau. Trzeba być świadkiem. Trudne przeżycie. Na sali rozpraw
dochodzi do scen dramatycznych. Niektórzy świadkowie załamują się pod
wpływem wspomnień wywoływanych dociekliwymi pytaniami. Brak opieki.
Zainteresowanie prasy i społeczeństwa nikłe. Pewne przebudzenie ma
miejsce, gdy podaję oskarżonemu rękę na znak przebaczenia. Dokładnie jest poinformowany o
przebiegu procesu ks. kardynał Juliusz Döpfner. Niezależnie jednak od
tego prosi mnie o osobiste relacje z przebiegu procesu, a zwłaszcza z
moich zeznań. Jest zdecydowanie życzliwy i uprzejmy. Okazał to zresztą
już poprzednio w czasie dwukrotnego spotkania w Dachau i w Monachium
(1970 i 1972). Nie przypuszczałem, że będzie to
ostatnie spotkanie z kardynałem, którego wygląd nie zdradzał żadnej
fizycznej dolegliwości. Katholische Nachrichten Agentur (KNA) i
telewizja bawarska proszą mnie o wywiad. Po pewnym wahaniu zostaje
zrealizowane i jedno, i drugie. Dzieje się to w ośrodku KNA. Kierownik
tego ośrodka, dr Norbert Stahl, jest oburzony obojętnością niemieckich
mediów wobec procesu. W wieczornym dzienniku telewizyjnym oglądam
wywiad. We wprowadzeniu rozmówca podkreśla, że polski biskup robi
wrażenie człowieka chorego. Nie jest to dalekie od prawdy. Na szczęście
mam opiekę, inni zaś świadkowie są jej pozbawieni. Moje otoczenie czyni
i dla nich, co może. Obojętność opinii publicznej tworzy
radykalny kontrast z przeżywaniem procesu przez nas: świadków i ofiary
zbrodni. KNA pisze 6 listopada 1975 r.: „Najbardziej rzucającą się w
oczy okolicznością postępowania toczącego się przed monachijskim sądem
przysięgłych jest znikome zainteresowanie opinii publicznej
wyjaśnieniem warunków i sytuacji śmierci katolickich księży-męczenników
z Dachau”. Tendencja: zapomnieć. Nie widzą procesu
organy bardzo często piszące o Polsce. Proces przeszkadzałby ich
założeniom. Trzeba zresztą powiedzieć, że podobnie
„znikome zainteresowanie” panuje także i u nas. Dlaczego? Czy nie ze
szkodą społeczną? Korzystając z uprzejmości ks. biskupa
Ernsta Tewesa, biskupa pomocniczego w Monachium, znajduję gościnę w
dyskretnie położonym z dala od miasta domu (wydawało się to wskazane) i
przygotowuję się do zeznań. Wydaje mi się to zadanie coraz trudniejsze,
decyduję się więc w ostatni wieczór i w ostatnią noc zredagować
zeznania na piśmie. Nazajutrz sędzia przewodniczący, na moje zapytanie,
radzi „raczej nie posługiwać się notatkami”. Mam je więc, składając
zeznania, przed sobą, ale nie są niezbędne. Pamiętam to, co napisałem,
dość dokładnie. Zeznaję w języku polskim. Wysoki Sądzie! Swoje zeznania ujmuję w
trzy punkty: chcę najpierw scharakteryzować ten szczególny okres naszego pobytu w obozie, w którym
zostałem przeznaczony na doświadczenia; następnie zrelacjonować
przebieg samych doświadczeń; i wreszcie powiedzieć, dlaczego uważałem
za celowe, a nawet konieczne, przybycie na ten proces w charakterze
świadka. Czas, w którym
zostałem przeznaczony na doświadczenia Dziś właśnie mija dokładnie
trzydziesta trzecia rocznica wyznaczenia mnie w Dachau na
doświadczenia, o których mam zeznawać. Był to rok 1942, rok
stanowiący w strasznym życiu obozowym dno obozowej nędzy, o czym
świadczyła ogromna liczba zmarłych więźniów: zmarłych z wycieńczenia i
głodu oraz „inwalidów” wywożonych do komór gazowych. Przez całe skwarne lato
praca trwała od świtu do nocy (wstawaliśmy zawsze przy świetle
elektrycznym), głód zaś, którego się nie da opisać, trawił większość z
nas już od kilku lat. Dla tych, którzy przetrwali, jesień nie była
łatwiejsza. Pracowałem w dalszym ciągu na tak zwanych „plantacjach”,
wygrzebując z błota cebulki gladioli. Często siąpił deszcz, od którego
nie chronił obozowy drelich. Było przejmujące zimno. 10 listopada tego właśnie
roku, po całodziennej pracy, przyszedł wieczorem do bloku polskich
księży główny kapo rewiru, Zimmermann. Ustawiono nas w szeregi, kapo
przyglądał się nam i niektórych wybierał, nie mówiąc, o co mu chodzi.
