|
|
ARCHIWUM |
|
Zygmunt
Zieliński
Spektakl wyborczy. Odsłona
I To krótka powtórka z dziejów parlamentaryzmu w PRL. Dziś, zwłaszcza wśród młodych, o wiedzę na ten temat trudno. To z kolei rodzi indyferentyzm. Choroba to groźna, podobnie niebezpieczna jak zielone światło dla tych, co to inaczej... sami i z prawem modelowania na swój obraz innych, co gorsza tych, co to jeszcze ani się bronić mogą, ani rozeznać matni, w jaką się dostali. Aż do znudzenia majsterkuje tzw. lewica demokratyczna owo modelowanie według strychulca norm komunistycznych, do których starsi przywykli (przynajmniej znaczna ich część), a niektórzy młodzi tęsknią, tak jak w Niemczech wielu wzdycha do enerdówka, ponieważ przywykli do bylejakości w każdej dziedzinie i do obroży, z którą było wygodniej niż samopas, ale za cenę rozumnego wysiłku. Z komunizmem ma ta lewica tyle wspólnego, iż partoliła przez dwie kadencje sprawowania władzy, co tylko w tym kraju było do spartolenia, a jeśli chodzi o rabunek mienia publicznego, to chyba dostarczyła mnogość scenariuszy do najfantastyczniejszych filmów kryminalnych. Nic innego nie robiły przecież władze PRL. Natomiast szeroki ogół stale zaciskający pasa, to dla tych ludzi po prostu godny pogardy tłum, na tyle bezmyślny, iż uwierzy w każdą ich pustą obietnicę. Pogrobowcy PRL nie muszą się nawet starać o jakieś inscenizacje w rodzaju troski o lud, jak to niekiedy musieli czynić ich ojcowie i dziadkowie. Oni po prostu stali się kapitalistami z czerwoną kokardką, ale ta kokardka to wszystko, co pozostało z dawnej dekoracji. Hasło sprawiedliwości społecznej znikło zupełnie z ich słownika. Nic dziwnego, że ci ludzie za wszelką cenę chcą zdławić tzw. lustrację. Pewnie przeklinają Jaruzelskich i innych bankrutów reżimu sowiecko-peerelowskiego, że poszkapili sprawę zatarcia śladów degeneracji, jakiej uległa tak wielka część społeczeństwa. Teczek boją się nie tylko dawni aparatczycy, ale także ta cała masa lokajstwa bolszewickiego, która brała ubeckie i esbeckie łapówki w zamian za kapowanie niewinnych ludzi, w przekonaniu o wiecznotrwałym systemie komunistycznym. W Polsce, w przeciwieństwie do innych byłych demoludów, udało się przez 15 lat wykolejać systematycznie proces oczyszczania popeerelowskich ścieków. To jest główna przyczyna tego potwornego i jakże nas poniżającego ogłupienia ogromnej części społeczeństwa. Któż mógł przypuścić w czasach, kiedy wzdychało się za wolną Polską, że premierostwa, prezydentura, ministerialne stołki dostaną się dawnym pierwszym sekretarzom, aparatczykom już nawet nie administracji komunistycznej, ale wręcz partii komunistycznej. Czyż mamy prawo dziwić się, że mało gdzie chcą nas traktować poważnie? Jakże mogą inaczej na nas patrzeć? Już wcale nie chodzi o nieudolność tych ludzi, której dowody leżą niejako na dłoni, ale o pewną logikę właściwą człowiekowi, w tym przypadku społeczeństwu, które działa według kryteriów rozumności. Któż bowiem przywołuje z powrotem partacza, którego po długich mozołach się pozbył? Oczywiście Polak, niestety, i to wcale nie klient dawnego systemu. Wielu bowiem po prostu nie wie na kogo dać głos. Czyja to wina? Nad tym pytaniem warto się zastanowić. Pozostawmy na razie na uboczu wybory parlamentarne, bo to będzie spektaklu akt drugi. Znowu będą się ścigać partie i ugrupowania i widzimisię ich liderów czy sponsorów będzie decydowało, kto personalnie zasiądzie w sejmie i senacie. Po prostu taka ordynacja. Innymi słowy zdrowy rozsądek, atrybut, jak wiadomo, raczej należący do osoby, a nie do grupy, pójdzie na zieloną trawkę, a decydować będą lobby uszczęśliwiaczy, rzec by można, zawodowych. Niektórzy z nich obrzydli nawet swoim współbraciom, tym przynajmniej, którzy dostrzegli, że towarzysze ci szkodzą już nie tylko narodowi – z tym można by jakoś żyć – ale wręcz własnej partii. Przykład: roszady w SLD, wypchanie zajeżdżonych koni do innego boksu, zwanego senatem, stworzenie pozoru „odnowy”, a dla głupich – nadziei na nowy udany start tej partii. Zauważmy jednak, że ta młodsza generacja tzw. lewicy nie posłała swych weteranów na ławkę rezerwowych bez dobrze napełnionego koryta. Wrócimy do tej „strategii korytowej” w drodze do sejmu i senatu przy innej okazji. Tymczasem jednak przygotowuje się start do biegu, którego meta jest na Krakowskim Przedmieściu w Pałacu Namiestnikowskim. Gdyby w kraju tym liczono się ze zdrowym rozsądkiem, gdyby prywata, małostkowa, wręcz hańbiąca, jak niegdyś naszych przodków magnackich, stawiających dobro klanu ponad dobro państwa, nie oślepiała ludzi, którzy najczęściej prawem kaduka pchają się na widownię, by innym wmawiać, co jest dobre, a co złe, to podział byłby jasny i czytelny dla każdego. Po jednej stronie stanęliby ci, którzy od 15 lat trzymają władzę, ponieważ nie wypuścili jej z rąk z chwilą, kiedy sztandar PZPR poszedł do lamusa. Oczywiście nie trzeba nikomu tłumaczyć, kto im dopomógł do tak korzystnej transakcji załatwionej w Magdalence, przy Okrągłym Stole i kto wie, gdzie jeszcze na boku? To temat tak wałkowany, iż można tu o nim chwilowo zapomnieć. W każdym razie, mówiąc konkretnie, ta grupa dawnych aparatczyków peerelowskich, przyznać trzeba do niedawna bardzo zwarta, a dziś mniej lub bardziej taktycznie zróżnicowana biegłaby po prezydenturę własną ścieżką. A druga strona? Znowu, odwołując się do rozsądku i choćby tylko
fundamentalnej uczciwości, powinni tworzyć ją wszyscy świadomi
bezsensu powierzania losów narodu tym, których kiedyś tenże naród
uznał za niezdolnych do sprawowania władzy. Tylko konsensus co do
podstawowych kryteriów, jakim powinien odpowiadać człowiek mający
reprezentować ten naród z godnością i
odpowiedzialnie, może wyprowadzić Polskę z matni, w jakiej tkwi ona już
poprzez drugie dziesięciolecie swej niepodległości. Czy jest to możliwe?
Okazuje się, iż im bardziej szansa na to staje się coraz bardziej odległa
na prawej stronie sceny politycznej (o ile takowa rzeczywiście istnieje),
tym większa koncentracja sił na stronie lewej, która jest świadoma, iż
prezydent hołdujący jej ideologii i reprezentujący jej interesy to cel
godny współdziałania ponad chwilowymi, często zresztą pozornymi,
podziałami. Casus pana Cimoszewicza jest tyleż zabawny, co przygnębiający,
kiedy śledzi się reakcję dużej części opinii publicznej na
dokonywane przez niego ewolucje. Przecież od początku wiadome było, iż
te kabaretowe gesty odchodzenia od polityki, dystansowania się od szeregu
działań SLD, to tylko kiepsko grana komedia. Chodziło o wykreowanie spiżowej
postaci, wobec której konkurenci zarówno z szeregów SLD, jak i
opozycji, żeby użyć tego mało precyzyjnego pojęcia, byliby bezradni.
Po prostu dlatego, iż biorąc po kilka procent głosów musieliby
pozostać po stronie przegranych. To jest ślepota zamierzona czy też
wynikająca z małości wszystkich, rozbijających siły, których wspólnym
celem, dotąd przynajmniej, było oczyszczenie polskiego życia
politycznego z reliktów komunizmu. Niechby więc sobie
„demokraci”, kolejne wcielenie Unii Wolności, Platforma Obywatelska i
różne kanapowe ugrupowania wystawiały swych kandydatów, jednak
formacje polityczne o klarownym programie narodowym nie powinny sobie
pozwalać na to bezduszne „osóbkowanie”, w zapleczu mające przeważnie
ambicje różnych „osobistości”, które sobie wmówiły lub którym
wmówiono, iż mają charyzmat wodzowski. Pojawianie się coraz to nowych
kandydatów w obozie politycznym, któremu na sercu leży dobro tego
kraju, a nie klik frymarczących władzą i wykorzystujących jej
posiadanie dla generowania coraz to nowych afer i okradania społeczeństwa,
jest bolesnym rozczarowaniem, niweczącym generalnie wiarygodność
ubiegających się o władzę. Kogo zatem mają wybierać ludzie
nieustannie bezczelnie oszukiwani jałową propagandą, obietnicami tyle
wartymi co plakat, na którym je wypisano?
|
|