ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Kazimierz Murasiewicz

Polityka i Strategia

Zmieniać, aby nie zmienić

NPW 5-6, 2005



Zbliżające się nieuchronnie wybory parlamentarne skłaniają tak do wnikliwej obserwacji naszej sceny politycznej, jak i do głębszych refleksyj.

Wypadałoby zacząć od banału, że żyjemy w systemie demokratycznym, będącym dla egzystujących uprzednio w realnym socjalizmie idealnym urządzeniem życia zbiorowego. Wyidealizowany obraz demokracji stracił jednak wiele ze swego powabu w trakcie naszych doświadczeń w minionych 15 latach. Jedną z przyczyn rozbieżności między oczekiwaniami a realiami jest aktualnie funkcjonująca organizacyjna forma demokracji. W dodatku demokracja w liberalnym kształcie stała się obowiązującym kanonem jako jedynie słuszny system polityczny w naszym kręgu cywilizacyjnym i z racji tej jedynej słuszności narzucany jest krajom spoza tego kręgu. Już sam fakt, iż demokracja liberalna wyniesiona została przez możnych tego świata do rangi systemu idealnego, nie podlegającego krytyce i z tych m.in. powodów godnego do narzucenia, choćby przemocą, całemu światu – stała się zaprzeczeniem demokracji. Paradoksalnie mamy do czynienia nie z demokracją, lecz (choć to zakrawa na sprzeczność) z totalitaryzmem demokracji w  liberalnym jej kształcie.

Zanim przyjdzie nam oddać głos na kandydata którejś z partyj, warto zauważyć, że w obecnie obowiązującym wzorcu demokracji rozwija się tendencja do narzucenia systemu dwupartyjnego. Klasyczny przykład w tym względzie stanowi system polityczny USA, gdzie wyborcy mogą wybierać jedynie między republikanami a demokratami – tak w wyborach do Kongresu, jak i w wyborach prezydenckich. Jeżeli do tego dodać, że różnice programowe między tymi partiami są kosmetyczne, to wyborcy nie mają faktycznie żadnego wyboru. Podobnie rzecz się ma w Wielkiej Brytanii, choć w o tyle złagodzonej formie, że nie ma możliwości wybierania prezydenta. Oczywiście poza głównymi partiami istnieją pomniejsze, lecz stanowią one margines sceny politycznej. W innych krajach urządzonych według reguł tego typu demokracji, np. w Niemczech, mamy do czynienia z iluzją systemu wielopartyjnego.  Na szczeblu ogólnokrajowym niby istnieją cztery liczące się partie (CDU-CSU, SPD, FDP, Zieloni), ale dla utworzenia rządu każdorazowo zawierane muszą być koalicje, co w efekcie skutkuje sprowadzeniem wielopartyjności do systemu dwupartyjnego. Konieczność tworzenia koalicyj po wyborach w państwach demokracji liberalnej w ostatecznym rozrachunku prowadzi do dwubiegunowego podziału sceny politycznej, pomimo iż rzeczywistość polityczna ma więcej odcieni niż tylko dwie odmiany, tej samej zresztą szarości.

A u nas? W Polsce za sprawą „autorytetów” i manipulacji mass-mediów rwie się szaty wobec nadmiaru partyj politycznych. Jak jednak ten nadmiar wygląda w rzeczywistości, jak jest naprawdę?

Faktycznie, zarejestrowanych sądownie partyj jest bez liku, lecz wybory stanowią  na tyle skuteczne sito, że do parlamentu dostają się nieliczne, a dla wyłonienia rządu niezbędne jest utworzenie koalicji. W praktyce po roku 1989 mamy do czynienia z naprzemiennymi rządami tzw. lewicy (czyli postkomunistycznych liberałów) i tzw. prawicy (tj. postsolidarnościowych liberałów). Dotychczasowe rządy odzwierciedlają układ powstały na gruncie porozumienia „okrągłego stołu”, a że jego krągłość była kanciasta, przeto elektorat ma do wyboru między liberałami a liberałami. Ten nader skromny wybór, acz zgodny ze standardami demokracji liberalnej, gwarantuje niezmienność w sferze przemian ustrojowych, gospodarczych, społecznych i w polityce międzynarodowej III RP. Ponieważ gwarantem tej niezmienności są ustalenia przy owym nieszczęsnym „meblu” między ówczesnymi komunistami a opozycjonistami kierowanymi przez trockistów, przeto „okrągły stół” stał się symbolem i gwarantem trwałości ograniczenia manewru wyborców. Wybory odbywają się, lecz nic nie ulega zmianie – mieliśmy rządy SLD, potem AWS-UW, obecnie SLD z przydatkami i następnie będziemy mieć… No, właśnie, co będziemy mieć w następnej kolejności?