Do wybranych zaliczył i mnie. Domyślaliśmy się, że chodzi o
doświadczenia, o których niejasne pogłoski rozchodziły się od pewnego
czasu w obozie. Przewidywałem najgorsze, wszystkie więc swoje sprawy
powierzyłem swojemu profesorowi, ks. S. Biskupskiemu, profesorowi
Uniwersytetu Warszawskiego. Przebieg
dokonanych na mnie doświadczeń 1. 11 listopada 1942 roku
był dniem rozpoczęcia doświadczeń. Miał on przebieg następujący: a) Rano, po apelu, całą
grupę wybranych dnia poprzedniego duchownych polskich odprowadzono do
rewiru. W ciągu całego dnia odbywały się badania. Całkowicie rozebrani,
całymi godzinami czekaliśmy na poszczególne badania i ich wyniki.
Chodziło o wybranie dwudziestu, z wykluczeniem tak bardzo słabych i
chorych, że nie nadawali się do doświadczeń. Przypominam sobie
zwłaszcza jeden przypadek odsunięcia więźnia chorego na płuca.
Wspominam o tym szczególe, gdyż wiąże się on ze zmianami w płucach,
stwierdzonymi u mnie w okresie późniejszym. Odpowiedni dokument jestem
gotów przedstawić. Wśród dwudziestu
ostatecznie wybranych było dwóch duchownych nie-Polaków: ks. Zamecnik,
Czech, i pastor Tundermann, Holender. b) Po skończonych badaniach
przeprowadzono nas na pierwszy blok rewirowy, do izby numer 3. Tutaj
odbyło się losowanie (zupełnie dla mnie, podobnie jak dla nas
wszystkich, niezrozumiałe). Przypadła mi kartka z numerem 18 B. Później
okazało się, iż znaczyło to przynależność do doświadczalnej grupy
„biochemicznej”. c) Był wieczór. Kolejno
wyprowadzano moich kolegów z izby. Pod koniec wyprowadzono i mnie.
Zostałem zaprowadzony do sali operacyjnej. Polecono mi położyć się na
stole operacyjnym, po czym człowiek w mundurze SS-mana dokonał
zastrzyku w udo prawej nogi (mówiono mi potem, że zawartość wynosiła 3
cm3). d) Po zastrzyku pielęgniarz
odprowadził mnie z powrotem do izby trzeciej bloku pierwszego.
