ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Jerzy Chodorowski


Polityka i Strategia

Powaby i pułapki kompromisów wewnątrzunijnych

NPW 7-8, 2005


W październiku i listopadzie ubiegłego roku w Unii Europejskiej zaszły dwa fakty walnie wzmacniające hipotezę wyjaśniającą aktualnie istniejący w niej układ sił kompromisem zawartym w początkach XX w. i trwającym do dziś między blokiem chadeckim z jednej strony a socjalistami i pewnymi odłamami liberałów z drugiej.

 

Znamienne, że  skutkami pierwszego z tych faktów dotknięty został głównie jeden  element wspomnianego kompromisu: element pasywny – tylko klienci i akceptanci kompromisu  (chadeccy „kompromisobiorcy”). Fakt ten rzucił  jasne światło na charakter zgrupowanych w nim ludzi,  rekrutujących się w olbrzymiej większości z Europejczyków deklarujących świadomość narodową. Drugie natomiast wydarzenie dotyczyło głównie drugiego elementu kompromisu: grupy ludzi liczebnie znacznie mniejszej, ale aktywnej, inicjującej porozumienie i zachowującej dla siebie kierowniczą rolę w jego funkcjonowaniu – ludzi o świadomości europejskiej. W świetle tego wydarzenia raz jeszcze wyszły na jaw ich cele polityczne i potwierdziły się domniemania na temat istoty zawartego kompromisu. Równie znamienne jest to, że każdy z tych faktów wyniósł do roli głównej osobistość typową, odpowiednio dla pierwszej i dla drugiej części składowej kompromisu. Wydarzenie pierwsze  skoncentrowało się wokół osoby, która zarówno w mniemaniu własnym, jak i w opinii mediów była „przyjacielem Papieża”, drugie natomiast wokół postaci, która z racji swego uwielbienia dla filozofii spinozjańskiej może być nazwana „przyjacielem Spinozy”. 

 

PRZYJACIEL  PAPIEŻA

 

Rocco Buttiglione, politolog i filozof katolicki, doctor honoris causa KUL, sekretarz partii chadeckiej, autor książek o Papieżu i jego przyjaciel, kandydat na unijnego komisarza do spraw wewnętrznych, sprawiedliwości i swobód obywatelskich, 5 X 2004 r oświadczył w  czasie przesłuchania przed Parlamentem Europejskim (PE): Mogę uważać homoseksualizm za grzech, ale nie będzie to wpływać na politykę, dopóki nie powiem, że homoseksualizm to przestępstwo. Wyjaśnił, że nie widzi sprzeczności między swymi osobistymi poglądami moralnymi a pracą na stanowisku komisarza, wymagającą przestrzegania zakazu dyskryminacji ze względu na rasę, płeć i orientację seksualną. Mimo tej usłużnej wiwisekcji, w której prof. Buttiglione dokonał rozdwojenia swej jaźni, PE odrzucił jego kandydaturę na stanowisko komisarza unijnego. Zawrzało. Jeden z polskich posłów  do PE, który stanął w obronie R. Buttiglionego, został zelżony przez parlamentarzystę niemieckiego epitetem „polski chuligan”. Prawie cała prasa katolicka uznała R. Buttiglionego za ofiarę cynizmu moralnego UE i za bohatera cierpiącego zniewagi w walce o tolerancję w zjednoczonej Europie.

 

Wzburzenie wywołane na scenach politycznych przez casus Buttiglionego było wprawdzie bardzo rozległe (objęło Europę i duże połacie Ameryki), ale dość płytkie. Nie spowodowało bowiem żadnych głębszych analiz tła ani istoty samego konfliktu, który ujawnił się na forum PE. Dziś, gdy opadły już emocje, warto raz jeszcze powrócić do incydentu z Buttiglionem i spokojnie, sine ira et studio, przeanalizować jego sens i wymowę.

 

Oświadczenie „przyjaciela Papieża” pozwala stwierdzić istnienie diametralnych różnic między jego poglądami a poglądami Papieża na co najmniej dwie sprawy. Po pierwsze, w swej enuncjacji niedoszły komisarz stwierdził, że wprawdzie uważa homoseksualizm za grzech, ale dopóki nie uzna go za przestępstwo, będzie mógł wiernie stać na straży prawa unijnego, chroniącego preferencje seksualne człowieka. Otóż stanowisko to jest absolutnie nie do pogodzenia z etyką katolicką, a więc i z poglądami Papieża. Niezależnie bowiem od tego, czy prof. Buttiglione uzna homoseksualizm za przestępstwo czy nie, homoseksualizm jest przestępstwem, gdyż stanowi przekroczenie prawa naturalnego (tzn. prawa Bożego). I właśnie dlatego jest grzechem. Dla „przyjaciela Papieża” kryterium to nie istnieje, a tymczasem Papież naucza wyraźnie: Prawo naturalne, które samo w sobie jest dostępne dla każdego rozumnego stworzenia, ukazuje podstawowe i istotne normy regulujące życie moralne.[1] (Poza tym katolicyzm nie uznaje dwóch etyk: – innej dla sumienia, a innej dla działania zewnętrznego. Działanie to musi być zgodne z nakazem sumienia, jeśli tylko wola nie natrafia na nieprzezwyciężalne przeszkody).

 

Po drugie, pogląd prof. Buttiglionego, że głos sumienia piętnujący homoseksualizm jako grzech nie wiąże go tak długo, jak długo prawo pozytywne nie uznaje tej dewiacji za przestępstwo, że wobec tego na stanowisku komisarza będzie mógł chronić równouprawnienie homoseksualistów i tym samym przyczyniać się do rozwoju ich orientacji seksualnej, oznacza, że „przyjaciel Papieża” wyraźnie stawia prawo pozytywne (stanowione) ponad prawem naturalnym (Bożym), co z kolei jest sprzeczne z zasadami cywilizacji łacińskiej. I tu otwiera się kolejna przepaść między „przyjaciółmi”, Papież bowiem stale nawołuje Europę, by powróciła do swych korzeni chrześcijańskich i antycznych, z których wyrosła cała cywilizacja łacińska.

 

Przesłuchanie przed PE nie było jedyną okazją dla R. Buttiglionego do wypowiedzenia przezeń opinii sprzecznych z poglądami Papieża. Już bowiem wcześniej, w 2002 r., nadarzyła się podobna sposobność w czasie wywiadu udzielonego w Warszawie prounijnemu czasopismu „Unia i Polska”. Wyraził wówczas  w dwóch związanych ze sobą problemach opinię całkowicie odmienne od poglądów Papieża. Pierwszy problem  to znaczenie państwa dla narodu, czyli rola państwa narodowego, a drugi to – łączący się z tamtym –  problem ustroju przewidzianego dla UE przez jej konstytucję.

 

Poglądy Papieża na sprawę pierwszą (państwo narodowe) biorą swój  logiczny początek z jego stwierdzenia, że podstawą wszystkich praw narodu jest prawo do istnienia. Czy nie jest to ideał zapisany w Karcie Narodów Zjednoczonych, kiedy przedstawia się jako podstawę organizacji <zasadę równej suwerenności wszystkich członków> (art. 2, 1) lub kiedy mówi się o rozwijaniu <przyjaznych stosunków między narodami, opartych na poszanowaniu zasady równych praw i samostanowienia (art. 1, 2)>.[2]  Przemawiając zaś w siedzibie UNESCO w Paryżu w 1980 r., Ojciec Św. powiedział: Naród istnieje <z kultury> i <dla kultury> [...]. Istnieje podstawowa suwerenność społeczeństwa, która wyraża się w kulturze narodu. [...] I mówiąc do was, Czcigodni Państwo, którzy tutaj gromadzicie się od trzydziestu z górą lat w imię prymatu tego, co wyraża się w kulturze człowieka – ludzkich wspólnot, ludów, narodów – mówię: strzeżcie [...] tej podstawowej suwerenności, którą każdy naród posiada dzięki swej kulturze[3].

 

Skoro tak, skoro każdy naród ma prawo do suwerennego istnienia, to musi mieć również prawo do obrony  tego istnienia, a więc do dysponowania własną, suwerenną strukturą państwową. Jeśli naród istnieje „z kultury” i „dla kultury”, to powinien mieć także możność swobodnego jej rozwijania, szansę tę zaś daje jedynie własne państwo. Jedynie w nim bowiem naród uzyskuje suwerenność.

 

Państwa narodowe mogą wchodzić ze sobą w różne związki. Przykładów dostarcza proces integracji Europy. Nie mogą to być jednak związki dowolnego typu. To wszystko, co papież powiedział o narodzie i państwie narodowym wymaga, by był to model związku spełniający specjalne warunki. Jan Paweł II mówi wyraźnie: Nie może być pokoju bez tego procesu jednoczącego, w którym każdy naród będzie mógł w wolności i prawdzie obrać drogi swego rozwoju[4].

 

Warunku tego nie spełnia zaś federacyjny model połączenia państw. Państwo federalne bowiem zabiera suwerenność państwom wchodzącym w jego skład. Z nauczaniem Papieża nie może być zgodne utworzenie jednego państwa związkowego. Zgodny z nim może być tylko związek państw suwerennych czyli ich konfederacja. Tylko ona zostawia narodom partnerskim swobodę obrania własnych dróg „rozwoju w wolności i prawdzie”. Od tego stwierdzenia już tylko krok do odpowiedzi na pytanie, jaki jest pogląd Papieża na  konstytucję Unii.

 

Ponieważ konstytucja stwarza  ramy ustrojowe Unii, mające ją przetworzyć w ogromne państwo federalne, z możliwością uniformizacji bogactwa etniczno-kulturowego i utworzenia na nowym gruncie  kulturowym mieszanki narodów o jednolitej świadomości europejskiej, a z czasem i jednego narodu europejskiego,  ustawa ta jest niezgodna z wszystkimi wypowiedziami Papieża na temat narodu. Papież nie może akceptować tej konstytucji głównie nie dlatego, że nie zawiera ona żadnego odniesienia do Boga czy do chrześcijańskich korzeni Europy, czy nawet tylko do religii, ale dlatego, że powołuje ona do życia organizm prawno-konstytucyjny laicki, w którym nie ma miejsca na suwerenne państwa narodowe, zachowujące tożsamość etniczną, religijną, kulturową i aksjologiczną, organizm nie dający możliwości spełnienia się jego nadziei, że Europa stanie się wolnym stowarzyszeniem narodów, które pozwoli wszystkim korzystać z bogactwa swej różnorodności[5].

 

R. Buttiglione  we wspomnianym wywiadzie wypowiedział natomiast opinie i na temat państwa narodowego, i na temat konstytucji UE diametralnie odmienne do nauczania „Papieża–przyjaciela”. Mit państwa narodowego rozpadł się – zawyrokował – w naszych krajach wraz z upadkiem faszyzmu i narodowego socjalizmu. [...] We Francji czy Anglii mit państwa narodowego nie upadł, a jedynie trochę się zamazał, gdy stało się jasne, że państwo narodowe nie może już w pełni zapewnić bezpieczeństwa czy udziału w polityce światowej. Do tego potrzebne jest państwo światowe[6].

 

W sprawach zaś ustrojowych R. Buttiglione stale był zdania, że UE powinna przeobrazić się w jedno państwo. Stąd z entuzjazmem powitał naprzód projekt konstytucji unijnej, a następnie ostateczny jej tekst, podpisany w Rzymie 29 X 2004 r., upodabniający UE do państwa federalnego. Przypomnijmy jeszcze jeden drobny, ale ważny szczegół: Buttiglione był również członkiem delegacji PE  do spraw redakcji Karty Praw Podstawowych. Tej samej, która weszła do konstytucji jako jej część II i która – trzeba to podkreślić – narusza podstawowe normy moralne, dopuszcza bowiem aborcję, eutanazję, akceptuje związki homoseksualne i przyzwala na zrównanie ich z małżeństwami. Zapytany zaś, czy delegacje narodowe w Konwencie przygotowującym konstytucję będę działać razem, czy podzielą się na zwolenników poszczególnych partii, odpowiedział, że pewnie podzielą się według przynależności politycznej, co by znaczyło, że mamy do czynienia z europejskim demos. Tu powiało historią: R. Buttiglione przejął ideologiczną pałeczkę od R. Coudenhovego, który uważał, że zjednoczonej Europie potrzebny jest jeden naród europejski. (UE wymaga legitymizacji, a do tego konieczny jest jeden lud – demos europejski. W Konwencie mógłby powstać jego zalążek). Na koniec R. Buttiglione zastrzegł się ostrożnie: A może będzie tak, że każdy delegat będzie miał dwa kapelusze – jeden swojego kraju, a drugi partii, do której należy[7].