Dla uwypuklenia niezmienności w sterowaniu Polską warto na chwilę cofnąć się w czasie. Otóż w latach siedemdziesiątych minionego wieku, tak jak i wcześniej, rządziła samodzielnie PZPR, a ustrój wydawał się niewzruszony. A jednak w tym właśnie czasie partia rządząca delegowała swoich dobrze zapowiadających się towarzyszy na Zachód, m.in. do USA, gdzie Fundacja Fulbrighta ich szkoliła. Wówczas wydawało się to o tyle dziwne, że nikt  nie zwracał uwagi na to, iż komuniści szkoleni są nie w doskonaleniu systemu socjalistycznego (co i tak byłoby niewykonalne), ale pobierali nauki z zakresu funkcjonowania kapitalizmu – wolnego rynku i demokracji liberalnej. Po roku 1989, gdy ci ludzie  dokształceni na Zachodzie  pozostali w polityce, a nawet nadal odgrywali w niej znaczącą rolę, stało się jasne, że zostali przygotowani do przedzierzgnięcia się z komunistów na liberalnych demokratów, aby pozostać, aby zmianie  uległ jedynie szyld  (z PZPR na SdRP, później SLD).

W okresie  III RP tzw. opozycja posierpniowa – dzięki tzw. ekspertom i doradcom „Solidarności” o trockistowskiej orientacji, ulokowanym w UW (uprzednio ROAD i UW) zdołała skutecznie zdominować formacje wyrosłe z NSZZ. Jaką by więc formę organizacyjną i nazwę przybrało stronnictwo postsolidarnościowe, to i tak sterowane było przez UW. Tak więc obywatele dokonywali wyboru de facto między liberałami o komunistycznym rodowodzie (tzw. socjaldemokratów), a liberałami trockistowskiej proweniencji lub zależnych od nich tworów /określających się jako  centroprawica/. Tak czy owak, mieliśmy do wyboru tylko w obrębie różnej maści lewactwa.

Przechodząc z dalszej i bliższej przeszłości ku czekającej nas niebawem przyszłości, trzeba koniecznie zaznaczyć, że klasyczny podział na prawicę i lewicę w obecnej sytuacji politycznej Polski nie spełnia swego zadania, czyli niczego nie wyjaśnia. Dziś podział polityczny wyznacza linia: kosmopolici – patrioci.

W nurcie kosmopolitycznym mamy do czynienia zarówno z tzw. lewicą (SLD, SdPL, UP, jak i tzw. prawicą (głównie PO). Czynnikiem pozwalającym na wątpienie w szczerość deklaracji o lewicowości lub prawicowości tych  partyj jest wspólne im zamiłowanie do liberalizmu. O ile jednak zmiany na tzw. lewicy stanowiły ruchy pozorne, ograniczone do zmiany szyldów bądź liderów – czyli do zmian nie prowadziły, o tyle na tzw. prawicy PO stanowiła UW-bis, czyli organizację zmienioną w stosunku do partii-matki (UW) jedynie w sferze skuteczności. Partia-matka pozostawała poza parlamentem z nadziejami na samoistny tam powrót i na odegranie roli przynależnej partii „autorytetów”. Zabiegał o to również prezydent Kwaśniewski, marząc o szczęśliwym ożenku UW z SLD, lecz scalenie byłych komunistów z jeszcze dawniej byłymi komunistami nie zaowocowało powtórką PZPR-u.