Słyszałem już tu głuche jęki i majaczenia kolegów, którzy przede mną
otrzymali zastrzyk. Pielęgniarz powiedział wtedy do mnie, że otrzymany
zastrzyk jest bardzo niebezpieczny, że doświadczenia będą ciężkie i
uratować może mnie tylko wola przetrwania i wiara w to, że zdołam
przetrwać. 2. Opadałem z sił szybko i
z największym wysiłkiem dźwignąłem się z łóżka na kilka minut, krótko
po północy. Natomiast rano, gdy przy zmianie łóżka pozostawiono mnie
przez chwilę w postawie siedzącej, poczułem się tak źle, że natychmiast
musiano mnie położyć. 3. Nadto choroba rozwijała
się u mnie o tyle niepokojąco, że szybko wystąpiła na całej wewnętrznej
stronie uda czerwona, bolesna pręga, na którą uwagę zwróciła
odwiedzająca nas codziennie komisja. Na zaobserwowane objawy jednak nie
zareagowano. Kazano czekać do dnia wyznaczonego na operację (operacje
nasze określano słowem: «Inzision»). Tymczasem podawano mi, podobnie
jak moim kolegom, jakieś tabletki. Ból był duży. 4. Gdy przyszedł dzień
operacji i gdy je przeprowadzono, po przebudzeniu na stole operacyjnym
widziałem, że moją prawą nogę (operowaną) okładano stosami ligniny oraz
bandażowano. Następnie cała noga została umieszczona w tak zwanej
«szynie». Nazajutrz, przy pierwszym opatrunku (opatrunki były robione
codziennie) zobaczyłem na nodze dwie rany – cięcia powstałe podczas
operacji. Poprzez rany przebiegały dwie gumowe rurki. Obficie wyciekała
z nich ropa. W czasie opatrunku rurki wyjmowano z ran, płukano je i
wkładano z powrotem. Ból był straszny. Napięcie nerwowe ogromne. Opatrunki były przez pewien
czas robione w wodzie. Potem – w naszej sali. Także gdy leżałem w
łóżku, ból bywał bardzo duży. Odczuwałem boleśnie lekkie drgania
podłogi, gdy przechodzono obok mojego łóżka. O ruchach ciała nie było
mowy. Nawet poruszenie rękami było bardzo ograniczone. Stan był taki,
że podawane mi zwyczajne jedzenie obozowe przyjmowałem z wielką
trudnością, mimo straszliwego obozowego głodu. Pielęgniarz Hermann, widząc
moje cierpienia, raz czy drugi podał mi środki uśmierzające ból. 5. Stan taki trwał do
pierwszych dni stycznia 1943 roku. W tym czasie operowano mnie jeszcze
dwukrotnie. Jedna z tych operacji była szczególnie bolesna. Tuż przed
operacją trzecią, już na noszach, otrzymałem sakrament ostatniego
namaszczenia. W pierwszych dniach
stycznia 1943 roku Oberpfleger H. Stöhr, człowiek nam życzliwy,
wyraźnie się zaniepokoił moim stanem (przypuszczam, że na skutek
wyników przeprowadzanej systematycznie analizy krwi). Przy pomocy
pielęgniarza Franza Y. przewiózł mnie do ambulansu Zdenka Zamecnika i
tam oświadczył, że grozi mi sepsis i że chce spróbować ratować mnie,
choć sprawa jest wysoce niebezpieczna jako sabotowanie doświadczeń. Dał
mi zastrzyk (o ile wiem, był to «Tibetin») i powtórzył ten zabieg
kilkakrotnie. Nastąpiła dość szybka poprawa, która zdumiała moich
kolegów. Akcja ratownicza odbywała się bowiem w największej tajemnicy;
była zaś możliwa dzięki temu, że komisja przestała wizytować naszą
stację doświadczalną z obawy przed epidemią tyfusu brzusznego, który
panował wtedy w obozie. Opuściłem stację w
początkach kwietnia 1943 roku. 6. W czasie trwania
doświadczeń w mojej trzeciej grupie zmarło siedmiu spośród dwudziestu
kolegów. W pierwszych dniach zmarł ks. Zamecnik i polski ksiądz,
którego nazwiska nie pamiętam. Szczególnie dotkliwie przeżyłem śmierć
ks. dr. Józefa Kocota, młodego profesora seminarium oblatów. Jego łóżko
przylegało bezpośrednio do mojego, byłem więc najbliższym świadkiem
jego straszliwych cierpień, zanim skonał. Pastora Tundermanna ułożono
na wózku, tuż przed moim łóżkiem, by pokazać lekarzowi SS, że całe jego
ciało jest zupełnie żółte. Lekarz zapytał, do której grupy
doświadczalnej chory należy, i otrzymawszy odpowiedź, że do grupy „B”
(«biochemisch»), nie pozwolił interweniować. Tundermann
wkrótce zmarł. Zmarł także, między innymi,
doznający dodatkowo wielkich cierpień na skutek samych odleżyn,
wielokrotnie operowany o. Czesław Sejbuk, jezuita z Warszawy, redaktor
«Misji Katolickich». Do najczęściej operowanych należał o. Stanisław
Wolak, kapucyn, zmarły niedawno w Australii, oraz ks. Stefan Bączyk,
który tu zeznawał kilka dni temu. Zmarli wkrótce po wojnie: ks. prałat
Leopold Biłko, ks. proboszcz Marian Suski, ks. Henryk Demrych i inni. Spośród nielicznych, którzy
żyją dotąd, o ks. Stępniu z Łodzi miałem ostatnio relację jego biskupa,
że stan zdrowia nie pozwoli mu przybyć na obecny proces. Sam zresztą,
bez specjalnej pomocy i opieki, nie mógłbym tu przybyć ze względów
zdrowotnych, choć byłem na stacji doświadczalnej wiekiem najmłodszy. 7. W ciągu roku 1945
przechodziłem jeszcze w Dachau bardzo ciężko, w niezwykle trudnych
warunkach, tyfus plamisty. Nie wzięto pod uwagę eksperymentalnych
operacji, nie udzielono mi żadnej szczególniejszej opieki. Gdy Franz Y.
zobaczył mnie jako rekonwalescenta w bloku dla chorych na tyfus, nie
mógł uwierzyć, że zdołałem przeżyć tę chorobę po przebytych
doświadczeniach; uważał, sam niewierzący, że będę fakt przetrwania
przypisywał Panu Bogu. Tak rzeczywiście jest. Jednakże, wychodząc z
obozu jako 29-letni człowiek, byłem niezdolny do życia. 8. Choć proces dotyczy
jednego człowieka, H. Schütza, muszę wspomnieć o całej komisji, która
przeprowadzała doświadczenia. Na czele tej komisji stał rzeczywiście
SS-Sturmbannführer Schütz, ale po raz pierwszy widzę na tej sali
oskarżonego siedzącego samotnie. Wprawdzie jeszcze dotąd brzmi mi w
uszach codziennie powtarzany okrzyk H. Stöhra: «Sturmbannführer Schütz
kommt!», ale znaczyło to zawsze, że przychodzi cała komisja (należał do
niej także jakiś człowiek w ubraniu cywilnym; mówiono o nim, że jest
profesorem z Berlina). Znaczyło to jednak także, to prawda, że szefem
Komisji jest Sturmbannführer Schütz. Tak było. 9. Dla H. Schütza byliśmy,
podobnie jak i dla jego otoczenia, nie ludźmi chorymi, wymagającymi
opieki lekarskiej i najprymitywniejszej troski, ale wyłącznie królikami
doświadczalnymi. W najtrudniejszym dla nas okresie byliśmy pozbawieni
nawet diety obozowej, przyznawanej niekiedy chorym. Nie byliśmy wyjęci
spod komendy «Achtung», gdy SS-mani wchodzili do stacji doświadczalnej.
Nie przypominam sobie, bym widział u H. Schütza kiedykolwiek odruchy
ludzkie w stosunku do nas. Interesował go tylko przebieg doświadczeń,
przy czym sekretarz zapisywał każde dyktowane słowo. 10. Natomiast liczyłem się
z tym (a moi koledzy zapewne także), że przyjdzie do nas jeszcze jedna
komisja, która po zakończeniu doświadczeń skieruje nas do komory
gazowej. Był taki dzień, w którym również H. Stöhr spodziewał się
przyjścia tej komisji. Na szczęście, alarm okazał się fałszywy. 11. Po wyzwoleniu z
kancelarii obozowej (Schreibstube) ktoś przyniósł mi moją teczkę, która
miała zawierać moje akta obozowe. Jednakże, z wyjątkiem pierwszej
strony (personalia spisane w Sachsenhausen), cała pozostała
dokumentacja została wyrwana i zniszczona. Dokument ten posiadam przy
sobie – do dyspozycji Sądu. 12. Odczytano mi także, po
wyzwoleniu, fragment jakiegoś protokołu dokonywanych na nas
doświadczeń. Była tam mowa o tym, że przeprowadzone doświadczenia nie
miały sensu także z punktu widzenia wyłącznie medycznego. 13. Posiadam, do dyspozycji
Sądu, orzeczenie lekarskie o stanie mojego zdrowia. Wydaje się jednak,
że dla toczącego się procesu najważniejsze jest wierne odtworzenie
przebiegu przeprowadzonych na mnie doświadczeń. Dlaczego w tym
procesie zeznaję? 1. Wykluczam jakikolwiek
motyw nienawiści lub zemsty. Nie
muszę też mówić, że proces ten jest dla mnie
przeżyciem niezwykle trudnym; w pewnej mierze jest jakby dalszym
ciągiem stacji doświadczalnej. Wszystkim przebaczyłem i
słowa przebaczenia zawarłem w swoim testamencie, w obliczu zawsze
możliwej śmierci. Jestem zwolennikiem pokoju
i pojednania, czego dowody dawałem wielokrotnie, zarówno
w życiu prywatnym, jak i społecznym; także jako
członek Episkopatu Polski, który w
czasie ostatniego Soboru skierował
słynne orędzie pojednania do Episkopatu niemieckiego. 2. Istnieje natomiast
powszechny obowiązek troski o ład i porządek społeczny. Podstawową
zasadą tego ładu jest nietykalność
człowieka w jego świętym prawie do życia – od poczęcia w
łonie matki aż do naturalnego
zgonu. Podkreślają to zresztą dokumenty o charakterze międzynarodowym. W imieniu biskupów polskich
mówiłem o tym w czasie II Soboru
Watykańskiego w auli soborowej. 3. Przysięga lekarska i
sama natura zawodu lekarskiego gwarantuje, że lekarz leczy, nie zaś
kaleczy i zabija. 4. Jestem winien swoje
zeznania tym, którzy zginęli. Wśród bardzo licznej
rzeszy Polaków księża stanowili w
Dachau szczególnie liczną grupę. Byli też szczególnie prześladowani.
Jednym ze świadectw tego były stacje doświadczalne
w Dachau. Jak stwierdza dr Teodor Musioł, na
doświadczenia z malarią przeznaczano przeważnie polskich księży
(„Dachau 1933-1945”, Katowice 1968, wyd. 2, s. 199).
O doświadczeniach z flegmoną mówiło
się, iż do pierwszej grupy należeli
Żydzi, do drugiej – zawodowi przestępcy; natomiast spośród 20 członków
naszej grupy trzeciej 18 było polskimi duchownymi, w czwartej zaś
grupie wszyscy byli księżmi polskimi. Doświadczenia, o których
zeznaję, były więc częścią szerszego zjawiska. Jego liczbowe dane
wyglądają tak: na 2720 duchownych z 20 narodowości było w Dachau 1780
duchownych polskich; połowa duchownych polskich zmarła w obozie;
spośród wszystkich pozostałych narodowości zmarło około 18%; z mojej
diecezji było w obozie 223 duchownych, 148 zmarło na miejscu; wśród
nich moi wychowawcy, profesorowie i biskup, mój poprzednik, sługa Boży
Michał Kozal, który zmarł w czasie prowadzenia na nas doświadczeń, w
tym samym rewirze, otrzymawszy śmiertelny zastrzyk 26 stycznia 1943
roku. W diecezji została nas
obecnie przy życiu garstka, z wszystkich zaś diecezji i zakonów –
niewielu. Pozostaliśmy przy życiu może także po to, by dać świadectwo o
nich; ja dziś o tych, którzy zginęli na stacji doświadczalnej w Dachau
i należeli, wraz ze mną, do grupy trzeciej z Kunstphlegmone. Takie słowa przed sądem monachijskim,
niedaleko Dachau, miały być raczej świadectwem niż zeznaniem. Niech każde świadectwo, służąc
prawdzie, służy jednocześnie świętej sprawie pokoju i pojednania. Nie
można inaczej budować przyszłości niż na prawdzie. Jest to budowanie
trudne, ale innego nie ma. * Autor 10 XI 1975 r. składał w Monachium zeznania podczas procesu byłego lekarza hitlerowskiego, dr. H. Schütza, szefa stacji doświadczalnej w Dachau. Zamieszc (wyd. 3, Łomianki 1999, s. 185-199). Arcybiskup
Kazimierz Majdański Pojednanie domaga się prawdy Przemówienie skierowane do Prezydenta
Niemieckiej Republiki Federalnej, Profesora dr. Romana Herzoga, Bonn,
Villa Hammerschmidt 10 V 1995 r. Panie Prezydencie! 1. Gdy w dniu 3 VIII 1991 roku zostało
mi przekazane w Szczecinie przez ambasadora niemieckiego w Warszawie
wysokie niemieckie odznaczenie[1],
powiedziałem na początku swojego przemówienia: „Kieruję wyrazy
pozdrowień, należnego szacunku i wdzięczności dla Pana Prezydenta
Niemiec, Richarda von Weizsackera, który przyznał mi odznaczenie, jakie
przed chwilą zostało mi wręczone przez Pana Ambasadora”. Dziś mogę te
słowa skierować do aktualnego Prezydenta Niemiec. Dziękuję więc Panu,
Panie Prezydencie, za to, że mogę się do Pana zwrócić osobiście w
czasie obecnego, zaszczytnego dla mnie spotkania. Chciałbym także i inne słowa,
wypowiedziane wtedy, dziś powtórzyć: „Chwila obecna stwarza doskonałą
sposobność, bym mógł się zwrócić do całego Narodu niemieckiego z tym
pozdrowieniem, które przyniósł ludzkości Zmartwychwstały Chrystus:
«Pokój Wam!»”. 2. Poza tymi słowami kryją się
wydarzenia, wyjątkowo wielkie wydarzenia. Zasługują na to, by o nich
dziś wspomnieć i je podkreślić; dziś – to znaczy w tej historycznej
chwili, w której cały świat znajduje się pod wrażeniem 50. rocznicy
zakończenia II wojny światowej, tej straszliwej wojny, której dzieje
pisały nie tylko pola bitewne, ale także obozy koncentracyjne – na
Zachodzie, i tzw. łagry – na Wschodzie, symbol „cywilizacji śmierci”.
Ja osobiście nie zaliczam się do byłych żołnierzy, lecz do tej drugiej
grupy. Jednakże łatwo przypominam sobie pieśń żołnierską: „Ich hatt’
einen Kameraden, einen besseren find’st du nicht” – „Miałem kolegę,
lepszego nie znajdziesz”. Także wtedy, gdy otrzymałem wysokie
niemieckie odznaczenie, miałem obowiązek przyznać: „Odznaczenie, które
przed chwilą otrzymałem, wolno mi było przyjąć pod warunkiem, że odnosi
się ono nie tylko do mnie samego... Wydaje mi się, że wolno mi w
obecnej chwili zacytować słowa Apostoła Pawła: «Gdy zawodnicy biegną na
stadionie, wszyscy wprawdzie biegną, lecz jeden tylko otrzymuje
nagrodę.» (1 Kor 9, 24). Jestem zobowiązany myśleć
o wszystkich, którzy brali bohaterski udział na wielkim stadionie
II wojny światowej, i to nie w walce z bronią w ręku, lecz w
cierpliwym znoszeniu niesłychanych udręk obozowych”. Miałem zaszczyt bardzo długo i w sposób
szczególnie trudny znosić udręki obozu koncentracyjnego w Dachau. W Dachau, gdzie co drugi z polskich
kapłanów stracił życie, spośród tej wielkiej rzeszy kapłanów polskich,
która była znacznie liczniejsza niż przedstawiciele uwięzionych tu
kapłanów z dwudziestu innych narodów. W Dachau, gdzie życie moje na stacji
doświadczalnej zostało uratowane przez Niemca. W Dachau, gdzie – jak sądzę – wielu
dojrzało do świętości i jeden spośród nich już został ogłoszony
błogosławionym: Michał Kozal, Biskup i Męczennik, mój Biskup. 3. Wszystkie te niezwykle wielkie
wydarzenia zasługują na to, by je dostrzegać i by je szanować jako
fundament wspólnej przyszłości naszych obu Narodów i jako fundament
przyszłości Europy. Podstawową bowiem zasadą tej
przyszłości jest nietykalność człowieka w jego świętym prawie do życia,
„zaczynając od poczęcia w łonie matki aż do naturalnej śmierci”. Tak
powiedziałem o tym na procesie w Monachium w 1975 roku[2]. Jak mógłbym tej prawdy nie wypowiedzieć
dziś, to znaczy w czasie zaprowadzania nowego porządku w Europie, a
jednocześnie w czasie coraz dotkliwszego wygasania życia mieszkańców
Europy we wszystkich nieomal jej krajach? Były więzień obozowy czuje się ściśle
zobowiązany do tego, by postawić pytanie: Czy państwo, które stworzyło
Dachau, albo jakiekolwiek inne państwo, które usprawiedliwia zabijanie
niewinnych ludzi, na przykład zabijanie nienarodzonych dzieci, może
uważać, że jest państwem prawa? 4. Wszystkie wyżej wspomniane,
niezwykle wielkie wydarzenia zasługują na to, by je zauważyć i by je
uszanować jako fundament tej prawdziwej przyjaźni, która powinna być
drogą do pojednania: rzeczywistego pojednania naszych obu Narodów. Rzeczywiste pojednanie domaga się
autentycznych świadectw. Domaga się całkowitej prawdy, choć – jak nas
upomina Apostoł – musi ona być „natchniona miłością” (por. Ef 4, 15). Uważam za swój obowiązek służyć temu
celowi, toteż starałem się oddać tę posługę w mojej książce pt. Będziecie Moimi świadkami (Ihr werdet meine
Zeugen sein). Po wielu latach starań książka ukazała
się w końcu w języku niemieckim. Stało się to z okazji 50. rocznicy
zakończenia wojny, a także zakończenia smutnych dziejów obozów
koncentracyjnych. Dwóch zwłaszcza Niemców wniosło tu swój szczególny
wkład: p. Winfried Lipscher, radca Ambasady Niemieckiej w Warszawie, i
p. Norbert Martin, profesor Uniwersytetu w Koblencji. Natomiast
szczególną zupełnie zasługę zdobyło tu wydawnictwo „Maria aktuell” w
Bawarii. Mimo wszystkich trudności wydawnictwo zdecydowało się w sposób
śmiały wydać tę książkę, zaczynając ją słowem znakomitego
przedstawiciela Kościoła katolickiego w Niemczech i mojego dawnego
sąsiada, gdyśmy obaj byli biskupami diecezjalnymi: on w Berlinie, ja
zaś w Szczecinie. Mówię oczywiście o kardynale Joachimie Meisnerze. W ten to sposób mam dziś zaszczyt
wręczyć książkę w tłumaczeniu niemieckim Panu, Panie Prezydencie. Niech będzie ona skromnym wkładem w
wielkie dzieło pojednania dla dobra naszych obu Narodów, a także dla
dobra całej Europy. Wszystkie niezwykle smutne przeżycia,
wraz z ich następstwami, nie tylko nie powinny być zapomniane, lecz
powinny mieć wpływ na każde ludzkie życie i na prawa i obowiązki, jakie
są z tym związane. W imieniu polskich biskupów wypowiedziałem się na
ten temat na Auli II Soboru Watykańskiego. Wspominam o tym w mojej
książce[3]. A dziś pozwalam sobie
słowa te przytoczyć z nową siłą w obecności Pana, Panie Prezydencie.
Tylko bowiem na tej drodze mogą w sposób skuteczny być rozwiązane
problemy naszego czasu. Trzeba, byśmy szli w przyszłość drogą prawdy i miłości. Wtedy
zostaniemy również obdarowani cywilizacją życia[4]. [1] Wielki Niemiecki Krzyż Zasługi z Gwiazdą (Das grosse Verdienstkreuz mit Stern des Verdienstordens der Bundesrepublik Deutschland). Uroczystość przekazania odznaczenia miała miejsce w Szczecinie 3 VIII 1991 r. [2] Por. Ihr werdet meine Zeugen sein,
Maria actuell [1995], s. 174. [3] Tamże. [4]
W dłuższej odpowiedzi prezydent Roman Herzog podkreślił konieczność
zdecydowanego służenia prawdzie |