|
|
ARCHIWUM |
|
Ks.
Abp Kazimierz Majdański NPW 5-6, 2005 Czcigodni
Uczestnicy XXVIII Dni Duchowości! Proszę
mi pozwolić na samym wstępie dokonać
następującego skrótu myślowego: II wojna światowa zostawiła nam w swej
ponurej
spuściźnie dwie nazwy-symbole: na Wschodzie Katyń, a na Zachodzie
Dachau.
Symbole zaplanowanej eksterminacji. W Dachau stopniowo gromadzono
polskich
księży z innych obozów i więzień. I stał się ten obóz głównym miejscem
ich
męczeństwa. Co
roku zwiedza to miejsce około miliona osób
z ponad
120 krajów świata. Zwiedzający mają okazję czytać czterojęzyczną
tablicę, która
głosi: „Tu, w
Dachau,
co trzeci zamęczony był Polakiem, co drugi z uwięzionych tu księży polskich złożył ofiarę z życia”. W
obecnej relacji pragnę przedstawić o tej
„ofierze z
życia”, w sposób najbardziej zwięzły, świadectwo własne. I proszę tak
przyjąć
obie części relacji: słowną i filmową. „Będziecie
Moimi świadkami” (Dz 1, 8) Władcy
obozowi uznali cywilizację śmierci za
swoją,
odbierając wszelkie prawa człowiekowi, którego w imię tej cywilizacji
skazywali
na największe upodlenie. Z jakiego powodu to czynili? – Nikt mnie w
chwili
aresztowania 7 XI 1939 roku nie pytał nawet o imię i nazwisko. I tak
było z
wszystkimi wtedy aresztowanymi w Seminarium Włocławskim profesorami i
alumnami.
Personalia spisywano dopiero po wtrąceniu nas do więzienia. Co więc
było
powodem aresztowania? Proszę uwierzyć – to sutanna, jako znak
przynależności do
polskiego duchowieństwa katolickiego. Wystarczył ten znak najzupełniej
jako powód
aresztowania i okrutnego prześladowania, które miało doprowadzić do
śmierci.
Jej egzekutorzy nosili nawet na swych mundurach symbole śmierci. Nie
odeszły więc za naszych dni w niepamięć
czasy
pogańskich cezarów, tchnących nienawiścią do wszystkiego, co
chrześcijańskie! W
XX wieku miejsce Neronów i Dioklecjanów zajęli straszliwi przywódcy
zachwyconych nimi tłumów, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Skąd
się to zjawisko wzięło? I kto pozwolił
na to, by
jakikolwiek skrawek ziemi uczynić przestrzenią tortur i śmierci? Na
naszej pierwszej stacji obozowej,
Sachsenhausen pod
Berlinem, gdy tylko brama się zamknęła – silne uderzenia kijem w głowę
przy
wysiadaniu z ciężarówek i komenda: „Laufschritt” – bieg. W obozie tylko
bieg.
Także ludzi steranych wiekiem, popędzanych odtąd ciągłym wrzaskiem:
„Los! Los!”
– do końca ich dni. Hołd
oddawany śmierci, okrutnej i panującej
wszędzie: na
placu apelowym, w łaźni, przy pracy, w szpitalu obozowym, na
Lagerstrasse i po
wszystkich kątach obozowych baraków, zwanych „blokami”. Wszędzie! A
więc
więźniowie jeszcze ocaleni – także zawsze o krok od śmierci. Władcy
obozowi, wszystkich szczebli (byli
wśród nich
także i sami więźniowie), byli katami. A
jednak znalazły się wyjątki. Świadczyły o
tym, że
człowiek zawsze może pozostać człowiekiem. Niech wystarczą dwa
nazwiska:
naszego blokowego, Frey’a, prawdziwego człowieka, oraz głównego
pielęgniarza na
zbrodniczej stacji doświadczalnej, Stöhra: ratował życie innych,
ryzykując to
własnym życiem. Poza
jednak zjawiskami najzupełniej
wyjątkowymi –
szalała bezkarnie cywilizacja śmierci. W jej ocenie więźniowie, to
numery.
Numery nadają się i do liczenia (w obozie ciągle liczono), i do
unicestwienia. Cywilizacja
śmierci jest zachłanna. Toteż w
Dachau nie
wystarczyło przenikające zimą przez więzienne drelichy bardzo
dokuczliwe zimno,
ani nie mniej dokuczliwy latem skwar, ani głód żywych ludzkich
szkieletów,
pędzonych do nieludzkiej pracy. To za mało. Zostały więc otwarte stacje
potwornych doświadczeń pseudo-medycznych i wysyłano masowo tzw.
„transporty
inwalidów” do komory gazowej. Otóż zarówno stacje doświadczalne, jak i
„transporty inwalidów”– bogato były obsyłane księżmi polskimi. Sama
stacja
doświadczalna z malarią, prowadzona przez profesora Schillinga,
zgłosiła
zapotrzebowanie na trzystu polskich księży. O
co więc w ostatecznych wymiarach chodziło? -
O wierność Bogu do końca, za cenę życia. Pretiosa
in conspectu Domini – mors sanctorum Eius – „Cenna jest w oczach
Pana
śmierć Jego wyznawców” (Ps 116, 15). Jak Boski Mistrz „posłuszni aż do
śmierci”
(por. Flp 2, 8) – Jego świadkowie (por. Dz 1, 8). Tak
stawała się w Dachau „ofiara z życia” co
drugiego z
polskich Duchownych. -
Śmierć przychodziła niekiedy tak cicho, jak
przyszła
do alumna Seminarium Włocławskiego Tadeusza Dulnego: zgasł na moich
oczach w
czasie południowej przerwy niekończącego się upalnego dnia morderczej
pracy.
Stało się to „na bloku”, co oszczędziło, zwykłego w takich warunkach,
polewania
zimną wodą, by może jeszcze ocucić i popędzić do pracy. Umarł piękny
człowiek,
niesłychanie uczynny, pogodny i cichy, nawet wśród piekielnej, bo
nienawistnej
wrzawy obozu. Został beatyfikowany. Wolno mi teraz do niego się modlić,
chociaż
w Seminarium był moim młodszym kolegą. Tadeusz
opiekował się troskliwie starszym
kapłanem,
proboszczem z Gosławic koło Konina. Był to Ks. Dominik Jędrzejewski,
także
beatyfikowany. Nieodmiennie jasne, pogodne spojrzenie i spokojna moc w
„Nie”
wypowiedzianym, gdy władze obozowe zaproponowały (na skutek wyjątkowych
starań)
zwolnienie, pod warunkiem, że więzień wyrzeknie się pełnienia funkcji
kapłańskich. -
Natomiast nasz Rektor w Seminarium
Włocławskim,
błogosławiony Ks. Henryk Kaczorowski (podobno pierwszy doktor teologii
na KUL),
zawsze niewiarygodnie pracowity i systematyczny, zawsze zdyscyplinowany
asceta,
w obozie promienny spokojem i pogodą ducha – odszedł na śmierć w
„transporcie
inwalidów” przerażony ciosem, jaki wymierzył jego przyjacielowi,
żegnającemu
go, tzw. „sztubowy”. Raczej bestia niż człowiek. -
Przychodziła śmierć, by w ostatnim
tchnieniu życia
wydobyć heroiczne wyznanie: „Oddaję życie za moich parafian. Proszę im
to
powiedzieć”. Tak umierał bardzo skromny wiejski proboszcz, Ks. Czesław
Domachowski. -
Ks. Józef Szymak, człowiek wyjątkowo
zahartowany,
załamał się rażony wiadomością o tym, że Niemcy rozebrali mury
kościoła, który
budował, z największym wysiłkiem, dla swojej małej, wiejskiej parafii. -
Trzech księży Prabuckich, rodzonych braci z
diecezji
chełmińskiej, odchodziło kolejno; dwaj młodsi żegnani przez
najstarszego,
Pawła, który odszedł ostatni. Wrócimy do tych Trzech w relacji filmowej. -
Przychodziła śmierć, by dokończyć
świadomej,
całopalnej ofiary. Tak umierał Ks. Biskup Michał Kozal. Wiedział, że z
obozu
nie wyjdzie, złożywszy Bogu ofiarę ze swego życia: „Za Kościół i za
Polskę”. Zginął
podobnie, jak O. Maksymilian w Oświęcimiu: dobity zastrzykiem. Był
pierwszym beatyfikowanym spośród Dachauczyków. „Wierny aż do śmierci”
(Ap 2,
10), jak Biskup ze Smyrny. Nikt
nie był świadkiem obozowego życia i
zgonu Biskupa
Władysława Gorala z Lublina. Okno jego celi było w Sachsenhausen
szczelnie
zabite deskami. Dlaczego? Jak znosił tę straszliwą izolację? W 50-lecie
naszego
wyzwolenia byłem w jego celi. Widziałem też położoną w sąsiedztwie celę
gen.
Grota-Roweckiego. Jakie tajemnice kryły te cele? I
jeszcze spojrzenie na stację doświadczalną
z tzw. „Kunstphlegmone”...
Wypełniona podobno najpierw Żydami i zawodowymi przestępcami, potem już
tylko
księżmi polskimi. Mam obowiązek opowiedzieć o jednym z nich, bo to
młody
wykładowca filozofii w Zgromadzeniu Księży Oblatów, Ks. Józef Kocot,
którego
byłem najbliższym sąsiadem. Męka umierającego straszna. Pomoc
niemożliwa. Noc
na chwilę uśpiła sąsiada – świadka bolesnego konania. Gdy się ocknął,
łóżko
było już puste. Odszedł bardzo cierpiąc i milcząc. Badania
wykazywały, że miałem iść za nim, ale
nie
przewidziały cudownego ocalenia. A
wspomnienie o Tobie, Drogi Sąsiedzie na
stacji
doświadczalnej, niech zamknie nadto krótką opowieść o zwycięstwie życia
nad
śmiercią. Prawdziwego życia nad pozorną śmiercią. „Co
drugi z uwięzionych tu księży
polskich...” Tak w
Dachau. A
jak w całej Ojczyźnie? – Oto świadectwo: „Kościół
katolicki w Polsce
doznał w okresie II wojny światowej ogromnych strat osobowych. Przed 1
września
1939 r. liczba księży diecezjalnych wynosiła 10 017 osób. Z ilości tej
blisko
dwadzieścia procent kapłanów poniosło śmierć w więzieniach, egzekucjach
lub
obozach koncentracyjnych. Trzydzieści procent zostało dotkniętych
represjami
okupanta. Ogółem lata wojny wyeliminowały prawie pięćdziesiąt procent
księży z
pracy duszpasterskiej. Do tego doliczyć trzeba ofiary, jakie poniósł
kler
zakonny [...]. Tragizm sytuacji pogłębiał fakt, iż w znacznej części
ginęli
ludzie w sile wieku, najbardziej zaawansowani w twórczej pracy”[2]. Wolno w tym miejscu zapytać: Co by
się stało z Duchowieństwem polskim, gdyby okupacja trwała dłużej? Upodlenie
najgłębsze Jako
bliski sojusznik cywilizacji śmierci
panowało w
obozie nieodmiennie niesłychane okrucieństwo, stosowane wobec księży
polskich w
sposób zupełnie szczególny. Także wobec kapelanów wojskowych. Okrucieństwo
fizyczne i duchowe. W
obozie odbywały się tzw. „wysokie
odwiedziny”. Ks.
Biskup Kozal musiał wtedy wystawać godzinami przy głównej bramie obozu.
Przecież ciekawy „eksponat”! Skrajne
prostactwo w kraju, który się
szczycił wysoką
kulturą. Poniewieranie
drugim człowiekiem szło w parze
z
wymaganiem oznak najwyższej czci dla władców. Przy przechodzeniu obok
esesmana
– zawsze „czapka z głowy” i postawa sprężona, jak na defiladzie. Bicie
więźnia
– najczęściej po twarzy – także z tej postawy nie zwalniało. Komenda
„Achtung”
obowiązywała nawet wtedy, gdy tzw. „komisja” wchodziła na straszną
stację
doświadczalną. I
tuż obok totalnego
niewolnictwa – zakłamanie. Komendant
więzienia powiedział nam już we
Włocławku: „Każdy
z was jest «Schutzhäftling». Niedługo jest wasze święto 11 listopada.
Trzeba
was było wziąć w opiekę (Schutz) przed gniewem polskiego ludu”.
Komendant wierzył w to, co mówił. Jaką przeszedł szkołę? Na
bramie obozu napis: „Arbeit macht frei
– Praca
da ci wolność”. Ale za bramą już zupełnie inne słowa: „Na wolność
wyjdziesz
przez komin krematorium. Czy widzisz jego dym?” Tortury
obozowe nazwano, jak na szyderstwo,
„sportem”. Mieszkańcy
miasta Dachau chyba niewiele o nas
wiedzieli
albo zgoła nic. Propaganda krzyczy, kiedy chce. I nakazuje milczenie
też wtedy,
gdy tego chce. Co
się stało z tymi rosyjskimi jeńcami
wojennymi, dla
których w obozie przygotowano wiele miejsca i którzy nigdy tu nie
przybyli? Co
się stało z gromadką dzieci żydowskich,
przywiezionych
do Dachau z krajów nadbałtyckich? Przypadkowo spotkałem te dzieci, a
nawet
krótko z nimi rozmawiałem, ale szybko ślad po nich zaginął. W
jednym i drugim przypadku – milczenie
absolutne. Dostępną lekturą był
w obozie organ
partii „Völkischer Beobachter”, z kłamliwymi komunikatami wojennymi i z
tekstami, które szły śladem przemówień Goebbelsa. Z kłamstwem obozowym
bratało
się kłamstwo głośne i oficjalne. „Kłamca
i zabójca od początku” – powiedział
Zbawiciel o
sprawcy zła (por. J 8, 44). To właśnie tak! Zwycięstwo
cywilizacji życia „Co
drugi złożył ofiarę z życia”. Ten napis
wyryty na
spiżowej tablicy w Dachau mówi o tym, że okrutna cywilizacja śmierci
była tu
zwyciężana najwyższą ofiarą, która prowadzi do życia: „Pretiosa in
conspectu
Domini – mors sanctorum Eius”. Cywilizację
śmierci inspiruje nienawiść do
człowieka,
którego niszczy. Ale niszczy pozornie: „Nie bójcie się tych, którzy
zabijają
ciało...” (Mt 10, 28). Ta
cywilizacja jest skierowana przeciw Bogu,
który „jest
Miłością” (1 J 4, 8) Jakże mogłaby zwyciężyć?! W
obozie szydzono z Boga i z Kościoła.
Mówiono o
księżach „rzymskie psy”. Kazano znieważać Krzyż i różaniec. Przymierze
z Bogiem
było jednak niezłomne. Pobity do krwi Ks. Edward Grzymała, wtedy, gdy
do
gromadki księży mówił na ich prośbę o sprawach duchowych, gdy go potem
pocieszałem, powiedział: „To zaszczyt dla imienia Jezusa zniewagę
cierpieć”
(por. Dz 5, 41). Więc
w obozie śmierci – przymierze z życiem.
Przymierze
o wielorakim obliczu. Przymierze z Bogiem. Modlitwa w ukryciu i
spowiedź w ukryciu,
i... tęsknota za Eucharystią. Ks.
Stefan Frelichowski stworzył w obozie,
wraz z Ks.
Bolesławem Burianem (późniejszym ojcem duchownym Seminarium polskiego w
Paryżu), rodzaj sprzysiężenia, którego członkowie mieli za zadanie
każdego dnia
wszystko czynić i znosić jak najlepiej – na chwałę Boga, a wieczorem, o
godzinie 21-ej, składać z tego meldunek Matce Najświętszej. Apel! Przymierze
z Bogiem i z człowiekiem. Gdy
wybuchła epidemia tyfusu plamistego,
poszli
usługiwać zakażonym polscy kapłani; 22 spośród nich zmarło. Wśród nich
właśnie
Ks. Frelichowski, beatyfikowany. „Nie
ma większej miłości, jak gdy ktoś życie
daje za
przyjaciół swoich” (J 15, 13). To tak w Oświęcimiu O. Maksymilian:
oddał życie
za nieznanego sobie człowieka. Wystarczyło, że ten człowiek powiedział:
„Żal mi
żony i dzieci!” I
takie, jakby zupełnie zwyczajne, przeżycie:
Po zgonie
Ks. Kococa byłem najbliższym sąsiadem na stacji doświadczalnej Ks.
Leopolda
Biłko, proboszcza z Karwiny na Zaolziu. Otóż gdy stała się rzecz
nieprawdopodobna i dopuszczono do obozu paczki żywnościowe, bo
więźniowie zbyt
szybko wymierali, Ks. Biłko otrzymał pierwszy i niemało. Głodomory z
różnych
zakątków rewiru to wyczuły, a Ks. Biłko dzielił. Aż wreszcie powiedział
do
mnie: „Dla nas nic nie zostało. Ale tak byłem wychowywany w Seminarium:
Jeżeli
ci żal czegokolwiek dać, daj natychmiast”. I
przymierze z Ojczyzną. Władze
obozowe spodziewały się poważnych
sukcesów oferty
ogłoszonej księżom polskim w dniu 5 V 1942. Powiedziano: „Kto czuje
przynależność do narodu niemieckiego, niech wystąpi, będzie odpowiednio
traktowany”. Nie wystąpił nikt. Kościół
zawsze najbardziej szczycił się
męczennikami.
Niech się nimi szczyci także i Ojczyzna, ochrzczona od kołyski swoich
dziejów i
od początku wyposażona w Męczenników, od czasu pierwszych Męczenników
polskich
aż do czasów ostatnich. Chrystus
Pan mówi nieodmiennie: „Będziecie
Moimi
świadkami”. Mówi też: „Nie lękajcie się!” (Mt 17, 7). I zapewnia: „A
oto Ja
jestem z wami” (Mt 28, 20). Był. I
była Matka, „Nadzieja nasza”. I
był „Cień Ojca”. Ocalił dotąd ocalałych w
sposób
niezwykły w ostatnich chwilach obozu Dachau. Dlatego może mieć miejsce
obecne
świadectwo. * Czcigodni
i Drodzy Uczestnicy
Dni Duchowości nt. „Świadek Jezusa”! Pragnąłem
swoje świadectwo przekazać
osobiście, ale nie
zdołałem. Znalazłem jednak zastępców, którym za ich uczynność dziękuję. Wyznaję
z prostotą, że uważałem przekazanie
swego
świadectwa za ważne. Pracowałem jednak nad skrótem pierwotnego tekstu,
by mogła
zostać przedstawiona druga część relacji: krótki film, zatytułowany:
„Czas
Wielkiej Próby”[3],
ale mówiący na
temat dziś mi zadany. O
Martyrologium polskiego Duchowieństwa mówi
także
książka, o której ośmielam się wspomnieć, a która nosi tytuł:
„Będziecie Moimi
świadkami”. (Nie tak dawno ukazało się jej trzecie wydanie w języku
polskim[4].)
Ma ona związek
ze stałym nauczaniem Papieża Jana Pawła II o męczeństwie i
męczennikach.
I gdyby nie delikatna inspiracja Ojca Świętego (przemówienie z 14
VIII
1986), książka ta by nie powstała. „Będziecie
Moimi świadkami” (Dz 1, 8) –
powiedział Boski
Mistrz. Dziękujemy Mu najpokorniej za to, że te Jego słowa sprawdzają
się wśród
nas, a ich nosicielami stali się najpierw nasi Kapłani: „Stali się
godni dla
Imienia Jezusowego zniewagę cierpieć” (por. Dz 5, 41). Jakże
bardzo godni! Kardynał
J. Wright, prefekt Kongregacji ds.
Duchowieństwa, uważał za swój obowiązek zrelacjonować w liście do
Kardynała
Stefana Wyszyńskiego spontaniczną opinię dziennikarską o niezwykłej
postawie
Księży w Dachau. Opinia
brzmi tak: „Charakterystyczne
jest to,
co napisała o postawie świadectwa Kapłanów-Więźniów dziennikarka
amerykańska
Dorota Thomson, dziennikarka politycznie nie zaangażowana i bez
określonej
przynależności religijnej. W przeprowadzonych wywiadach z tymi, którzy
ocaleli
w obozie w Dachau: z Żydami, z uczonymi, z osobistościami politycznymi
i z
innymi więźniami wszystkich klas i narodowości, stawiała to jedno
pytanie: «W
pośrodku tego piekła, jakim było życie w Dachau, które odczłowieczało,
degradowało, poniżało, kto najdłużej zachował swoje człowieczeństwo,
zdrowy
umysł ludzki? Które osoby zapominając o własnej nędzy, poniżeniu,
służyły innym
cierpiącym w tym piekielnym systemie? Które osoby zachowały tożsamość
samych
siebie, swoją godność, nadzieję [...], kiedy inni ginęli tracąc ufność
i
życie?». Odpowiedź była jedna, zawsze ta sama: «To byli kapłani
katoliccy!» Oni
wiedzieli, dlaczego tam się znaleźli! Oni wiedzieli, że pozostało tylko
ich
świadectwo! Ich poświęcenie, ich powołanie! Oni wiedzieli, że na to ich
świadectwo czekali wszyscy: współwięźniowie, brutalni prześladowcy, sam
Bóg!
Wiedzieli, że dawać świadectwo to ich powołanie, niezależne od warunków
i
czasu, a zależne tylko i wyłącznie od naśladowania Jedynego Wzoru,
Jedynej
Osobowości, Jedynego Powołania, jakim jest Jezus Chrystus, Wieczny i
Najwyższy
Kapłan, Wierny Świadek Boży!”[5]. „Stali się godni dla Imienia
Jezusowego zniewagę cierpieć” (por. Dz 5, 41). Mówiąc o Nich, rozważamy
wspaniały rozdział dziejów Kościoła w naszej Ojczyźnie. Zakończyłem
tworzyć podstawową redakcję tekstu w Łomiankach, dnia 11 listopada 2003
roku, w
rocznicę odzyskania Niepodległości, a jednoczenie w rocznicę
rozpoczęcia
doświadczeń w Dachau, dnia 11 listopada 1942 roku. +K.M. [1] Referat – świadectwo przekazane 22 listopada 2003 r. na KUL podczas XXVIII Dni Duchowości nt. „Świadek Jezusa”. [2] Ks. Wiktor Jacewicz SDB, Martyrologium polskiego duchowieństwa rzymskokatolickiego pod okupacją hitlerowską w latach 1939-1945, Warszawa 1977, zesz. I, s. 33. [3] Czas Wielkiej Próby, reż. Wanda Rollny, Fundacja Kultury i Edukacji w Łodzi. [4] Abp K. Majdański, „Będziecie Moimi świadkami”, Fundacja Pomoc Rodzinie, Łomianki 1999 (wyd. III, uzupełnione przedmową pt. Polski bilans XX w.). [5] Kard. J. Wright do Prymasa Tysiąclecia, „Ateneum Kapłańskie”, z. 374-375, s. 52.
|
|