Aliści pomysłowość samozwańczych intelektualistów dała ostatnio znać o sobie za sprawą oznajmionego nam przekształcenia UW w Partię Demokratyczną (PD). Kolejna zmiana szyldu miała na tyle uatrakcyjnić b. UW, aby mogła ona pomimo swej rachityczności, odgrywać rolę decydującą tak, jak to miało miejsce w przypadku koalicji AWS-UW, czyli aby na centroprawicy nic nie uległo zmianie. Koalicja PO-PiS wobec swej słabości zdana byłaby na dyskretny dyktat PD.

Knowania UW wprowadziły zamieszanie w centroprawicowej części sceny politycznej. SLD popadło w na tyle daleko idącą panikę, że zaczęto tam brać pod uwagę możliwość wcześniejszych wyborów, nawet przed iluzorycznym terminem czerwcowym, w obawie przed przejęciem elektoratu SLD-owskiego przez PD. Ten popłoch musiał uspokajać prezydent, zwołując spotkanie partyj popierających rząd, o dziwo bez PD, choć min. Hausner przeszedł już wtedy do tego nowego tworu, nie występując z rządu, a premier Belka nie ukrywał swej sympatii dla odmienionej UW. Po spotkaniu u prezydenta w SLD nastroje na tyle się uspokoiły, że znów powrócono do jesiennego terminu wyborów. Cóż się stało? Prezydent wyjaśnił (co potwierdziły rychło sondaże ukazujące spadek notowań PO), że powołanie PD nie zagraża SLD, lecz ma dyscyplinować PO. Czyli w przypadku zwycięstwa wyborczego centroprawicy ma doprowadzić do zachowania starego układu z PO i PiS jako AWS bis i PD jako UW bis. Gwarantowałoby to kosmopolityczną tożsamość tzw. prawicy, a zarazem rola „języczka u wagi” nowej koalicji przypadłaby PD. Tzw. lewica pełniłaby rolę opozycji wspierającej („konstruktywnej”) rząd w inicjatywach niekoniecznie zgodnych z polską racją stanu.

Nawiasem mówiąc, warto zauważyć iż o bezideowości tego towarzystwa świadczą doniesienia prasowe (o ile były prawdziwe). Otóż ponoć licznie do PD zaczęli przechodzić działacze SLD (lewicy), podczas gdy na poparciu straciła PO (prawica), tzn. do „nowej” partii przechodzą lewicowcy, ale głosy na nią będą oddawać potencjalni wyborcy prawicy. Czyli ideowych różnic nie ma, jest tylko wspólny interes: zachować ustalenia „okrągłego stołu”, eliminujące nurt patriotyczny. I znów po kolejnych wyborach ma się nic nie zmienić.

W przypadku nurtu patriotycznego również czekają nas zmiany mające gwarantować niezmienialność sytuacji. Na lewicy – PSL utrzymuje swoją słabość i jest osłabione z zewnątrz. Akcje Samoobrony za to zwyżkują, co może budzić różne domniemania co do przyczyn tak dobrych notowań. W rozkroku pozostaje PiS, który ogranicza się do pohukiwań patriotycznych, ale gotów jest do koalicji z PO, choćby z tego wyszedł AWS bis. Natomiast w przypadku prawicy patriotycznej, to liczącą się formacją pozostaje LPR, ale w tym przypadku należy się liczyć z próbami rozbicia poprzez stworzenie dodatkowego ugrupowania, odwołującego się do tych samych wartości, dla wyciągnięcia z szeregów Ligi części działaczy, tak aby jej nurt narodowy, stanowiący bazę ideową, został zmarginalizowany. I znów cel jest ten sam – aby wszystko na naszej scenie politycznej pozostało bez zmian. Wszak reprezentanci opcji patriotycznej, którzy podejmą się rozbijania Ligi, też uczestniczyli w układzie z 1989 r. i odwołując się do posierpniowych mitów, zakonserwują nam dotychczasową zbiorową dwupartyjność.

Jeśli więc pragniemy wyjścia z tego zaklętego kręgu, nie powinniśmy tworzyć nowych bytów, lecz ulepszać to, co już zostało osiągnięte. W przeciwnym razie trzeba będzie się liczyć z rządami na tyle liberalnymi, że  prowadzącymi aż do wybuchu społecznego, a to zbyt wysoka cena za eliminację tego, co dotychczas miało gwarantować zmiany bez zmian.



Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW