Zygmunt Zieliński
Polityka i Strategia
Prawda
w tyglu
interesów
NPW 5-6, 2005
Nie
zdziwiłoby bodaj nikogo, gdyby przeciętny
człowiek nie łaknący sensacji z areny publicznej, całkowicie zamknął
się na obiór odgłosów naszej sceny politycznej. Cóż z tego, że są one
gromkie i obfite ? Jest ich po prostu nadmiar, a to sprawia, iż maleje
zainteresowanie, nawet jeśli to co dzieje się w sejmie, w rządzie i
wśród tzw. elit (słowo całkowicie źle użyte, czego nawet nie tłumi owo tzw.)
decyduje, niestety, o marnym losie tego szarego człowieka z
ulicy. Coraz częściej słychać głosy już nie zniecierpliwienia,
ale bezsilnej wściekłości. Bezsilnej, i dlatego właśnie odpowiedzią na
hucpę tych licznych VIPów jest odwracanie się do nich plecami.
Dla polityka z honorem powinno to być sygnałem, iż jest on zbyteczny,
lub wręcz szkodliwy. Dymisje takich osób czy nawet całych gremiów nie
są w historii rzadkością. Ale dotyczy to tylko ludzi, dla których
polityka jest służbą, a nie okazją do nachapania się. Ogromnie żałosne
jest pojawianie się od czasu do czasu spekulacji na temat możliwości,
czy wręcz konieczności rozwiązania się obecnego (luty 2005 r.)
parlamentu, co oczywiście oznaczałoby także upadek rządu, wcześniejsze
wybory i jakąś nową próbę sanacji III Rzeczypospolitej. Dlaczego tak
żałosne są te spekulacje, a niekiedy zapowiedzi, pewnych polityków czy
ugrupowań (to rzadziej) ? Odpowiedź nie jest trudna. Po prostu carpe
diem – korzystaj z dnia, a każdy dzień to pieniądz, i to nie mały. Cóż
z tego, że za ten pieniądz wyduszony także z rencistki mającej niecałe
500 zł. na miesiąc, miast polepszać jej dolę, wpędza się ją w coraz
większą nędzę ? Za ich, dosłownie, od ust odjęty pieniądz ! Bo
krezusom nie zabierze się nawet tego ogromnego nadmiaru, jakim się
cieszą. Ostatnio upadła uchwała o 50 procentowym podatku dla
zarabiających rocznie powyżej 600 000 zł. Z połowy tej sumy
miałby taki miesięcznie 25 000 zł całkowicie dla siebie. A przecież nie
jest tajne, iż jest pewna ilość ludzi zarabiających miesięcznie
czterokrotność tej sumy, pomijając rzadkie przypadki jeszcze wyższych
apanaży. A co z ekwiwalentem z tytułu członkostwa w radach nadzorczych
? A co z odprawami, o których bezzasadności niekiedy ktoś bąknie w
prasie czy w innych mediach ? Niekiedy byle półgłówek, tylko z racji
swej przynależności do jakiejś lumpenelity (zapożyczone od Anny
Pawełczyńskiej) może drwić z profesora,. który wychował pokolenia, a po
kilkudziesięcioletniej pracy odchodzi z odprawą 3 pensyjek, najwyżej
niewiele ponad 10 000 zł. A cóż mówić o nauczycielu szkoły podstawowej
czy średniej ? To tuczenie trutni, kosztem ludzi naprawdę ubogich, choć
przecież nie z własnej winy, bo rzetelnie pracowali przez całe życie,
to atrybut naszej rzeczywistości decydujący o przenikającej ją
zgniliźnie. To ogromnie nieprzyjemne fakty (fakty, panowie eliciarze,
a nie żadne pomówienia). Dwa obrazki emitowane dosłownie w
ostatnich dniach (16 lutego 2005 r.) mówią za siebie: Lech Wałęsa,
który zza komputera jednym, jak u niego zawsze, świetną polszczyzną
wyartykułowanym powiedzonkiem, zaszeregował wszystkich niegramotnych w
korzystaniu z internetu do rzędu analfabetów i wygadujący ogromne
bzdury o Radiu Maryja, jak zwykle, tokujący na temat swych zasług, z
których teraz ma spory odsyp. To jeden obrazek. A drugi to
pomarszczona, schorowana kobieta, której nie stać na lekarstwa (w
tym się nie różni od statystycznego rencisty) – Anna Walentynowicz,
chyba swego czasu ważniejsza niż „elektryk ze stoczni”, ale za mało
cwana, by na swej walce z komuną dorobić się choćby skromnej
egzystencji, nie mówiąc o magnackich dostatkach. Mówienie w tym
kontekście o dobrodziejstwach Okrągłego Stołu, Magdalenki i to
arcynudne tokowanie na temat: ja, ja, ja i jeszcze raz ja, co ja to
wszystko mogę i obnoszenie się z Częstochowską w klapie, to ponad siły
człowieka mającego jakie takie poczucie rzeczywistości i przyzwoitości.
Po prostu nie można tego słuchać. Przecież trzeba mieć, jeśli już nie
odrobinę taktu, czy kindersztuby, to przynajmniej zdrowego rozsądku,
który ma się bez studiów wyższych i nawet bez jakiegoś kwantum
inteligencji wrodzonej. Ale jeśli się tego nie ma, to trudno. Nie
wylęże sowa sokoła.
Najbardziej razi i denerwuje jednak to
bezczelne zamykanie ludziom ust. To tak, jak z marksistowską bazą i
nadbudową, tylko trochę inaczej zinterpretowanymi. Pewni ludzie osiadli
na bazie nagromadzonych prawem kaduka, albo machlojek, teraz
nazywanych aferami, pokaźnych dóbr. A jako nadbudowę umyślili
sobie dobry, piękny, zabezpieczający tę ich sytość życiorys. Otóż
diabeł, jak zawsze tkwi w szczegółach. A są takie dwa „szczegóły”,
które powodują niestrawność konsumentów nabytych dóbr. Obojętnie, czy
przygarniętych do siebie sposobem, jak np. W. za wykłady i utwory
literackie, czy też na drodze odsłanianej dziś przez kolejne już
sejmowe komisje śledcze. To jeden z tych „szczegółów”. Co do komisji
sledczych, to te z pewnością niczego nie odkryją, a trzeba
powiedzieć, ze swego czasu (Rywingate) były to świetne seriale. Nic
dziwnego skoro występowali w nich aktorzy z prawdziwego zdarzenia.
Właściwie, tak na marginesie, gdy chodzi o afery, to nie ma to, jak być
u nas aferzystą ! Ostatnio wprawdzie w aferze FOZZu zdarzyła się
wpadka, gdyż sędzia Kryże zupełnie okazał się nie zorientowany co do
zasad gry i po prostu oszukuje, wyciąga karty z rękawa. Jest jednak
osamotniony, bo nasz wymiar sprawiedliwości takich zagrywek nie uznaje,
toteż można mniemać, że serial-gigant, jakim jest proces FOZZu
dociągnie do upragnionej mety przedawnienia. Jakież to dziwactwo
jednego sędziego i dwóch czy trzech prokuratorów, nota bene pań. Na
szczęście dla wzbogaconych podobnie, co ekipa FOZZu, takich dziwaków
jest w naszym sądownictwie niewielu, a w dodatku prawo sprzyjające
śmiałym, tyle, że w jego łamaniu (stare przysłowie: fortuna audaces
iuvat można zmienić na: lex fallaces iuvat, czyli: Szczęście sprzyja
śmiałym na prawo sprzyja oszustom). Jedno czy dwa słówka i
wszystko gra. Czy jednak na pewno gra ?
Na tej samej linii irytującej
dociekliwości wypłynęła tzw. lista Wildsteina. Trudno wymiarkować
co właściwie sprawiło, że wywołała ona tak wiele emocji, żeby nie
powiedzieć, u niektórych wprost histerii. Daje ona co najwyżej powody
do spekulacji, przypuszczeń, bowiem nikt na niej nie jest zdefiniowany,
co do swego udziału w działaniach służb bezpieczeństwa PRL. Zatem może
to być równie dobrze poszkodowany, jak i TW, wreszcie etatowy pracownik
tych służb. Rozsądnie na rzecz patrząc, każdy człowiek, który ma jakieś
peerelowskie doświadczenie dobrze wie, iż wiele milionów osób z tamtego
czasu ma swe dossier w archiwach poubeckich i poesbeckich. Każdy też
doskonale wie, jaka jest zawartość jego własnej teczki. Zapewne nie zna
ilości i treści donosów na siebie i osób, które donosiły, ale musi
wiedzieć czy sam donosił, czy był współpracownikiem takiej czy innej
rangi. Zatem, nawet jeśli ktoś znalazł się na liście, nota bene bardzo
fragmentarycznej, bowiem placówki IPN długo jeszcze nie skatalogowały
swych zasobów, to czymże się niepokoi, skoro ma czyste sumienie ? Czy
czasem niektóre osoby na świeczniku i z dostępem do mediów, gardłujące
o krzywdzie wyrządzanej ujawnianiem czyjejś owocnej działalności na
rzecz budowy i utrwalenia PRL, nie lękają się o siebie ? To jest
pytanie otwarte, ale logiczne, jak mało które stawiane w tej kwestii.
Lista Wildsteina jest więc równaniem z ntą liczbą niewiadomych. Nie
stanowi oskarżenia pod niczyim adresem, chyba, że ktoś ma nieczyste
sumienie. Chwyty poniżej pasa stosują ci, którzy rzucają anatemy na
głowy domagających się oczyszczenia obszaru naszego życia publicznego,
bowiem nie wolno w tym przypadku pomawiać o chęć zemsty, o brak miłości
bliźniego, o polowanie na czarownice, o szarganie ludzkich życiorysów.
Kto sobie swoje curriculum vitae zaszargał uczynił to z wiadomych sobie
powodów, ale sam, własnowolnie. Może w tej chwili przeżywać ciężkie
chwile, ale obarczać za to winą osób przez niego pokrzywdzonych,
ponieważ domagają się one choćby odrobiny moralnej
satysfakcji, to już hipokryzja gatunku wręcz trudnego do nazwania jej
po imieniu. Dyskusje toczące się wokół listy Wildsteina są już tak
jałowe, że trudno je śledzić. Zadziwia jedno. Otóż najbardziej
oskarżonym okazał się dziennikarz, który nic od siebie nie napisał, a
tylko podał do wiadomości medialnej to, co było dotąd dostępne w
pracowni IPNu. Zatem w pewnym sensie materiał publiczny. Jakoś
nie mogą się w tej sprawie dogadać prawnicy, politycy i ta rzesza
gadaczy, którzy rozkoszują się fantastyczną wprost okazją do młócenia
słomy i to na tak twardym klepisku, jak nasze życie publiczne. Od czasu
do czasu podnoszą się nieśmiałe głosy przeprosin i to, co dziwne,
właśnie ze strony ofiar systemu szpiclowskiego. Sumitują się, że
przecież nie chodzi o karanie kogokolwiek, a broń Boże o jakiś
uszczerbek materialny dla byłych współpracowników służb PRL. O to
przecież nie chodzi, to jasne. O co zatem ? O dobre imię ? Trzeba się
na tym zastanowić, czy predykat ten jest, podobnie jak odznaczenia,
ordery, nagrody do rozdziału na podstawie takiego czy innego widzimisię
? Wszystko wskazuje, że wielu tak to pojmuje. To świadczy jedynie o
rozległej paranoi, jaka trapi nasze myślenie. Dziwię się, że mając ją
na uwadze można łudzić się, iż przyszły sejm, senat, rząd stanowić będą
panaceum na bolączki nas trapiące. Niby skąd brać na nie lek,
skoro większość kandydatów do miękkich stołków i sutych apanaży, to już
wielokrotnie sprawdzeni „fachowcy” od układów, kompromisów (my wam, wy
nam, nasz premier, wasz prezydent) i pozorowanej walki na ringu
sejmowym, bo przecież musi być widowisko. Ludowi ono wystarczy. Tylko
od czasu do czasu nędza i niezgulstwo lub niechciejstwo w jej
łagodzeniu wypędza ten lud na ulicę. Wystarczy jednak jakiś pozorny
gest z Wiejskiej lub ze strony rządu i znowu wszystko wraca do
cierpliwego oczekiwania na poprawę. Zatem nawet jeśli liście nadal są
zielone (do czasu) trzeba sięgać do korzenia. Jak trudne to, a
właściwie niewykonalne, niech świadczy ekwilibrystyka obecnego
parlamentu, który, co wszyscy dobrze wiedzą, nie zrezygnuje nawet z
jednego dnia urzędowania, choć wiadomo, iż dla Rzeczypospolitej jedyne
dobro, jakie mógłby jeszcze zrobić, to dokonać samorozwiązania. Sęk w
tym, że nikt nie chce wypuścić z ręki pieniędzy, jakie mu obecność w
obu izbach daje, zwłaszcza jeśli wie, że powrotu do nich raczej nie
będzie.
Niewątpliwie to lustracja, a nie żadna lista
IPNowska jest problemem, który nie pozwala spać spokojnie wielu
ludziom. Kto wdrapał się na górną półkę polityki czy innego lobby życia
publicznego nie chce stamtąd złazić, to jasne. Dlaczego jednak przez 15
lat stale tą istotną dla ładu III Rzeczypospolitej sprawą frymarczono
? Bo zawsze jakiś wujek, kuzyn, brat, siostra, koleś mógłby być
zagrożony. Bo czas robi swoje i różne nieczystości pozostawione za sobą
zeschną, przestaną cuchnąć, bo wiele lub wszystko pójdzie w
zapomnienie i będzie można spokojnie konsumować dobra i zaszczyty. Tak
to było, co się zresztą dziwić, skoro przez kilkanaście lat ciągnie się
proces FOZZu i nie jest tajemnicą, iż organa ścigania, czy wymiaru
sprawiedliwości dopuściły do stanu, w którym aktorzy największej afery
Polski Niepodległej wyjdą z niej z czystym utargiem, bez skazy winy im
dowiedzionej. Przecież nie można mieć zaufania do takich organów
państwa, a pośrednio do niego samego. I nie można mieć tego zaufania
dopóki nie wiadomo kto jest kto w polityce i w życiu publicznym. Wcale
też nie dziwi, iż uparci dziwacy dopominają się wskazania osób, które
są winne takich rażących zaniedbań czy, gorzej jeszcze,
bezprawia.
Dochodzimy tym sposobem do kolejnej odsłony
teatrzyku, który nam dzisiaj serwują media. To jest nowy paroksyzm
furii skierowanej przeciwko Radiu Maryja. Już pisaliśmy dlaczego
rozgłośnia ta jest niewygodna wielu osobom i środowiskom, nie warto się
zatem powtarzać. Godzi się jednak przypomnieć rzecz, być może
przeoczoną, a niezmiernie ciekawą. Otóż atak idzie głównie w
dwóch stron, z lewej i z formacji będącej, najogólniej mówiąc,
spuścizną KORowską. Zbratanie tych dwóch, kiedyś pozornie sobie
przeciwnych, środowisk polityczno-ideologicznych nie jest
tajemnicą, wystarczy tylko przypomnieć obłapki Michnika i ludzi z jego
gildii z baronami SLD czy byłymi prominentami Polski stanu
wojennego. Jednym i drugim cierpnie skóra na choćby wzmiankę o
przeszłości, tej utytłanej. Jakże więc mieliby spokojnie się przyglądać
prześwietlaniu swoich kumpli lub ich samych ? Obie formacje
wystarczająco długo sprawowały władzę, by w miarę możności zacierać
ślady i chyba te najbardziej kompromitujące zatarto, ale wszystkich nie
jest nikt w stanie zlikwidować, chyba, że podpaliłoby się magazyny
archiwalne. Pomysł wart honorarium.
Media są dziś tylko pozornie wolne. Kto sądzi
inaczej jest naiwny, kto mówi inaczej, ma w tym interes. Tak więc
cenzura, o zupełnie innej strukturze niż komunistyczna, potrafi dozować
wieści, według kryterium ich przydatności dla procesu wysuszania
umysłów (gorsze niż woda w mózgu). Każdy więc środek przekazu, do
którego nie ma dostępu współczesna cenzura, jest groźny i należy go
bezwzględnie wszelkimi sposobami zwalczać aż do unicestwienia. W
stosunku do Radia Maryja próbowano już wszystkich chwytów. Jak na razie
osiągnięto tylko tyle, iż rozreklamowano je nawet wśród ludzi z natury
raczej dalekich od popierania takich inicjatyw. Wymarzone byłoby
wdeptanie tej rozgłośni w ziemię butami ludzi Kościoła. Za mało jednak
tych butów, by dzieło takie uskutecznić, choć kilka par by się
znalazło. Ostatnie rewelacje pana Wałęsy świadczą o tym, iż środowiska
antylustracyjne i hamujące proces kształtowania się społeczeństwa
obywatelskiego uznały za stosowne wytoczyć na front „grubą bertę”
(onigisiejsze działo niemieckie o dalekim zasięgu i wielkiej sile
rażenia). Kiedyś nie wyrządziła ona szkód Paryżowi, obecnie ta nasza
nie zniszczy też dzieła o. Rydzyka. Nie jest ono doskonałe, jak
wszystko, co czyni człowiek, ale w Polsce w dziedzinie niezależnych
mediów panuje totalne bezrybie, a na bezrybiu i rak ryba.
Ważne w tym wszystkim nie jest to, kto, jakim
stylem i jakim gatunkiem inwektyw walczy z Radiem Maryja i z wszystkimi
publikatorami nie mającymi debitu sanktuarium opiniotwórczego.
Chodzi o to, iż te same usta wypowiadają frazesy o wolności słowa,
poglądów, ochronie praw człowieka i inne wzniosłe ale całkowicie
beztreściowe frazesy i też same wargi miotają gromy właśnie na
tych, którzy biorąc poważnie wspomniane deklaracje, chcąc z nich po
prostu zrobić użytek. Wystarczy przejechać się po kanałach mediów
komercyjnych, by się przekonać, ileż tam treści o wysokiej
szkodliwości, zwłaszcza dla młodego pokolenia,, ileż tam recept na
kompletne wodogłowie, ale tu nikt szat nie rozdziera, a jeśli, to może
właśnie tylko Radio Maryja, bo inne rozgłośnie katolickie często są
zbyt obłaskawione, by używać zalecanej przez Kogoś mowy: „tak, tak,
nie, nie”.
Nie wiem, czy lustracja ruszy, czy pójdzie w
tempie procesu FOZZu, nie wiadomo jaki będzie efekt głośnych wybuchów
dochodzących z sal obradujących komisji; może to tylko petardy. Może
wszystko to nie jest w końcu takie ważne. Ofiary kradzieży rzadko
odzyskują swoje mienie, dlaczego społeczeństwo miałoby być tu
uprzywilejowane ? Można jednak domagać się mniej arogancji w obronie
pozycji nie do wybronienia, trochę więcej szacunku dla tych, którzy
bezskutecznie oczekują sprawiedliwości. Wydaje się, że takie żądania
nie są wygórowane. Jak dotąd jednak, wszystko wskazuje na to, iż one
właśnie wywołują brutalny atak, który jest jedyną odpowiedzią na
pytanie, gdzie jest prawda.
Powrót
do strony
głównej
Archiwum
Powrót
do strony głównej NPW
|