 

Wreszcie 13 I 2005 r. mit męczennika za katolickie oblicze ustroju unii – prysnął! „Przyjaciel papieża” oświadczył, że chociaż w konstytucji europejskiej nie ma wzmianki o wartościach chrześcijańskich, należy ją poprzeć. Jeżeli odrzucimy konstytucję, lepszej nie będzie. A konstytucja jest nam potrzebna[8].

 

Całe zajście z R. Buttiglionem ujawniło dwie charakterystyczne cechy zarówno poszczególnych polityków chadeckich, jak i całych ugrupowań tego typu, działających na terenie Unii w koalicji z blokiem „liberałów i socjalistów bezbożnych”. Po pierwsze, R. Buttiglione jako typowy chrześcijański demokrata dał popis mentalności właściwej ogromnej większości polityków obozu „socjalistów pobożnych”, jak i ich szerokiego elektoratu. Mentalność ta odznacza się mianowicie rozdarciem, podziałem, chroniczną „podwójnością”, zawsze jakąś „dwojakością”. Pojawia się np. pod postacią jednej etyki obowiązującej człowieka tylko w sumieniu i drugiej, właściwej dla postępowania w praktyce; albo pod postacią rozdwojenia jaźni człowieka: potrafi on służyć jednemu panu, mając świadomość, że podlega i drugiemu, który jest wrogiem pierwszego; świeci jednemu świecę, drugiemu ogarek; część jego osobowości opowiada się po stronie pewnej jednostki czy grupy, a druga część po stronie przeciwnej; lub przybiera kształt przepaści między wielkodusznością a makiawelizmem czy między górnolotnymi hasłami a podejrzanymi środkami. Kapitalnym skrótem tej dwoistości jest analogia „dwóch kapeluszy”.

 

R. Buttiglione stworzył nawet coś w rodzaju własnej filozofii kompromisu. W wykładzie wygłoszonym na KUL (16 X 2000 r.[9]  wyraził się, że Prawo naturalne istnieje, ale polityka, która musi pośredniczyć między prawem a siłą, nie zawsze jest w stanie go bronić. W cztery lata potem, również w wystąpieniu (KUL (12 I 2005), powiedział: Czym innym jest poziom polityki i prawa, a czym innym problem osądu moralnego. [...] Mamy tu do czynienia z od dawna znaną zasadą liberalną. Zgodnie z nią osoby, które mają różne poglądy moralne, mogą żyć razem jako obywatele o równych prawach w tej samej wspólnocie politycznej. [...] Spotykając cudzołożnicę, Jezus mówi: <Idź, a od tej chwili już nie grzesz!> [...] Tylko Jezus ma prawo potępiać, ale On nie potępia, gdyż przyszedł na świat nie po to, by go potępić, lecz po to, by go zbawić. [...] Parlament Europejski odrzucił tę liberalną i chrześcijańską zasadę. [...] A przecież wolne jest takie społeczeństwo, w którym grzesznicy mogą grzeszyć, a księża i filozofowie mogą mówić, że grzech jest grzechem. [...].  Na zakończenie zaś swego credo kompromisowego wyszedł przed kulisy: [...] nasza walka nie jest walką o chrześcijańską Europę. Jest to walka o ocalenie Europy, które nie jest możliwe bez powrotu do podstawowych wartości naturalnych. [...] Dlatego nasza walka nie ma charakteru konfesyjnego: jest świecka, racjonalna, ludzka. Nie opiera się na dogmacie religijnym, lecz na racjonalności ludzkiej, obywatelskiej i politycznej. Słowa te zabrzmiały jak adaptacja i rozwinięcie lapidarnej myśli podjętej w 1913 r. przez Konwent Wielkiego Wschodu: Nie możemy przyjąć Boga jako celu naszego – wybraliśmy ideał niezależny od Boga, to jest ludzkość![10]  W tym miejscu kompromis otarł się o kompromitację: jak ma się ta cała wypowiedź Buttiglionego do apelów jego Przyjaciela o reewangelizację Europy, o jej powrót do korzeni, które nie były jednak świeckie, ale właśnie „konfesyjne” –  chrześcijańskie?

 

Poza tą dwoistością casus Buttiglionego unaocznił w pełni także drugą cechę chrześcijańskiej demokracji, a szczególnie jej przywódców politycznych, mianowicie zadziwiającą łatwość, z jaką ludzie ci uspokajają swe sumienia za pomocą samych postulatów, nawet tylko przedstawianych silniejszemu koalicjantowi, ale przez niego nie realizowanych. Wystarczała im nadzieja, że może zostaną uwzględnione, myśleli kategoriami własnych życzeń, a gdy te nie spełniały się, wycofywali się i tłumaczyli podobnie jak Buttiglione: że przegrali bitwę, ale z walki nie rezygnują. Z walki – to znaczy z czekania na kolejną okazję wysunięcia jakichś nieistotnych żądań, by zamanifestować swe świadectwo ludzi wiary. Zdumiewające, jak mało im trzeba do uciszenia wewnętrznego głosu: niekiedy wystarcza sam gest, symbol, przekonanie, że gdy na gmachu Unii zatknie się krzyż, to od razu utopię integracyjną przeniknie duch chrześcijański. Z ich bowiem kręgu wyszły pierwsze dezyderaty umieszczenia w preambule konstytucji unijnej odniesienia do Boga, wartości religijnych i europejskich korzeni chrześcijańskich. Powierzchowność obserwacji i brak głębszej refleksji spowodowały, że właściwie postawiony został projekt świętokradzki. Krzyża nie umieszcza się byle gdzie. Powołanie się na Boga w konstytucji, która – szczególnie w swej części II – wywodzi się z antybożego ducha, jest w istocie rzeczy profanacją Imienia Bożego.

 

Okazało się także, że temu lekkomyślnemu frymarczeniu sumieniem towarzyszy stale absolutna lojalność wobec istotnych celów potężnego koalicjanta rządzącego Unią. Chadecy przedstawiali różne własne postulaty, programy, propozycje, ale w sprawach dla Unii bagatelnych lub co najmniej dalszorzędnych, natomiast w kwestiach fundamentalnych, dotyczących samej integracji i eurostrategii byli ze swym partnerem kompromisu całkowicie solidarni i jemu wierni, przynajmniej na zewnątrz. Domagali się miejsca dla invocatio Dei w konstytucji, a Buttiglione przymierzał się nawet do deklaracji, która miałaby zastrzec, że definicja małżeństwa i rodziny oraz kwestia związana z obroną życia pozostają nadal w ramach suwerenności poszczególnych państw członkowskich, deklaracji, którą parlament włoski miałby dołączyć jako regułę interpretacyjną do głosowania nad ratyfikacją konstytucji. Zaraz jednak następnego dnia (13 I 2005) zajął pozycję na wspólnej linii nieustępliwości unijnej. Nabożni dziennikarze i publicyści nie zdążyli dopisać do jego życiorysu jeszcze jednej pochwały, gdy „przyjaciel Papieża” w obawie, że może być źle zrozumiany oświadczył twardo: Konstytucję trzeba poprzeć, jest nam potrzebna!

 

Całe zajście z Buttiglionem unaoczniło raz jeszcze, że taki partner kompromisu, taki sojusznik jak chadecja i jej przywódcy są wprost bezcennym skarbem dla ideologów i architektów UE. R. Buttiglione (za którym zwykle idzie fama: „przyjaciel Papieża” – więc pewnie obaj myślą tak samo) zachował się jak arcylojalny agent firmy. Mimo doznanych przykrości, gdy stanął przed słuchaczami w czasie wystąpienia na KUL, przemówił całą siłą swego autorytetu za poparciem konstytucji. Jak dobry komiwojażer zaczął od „marchewki”:  Polska potrzebuje więcej pieniędzy z Unii, ale trzy wielkie kraje – Niemcy, Francja i Wielka Brytania dążą do drastycznego zmniejszenia wydatków o co najmniej 25 mld euro rocznie, wobec tego Włochy poprą Polskę w staraniach o duży budżet, czyli o pieniądze francuskie, niemieckie i brytyjskie (może coś słyszał od Polaków o Niderlandach Zagłoby). Oczywiście było także ostrzeżenie i groźba: jeśli Polska i Włochy odrzucą konstytucję, to znajdą się w izolacji. I co wtedy? A no to, że nie będą lepiej bronić wartości chrześcijańskich. (Wprost ciśnie się na usta pytanie, czy teraz, gdy nie są w izolacji, lepiej i skuteczniej ich bronią).

 

R. Buttiglione nie był pierwszym chadeckim agentem Unii na terenie Polski. Już w 1994 r. wysłani zostali na rozmowy z przedstawicielami polskiego episkopatu funkcjonariusze MSZ, francuskiego i niemieckiego, a w 1995 r. wizytę J. E. Prymasowi Polski złożył sam przewodniczący Komisji Unii – J. Santer[11].

 

Dziwimy się i bolejemy nad tym, że Europa odeszła od Boga. Pytamy, jak to się mogło stać. Otóż właśnie tą leninowską metodą: małych kroczków wstecz na znak ustępstw, a potem dzięki wsparciu wdzięcznych sojuszników chrześcijańskich – milowymi krokami budowniczych integracji – do przodu. I tu pułapka się zamykała. Tą drogą odbywała się stopniowa dechrystianizacja Europy. Okazało się, że chrześcijańska demokracja stała się w kompromisowym sojuszu z socjaldemokracją bocznym wejściem do socjalizmu. Cały jej elektorat, składający się z chrześcijan i z Europejczyków o świadomości narodowej, wszedłszy tym wejściem w krąg rządzących Unią, został przez nich rozbrojony.

 

PRZYJACIEL  SPINOZY

 

Drugim wydarzeniem, które rzuciło światło z kolei na drugie ogniwo kompromisu wewnątrzunijnego, na jego część aktywną i kierowniczą (socjalistyczno-bezbożną), było podanie oficjalnej, choć nieformalnej informacji o projekcie utworzenia  w gmachu Parlamentu Europejskiego w Brukseli Muzeum Europy. Autorem tej wiadomości był przewidziany na jego dyrektora prof. Krzysztof Pomian, który w wywiadzie dla „L’Expansion” (październik 2004) oświadczył, że plan ten, powstały z inicjatywy grupy osobistości belgijskich, wszedł już w stadium realizacji. Ma być ona zakończona w 2007 r.  Tak się szczęśliwie złożyło, że nie musimy szperać po herbarzach, by dowiedzieć się, z których to Pomianów wywodzi się przyszły dyrektor Muzeum i jeden z czołowych ideologów oraz architektów integracji Europy. W opracowanej bowiem przez niego książce Jerzego Giedrojcia Autobiografia na cztery ręce (Warszawa 1994) zamieszczona została nota biograficzna, z której wynika, że bardzo ważnym epizodem w jego życiu był Marzec 1968 r.[12]

 

Prof. K. Pomian sformułował w swym wywiadzie trzy podstawowe zadania, którym ma służyć Muzeum. Po pierwsze, ma ono spełniać zadanie polityczno-symboliczne; ma uświadamiać zwiedzającym, że w przeciwieństwie do wielości parlamentów narodowych istnieje jeden Parlament Europejski (PE), który jest więc symbolem jedności zintegrowanej Europy. (Dodajmy w wyjaśnieniu, że świadomość ta jest niezbędna do legitymizacji PE. Parlamenty bowiem narodowe są prawomocne w następstwie istnienia świadomości poszczególnych narodów; one istnieją z woli tych narodów. PE zaś takiej legitymacji nie ma, gdyż nie ma jednego narodu europejskiego).

 

Po drugie, Muzeum ma oddziaływać na psychikę zwiedzających gmach PE (obecna liczba około 100 tys. zwiedzających rocznie ulegnie na pewno zwielokrotnieniu) w kierunku wyrobienia w nich nałogu myślenia o Europie jako jedności. Muzeum nie będzie eksponować historii poszczególnych narodów. Nie będzie zsumowaniem historii narodowych. Jak się wyraził jego przyszły dyrektor, kiedy jakiś minister kultury pyta, jakie miejsce jego kraj zajmie w naszej ekspozycji, odpowiadam, że ta sprawa nie ma dla nas istotnego znaczenia. Nie chodzi o pokazanie mozaiki narodoów, a o Europę jako jedność. O wpływ na rozszerzenie się wśród Europejczyków świadomości europejskiej, tzn. więzi z całym kontynentem i jego mieszkańcami.

 

Po trzecie, Muzeum ma się walnie przyczynić do tego, by rzesze Europejczyków zrozumiały, że być Europejczykiem to znaczy uznać istnienie czegoś w rodzaju wspólnego interesu europejskiego, nadrzędnego wobec interesów poszczególnych państw. Ten wspólny interes powinien mieć pierwszeństwo w razie jakiegoś konfliktu. Znaczy to, że należy pogłębić europejską świadomość obywatelską. Ukaże ono jej genezę, ale zarazem jej kruchość.

 

Krótko mówiąc, Muzeum ma odgrywać rolę straży pożarnej ratującej Unię Europejską przed groźbą strawienia jej przez niesforną i ciągle jeszcze przeważającą świadomość narodową Europejczyków.

 

Poza tym w wywiadzie prof. Pomiana padły jeszcze dwa stwierdzenia, świadczące o tym, że kierownictwo Muzeum zostało przekazane osobie gwarantującej funkcjonowanie tej placówki zgodnie z poprawnością polityczną oraz ideowymi założeniami i celami wyznaczonymi jej przez aktualnych architektów UE.

 

Pierwsza z nich dotyczyła założenia, że wspólna historia Europy zaczęła się około roku tysięcznego. Wtedy to skończyły się wielkie wędrówki ludów i po przyjęciu chrztu przez Czechy, Morawy, Węgry i Polskę chrześcijaństwo utworzyło przestrzeń jednolitą pod względem religii, kultury, gospodarki i organizacji społecznej. Wszyscy, którzy pracowali nad projektem Muzeum – stwierdził profesor – są zgodni co do tego, że cokół europejski zbudowało chrześcijaństwo. (A więc głęboki ukłon w stronę chadeckiego koalicjanta). Jeszcze milsze zdziwienie musiał wywołać na prawicy dalszy krok uczyniony w tym samym kierunku: Osobiście nie widzę nic szokującego w tym, aby konstytucja odwoływała się do chrześcijańskich tradycji Europy. Jednakowoż w tym miejscu prof. Pomian wzniósł zaraz wysoką barierę, która musiała rozczarować wielu jego chadeckich admiratorów. Powiedział bowiem: Pod jednym kategorycznym warunkiem: żeby natychmiast po tym dodano, że dzisiejsza Europa, choć ma chrześcijańskie fundamenty, została zbudowana w wieku oświecenia. Wszyscy historycy skupieni wokół projektu muzeum byli tego zdania. [...] Nie ma to nic wspólnego [...] z postawą Watykanu, który systematycznie usuwa w cień epokę oświecenia. A zatem korzenie chrześcijańskiej Europy zamurowane zostały w fundamencie, na którym zbudowano gmach z wartości antychrześcijańskich. Do fundamentu nie ma więc po co wracać.

 

Druga kwestia dotyczyła muzułmanów i żydów. Zdaniem prof. Pomiana teza, jaką narzuca język politycznej poprawności o wkładzie muzułmanów w kulturę europejską, jest historycznym fałszem. [...] A roli Awicenny, Awerroesa i kilku innych myślicieli arabskich w historii filozofii europejskiej nie da się żadną miarą porównać ze znaczeniem takiego na przykład Spinozy, bez którego późniejsza filozofia byłaby po prostu niewyobrażalna. Żydzi przez wiele wieków żyli na marginesie społeczeństw europejskich, Spinoza pierwszy rozbił mury getta. Jednakże wkład Żydów w jedność europejską stał się znaczący dopiero w XIX wieku, mieszcząc się w nauce oświecenia.

 

Dla wyjaśnienia tej wypowiedzi trzeba jeszcze tylko dodać, kim był Spinoza i czym się wyróżniał jako filozof. Potomek marranów hiszpańskich, urodzony w 1632 r. w Amsterdamie, zmarł w 1677 r. w Hadze. Był uczniem przywódcy żydostwa Manassego ben Izraela (1604-1657), propagującego pozorne przyjmowanie obcej wiary celem skuteczniejszego rozkładania wroga od wewnątrz. Skazany przez amsterdamską gminę żydowską na banicję z powodu błędnego interpretowania religii żydowskiej i – rzecz paradoksalna – także chrześcijańskiej (obawiano się bowiem, że z tego drugiego powodu mogą spaść represje na całą społeczność żydowską), zamieszkał pod Amsterdamem, potem w Rheinsbergu i na koniec w Hadze. Zmieniwszy imię Baruch na Bernard, zabrał się do rozbierania „murów getta”, ale od strony chrześcijańskiej: tzn. do rozkładowego wsączania w religię i filozofię chrześcijańską trzech głównych zasad swej filozofii opartej na Kabale: panteizmu w poglądach na istotę Boga, paralelizmu w zapatrywaniach na stosunek ciała do ducha oraz zachowania własnej egzystencji jako zasady moralnej. Był członkiem Zakonu Różokrzyżowców, a filozofia jego stała się fundamentem ideologii lóż wolnomularskich. W 1639 r. Spinoza przyjął w Amsterdamie wypędzonych z Polski za działalność antypaństwową tzw. braci polskich (arian) i udzielił im pomocy. Całkowicie więc zrozumiały jest entuzjazm prof. Pomiana, architekty i ideologa współczesnej UE, dla tej postaci. Nietrudno sobie wyobrazić, jak wdzięczny temat znajdą w niej przewodnicy po Muzeum, oprowadzający wycieczki z Polski, a szczególnie zwiedzającą je młodzież polską.

 

Zapowiedź otwarcia Muzeum Europy przeszła bez większego echa, prawie niezauważona, choć waga tego wydarzenia była chyba większa niż całego incydentu z R. Buttiglionem. Świadczyło ono bowiem dobitnie o zastawianiu na narodową świadomość Europejczyków, a szczególnie na świadomość młodzieży europejskiej, nowej pułapki skonstruowanej przez unijnych „inżynierów dusz”.


 


[1] Wypowiedź na audiencji kardynała J. Ratzingera, prefekta Kongregacji Nauki Wiary, oraz uczestników jej sesji plenarnej w lutym 2004 r.

 

[2] Przemówienie papieża Jana Pawła II wygłoszone na forum ONZ w Nowym Jorku, „Biuletyn KAI”, nr 72, 10 X 1995.

[3] Jan Paweł II, Przemówienie w UNESCO, Paryż 2 VI 1980, cyt. za: J.Y.  Calvez, S. J., Z myśli Kościoła na temat narodów. w: G. Dobroczyński (oprac.), Zagadnienia międzynarodowe, Warszawa 1996, s. 15.

[4] Jan Paweł II, List apostolski „Euntes in mundum” z okazji tysiąclecia chrztu Rusi Kijowskiej (25 I 1985 r.), w: Listy pasterskie Ojca św. Jana Pawła II, Kraków 1997, s. 506. Cyt. za: X. S. Kowalczyk, Naród, państwo, Europa, Radom 2003, s. 229.

[5] Przemówienia i homilie Ojca Świętego Jana Pawła II, Kraków 1997, s. 146. Cyt. za: X. Stanisław Kowalczyk, dz. cyt., s. 233.

[6] Mit państwa narodowego upadł, Z Rocco Buttiglione rozmawia Krzysztof Bobiński, „Unia i Polska”, 2002, nr 3.

[7] Tamże.

[8] „Rzeczpospolita”, 14 I 05. (A6).

 

[9] Wykład został opublikowany w: „Ethos”, 2004, nr 65/66.. Cyt za: ks. prof. J. Bajda, Casus Buttiglione, „Nasz Dziennik”, 13-14 XI 2004, s. 12, 13.

 

[10]  A. G. Michel, Państwo w okowach masonerii, Katowice 1937, s. 216.

[11] „Biuletyn Katolickiej Agencji Informacyjnej”, nr 81, 30 VIII 1994, s.  94; nr 71, 3 X 1995, s. 7.

[12] Krzysztof Pomian (ur. 1934 r.), wychowany w środowisku komunistycznym, absolwent Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie doktoryzował się i habilitował. W 1966 r. usunięty z PZPR; w 1968 r. w związku z wydarzeniami Marca zwolniony z Uniwersytetu. Od 1973 r. mieszka we Francji. Jest profesorem w Ośrodku Badań Naukowych (CNRS). Związany z Biurem Koordynacyjnym „Solidarność” za granicą. Współpracownik „Kultury Paryskiej”, „Le Debat”, „Intervention” i in. Publikuje w „Polityce”, „Forum” i „Gazecie Wyborczej”. Jest autorem kilkuset prac w języku polskim i francuskim. W 1987 r. był gościem Jana Pawła II w Castel Gandolfo na kolokwium poświęconym „Europie i jej następstwom”.



Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW