|
|
ARCHIWUM |
|
Jerzy Chodorowski Polityka i Strategia REWIZJA REWIZJONIZMU NPW 3-4, 2005
Z tak pojmowaną nauką historii wiąże się jednak koniecznie obowiązek historyka wyrobienia w sobie postawy stałej gotowości do zrewidowania ustalonych już faktów czy wypowiedzi na ich temat, jeśli tylko pojawią się wystarczająco mocne, obiektywne ku temu racje. Chodzi o gotowość do korygowania własnych i cudzych opinii, skoro tylko przedstawione zostaną nowe dowody podważające lub obalające ugruntowane już poglądy na temat zdarzeń z przeszłości. Historyk musi być potencjalnym rewizjonistą. Jeśli jego najważniejszym obowiązkiem jest dotarcie do prawdy, zaletą jego nie może być kurczowe trzymanie się tez uznanych za niezmienne, skoro przeczą im oczywiste nowe fakty. Wspomniane zasady są na ogół dość szeroko znane, zaś przez historyków w olbrzymiej większości aprobowane, a nawet wiernie realizowane i to wcale nierzadko za cenę dotkliwych wyrzeczeń. A mimo to jednak problem gotowości historyka do rewizji i korekty różnych tez w imię prawdy stale, i to coraz częściej, wraca na warsztaty badaczy i do programów dyskusji w szerokich gremiach. Ostatnio pojawił się on w najnowszej książce historyka opolskiego, doktora Dariusza Ratajczaka[1]. W Spowiedzi „antysemity” – taki jest jej tytuł – stał się osią tematyczną książki, będącej zbiorem artykułów opublikowanych w różnych czasopismach prawicowych. W wielu bowiem poruszonych w niej kwestiach można dostrzec próbę weryfikacji pojęcia rewizjonizmu historycznego. Rewizjonizm może być rozumiany dwojako. Przede wszystkim jako rewizjonizm na wielką skalę, podważający i korygujący jakiś cały zespół tez ze sobą powiązanych i stanowiących specjalne zagadnienie czy odrębną doktrynę. W takim właśnie sensie mówi się np. o rewizjonizmie Konstytucji, o rewizjonizmie żydowskiej wersji holokaustu, o rewizjonizmie Marksowskiej doktryny socjalistycznej, o rewizjonizmie niemieckim wobec granicy politycznej z Polską itp. Na ogół jest to sens dominujący w używaniu tego słowa. Jednakowoż może ono być używane także w odniesieniu do poszczególnych faktów, ocen, tez, a więc na małą skalę. Taki rewizjonizm jest po prostu warunkiem koniecznym wywiązywania się historyka z jego obowiązków zawodowych. Rewizjonizm w małym wymiarze wcale nie musi prowadzić do rewizjonizmu na wielką skalę, a więc do rewizjonizmu jakiejś Konstytucji, doktryny itp. On dokonuje jedynie korekty poszczególnych faktów, wydarzeń, poglądów, nie naruszając całości, do których one należą. Podobnie jeśli korekta ta odbywa się na terenie objętym już przez rewizjonizm w znaczeniu szerokim, nie musi go podważać czy przekreślać. Właśnie Spowiedź „antysemity” zawiera wiele przykładów takiego mini-rewizjonizmu. Np. autor poddał rewizji fakty, na których oparta została pejoratywna opinia o Włochach jako żołnierzach (klęska pod Aduą w walce z Etiopczykami uzbrojonymi w dzidy, cięgi zebrane od Greków w Epirze w 1940 r., chaos organizacyjny, dezorientacja wyższego dowództwa i pogrom na froncie wschodnim w czasie II wojny światowej). Okazało się, że przeszłość kryje niemało wydarzeń zadających kłam mitowi o wrodzonym tchórzostwie „makaroniarzy”: w maju 1942 r. Mieli duże sukcesy pod El Ghazala, umożliwili zorganizowany odwrót „Afrika Korps” Rommla, płacąc wysoką cenę – całkowite zniszczenie Dywizji Pancernej „Ariete”, na froncie wschodnim we wrześniu 1941 roku forsowali Dniepr, a w grudniu powstrzymali dużą ofensywę przeprowadzoną przez Rosjan i ustabilizowali front, w czasie zaś morderczego odwrotu zdobywali się na heroiczne walki na bagnety celem wydostania się z kolejnych okrążeń itd. itd. Odgrzebawszy te fakty, autor Spowiedzi nie rozdmuchuje ich do rangi wielkiej rewizji, ani nie buduje na nich rewizjonizmu kwestionującego opinię o armii włoskiej (urobioną głównie przez generalicję niemiecką) czy podważającego ideologię faszyzmu włoskiego i jej konsekwencje w polityce zagranicznej Włoch. Podobnie, znalazłszy kilka przebłysków litości w życiorysie Himmlera (28 XII 1942 – żądanie od lekarzy obozowych, by zmniejszyli współczynnik śmiertelności; 1 II 1945 – zezwolenie Międzynarodowemu Komitetowi Czerwonego Krzyża na zwiększenie dostaw żywności do obozów koncentracyjnych), nie wyraża najlżejszej nawet sugestii, by z ich pomocą dokonać próby rewizji sensu largo całej działalności Waffen SS, gestapo i jej zwierzchnika. Fakty pozostają faktami i mimo ich wymowy łagodzącej Himmler i jego podwładni nie przestają być zbrodniarzami. Tak samo wydobyte na światło dzienne fakty kompromitujące nasz wywiad wojskowy w II Rzeczypospolitej nie stały się filarami jego rewizjonizmu radykalnego i totalnego. Nie obyło się także bez prób ustalenia liczby rzeczywistych ofiar, które pochłonął niemiecki obóz koncentracyjny w Auschwitz-Birkenau, liczby przez historyków (włącznie z co najmniej trzema historykami żydowskimi) stale obniżanej, począwszy od 8 milionów (1945) aż po 630-710 tysięcy (1994). Autor Spowiedzi wyraźnie odrzuca dane oparte całkowicie na oficjalnych obozowych dokumentach niemieckich, przejętych przez władze sowieckie, jako drastycznie zaniżające liczbę ofiar, zatem niewiarygodne. Odcina się również od danych publikowanych przez rewizjonistów holokaustu. W końcu dochodzi do wniosku, że z powodu „istnej karuzeli szacunków” i „niestałości naukowej” badaczy trudno udzielić właściwej odpowiedzi na pytanie, ilu ludzi zginęło w Auschwitz. Stanowisku swemu daje najgłębszy wyraz, stwierdzając, że Jedno jest wszak pewne: nawet pojawienie się w przyszłości nowych liczb i szacunków nie zmieni istoty tragedii, jaka rozgrywała się w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (s. 28). Droga, którą obrał dr Ratajczak, jest metodologicznie uzasadniona i etycznie poprawna. Nie znaczy to jednak, że jest drogą łatwą. Wręcz przeciwnie, jest bardzo trudna. Szczególnie niebezpieczne jest wyławianie jasnych plam na ciemnym tle lub odwrotnie – ciemnych na jasnym. Bardzo tu łatwo ulec pozorom. Trzeba się poruszać bardzo ostrożnie, jak na terenie podminowanym. Autor przytacza np. następującą relację: W dniu kapitulacji 13 francuskich ochotników rozstrzelano bez sądu. Rozkaz egzekucji wydał generał Jacques Leclerc, dowódca 2. Dywizji Pancernej. Generał osobiście zainteresował się francuskimi jeńcami wojennymi i spytał ich: <Dlaczego nosicie niemieckie mundury?>. Jeden z jeńców odparł: <A dlaczego pan, generale, nosi mundur amerykański?>. To przesądziło o ich losie. Niebezpieczeństwo pozoru w tym wypadku polega na tym, że noszenie przez dwóch żołnierzy jednakowo obcego (tzn. nie francuskiego) munduru tylko pozornie stawia ich na jednakowej pozycji polityczno-moralnej. I tak się wydawało jeńcowi francuskiemu. Jednak w istocie rzeczy tak nie jest. Gdyby gen. Leclerc zastanowił się przez chwilę, mógłby spokojnie odpowiedzieć: „Dlatego, że w 1940 r. to nie Ameryka napadła na Francję, a Niemcy”. Podobnie podejrzenie pozoru budzi zacytowany wyżej fakt udzielenia przez Himmlera zgody na zwiększenie dostaw żywności do obozów koncentracyjnych. Wiemy bowiem z pamiętników Speera, że niemal w przeddzień pojawienia się tego gestu ludzkiego, Himmler na specjalnej audiencji u Hitlera uzyskał jego zgodę na wyjazd do Szwajcarii celem wysondowania możliwości zawarcia odrębnego pokoju z aliantami zachodnimi. Przestrzegł go także, by się nie zdziwił, gdy otrzyma informacje o jego „niepochlebnych” krokach. Czy zatem był to gest miłosierdzia, czy próbny balonik polityczny, ubrany w pozory humanitaryzmu? (Niezależnie jednak od tego, dzięki niemu iluś ludzi przeżyło koniec wojny). Poza tym lektura Spowiedzi rodzi jeszcze refleksję nad dwoma niebezpieczeństwami drogi rewizjonizmu małego wymiaru. Po pierwsze, jak wszędzie, tak i na tej drodze od cnoty do występku – malutki krok. Bardzo łatwo bowiem przekroczyć cieniutką linię graniczną między niezawisłością intelektualną a przekorą intelektualną. Można nie zauważyć, że już się utraciło niezawisłość intelektualną, a to, co pozostało, to zwykła przekora: zadowolenie i zabawa z lęku, który pojawił się w oczach słuchaczy na skutek szoku informacyjnego. Jest to jednak reakcja normalna, gdyż ludzie mający już ustabilizowane poglądy na jakąś kwestię, otrzymawszy nawet małą porcję rewelacji, czują się zagrożeni przypuszczalną koniecznością przebudowy całości swych przekonań i dlatego stawiają opór. Sama przekora osoby prezentującej rewizję może utrudnić im jej akceptację. Po drugie, jak wiadomo, zło nie ma samoistnego bytu. By istnieć, musi być oparte na jakimś dobru. Można więc znaleźć takie dobro w każdej instytucji czy akcji zaprzęgniętej jako środek do celów złych. Dlatego odkrycie go przez historyka wywołuje u słuchaczy lub czytelników zdenerwowanie, a niekiedy i gwałtowny sprzeciw: obawiają się bowiem, że odkrywca dobra chciał zakwestionować samo zło moralne. Lękają się, że na tej podstawie ktoś może przenieść pozytywną ocenę środka na sam cel, do którego został on użyty, cel ewidentnie zły. Podejrzewają, że prezentacja małej rewizji (jakiegoś faktu) pociągnie za sobą konieczność dokonania rewizji na wielką skalę: zespołu faktów, zjawisk czy akcji. I tu autor Spowiedzi postępuje bardzo rozsądnie, ograniczając się do samego faktu i odcinając od problemu jego następstw oraz ewentualnej konieczności rozpatrzenia go na szerszym tle. Nie wyciągam żadnych wniosków, - pisze – przedstawiam tylko fakty. Proszę mnie ewentualnie rozliczać ze sposobu – moim zdaniem wyjątkowo oszczędnego – ich przedstawienia. Bezlitośnie okrutnie. Skorzystamy. Choć bez okrucieństwa, ale także bez taryfy ulgowej. Sposób bowiem prezentacji faktów – to nie tylko obfitość czy oszczędność informacji, ale to także ogół środków wyrazu. Całą publicystykę historyczną dr. Ratajczaka przenika duże poczucie humoru. Pisana językiem barwnym, jędrnym, nawet soczystym, często gęsto „nie uczesanym”, może – nic w tym dziwnego – budzić u niektórych czytelników pewne zastrzeżenia co do formy, choć jej treść jest akceptowana. Rzecz gustu; przynajmniej do pewnych granic. Mnie natomiast ta faktura słowna przenosi w lata II Rzeczypospolitej, kiedy to na łamach „Myśli Narodowej”, w rubryce „Ofensywa”, podobnie szpadą polemiczną wywijał inny Harcownik – Adolf Nowaczyński. Przez niektóre felietony Spowiedzi przewija się bowiem tyle epitetów, synonimów, dowcipem lśniących neologizmów, kalamburów, malowniczych wyrażeń ubranych w cudzysłowy, że w sumie stwarzają jedno nieodparte wrażenie: ich autor – to iście sam Mistrz Adolf-Redivivus. Tak jednak jak Nowaczyński porzucał język agresywnej publicystyki politycznej i posługiwał się innymi środkami wyrazu, gdy pisał eseje literackie czy jeszcze innymi, gdy tworzył swe wielkie dramaty, tak samo autor Spowiedzi potrafi przemawiać także spokojnie, chłodnymi, wyważonymi zdaniami i umiejętnie operować siłą logiki, gdy np. polemizuje z prof. Krzysztofem Kawalcem lub gdy udziela wywiadu wrocławskiej rozgłośni archidiecezjalnej „Radia Rodzina” albo gdy pisze świetny referat (niestety, nie wygłoszony) na temat stosunków polsko-żydowskich w pierwszej połowie XX wieku. W sumie: książka dr. Ratajczaka powinna zainteresować przede wszystkim historyków nie kłaniających się poprawności politycznej. Jej autor bowiem zdobył już duże doświadczenie (ściślej: został boleśnie doświadczony) w sprawach, bez których znajomości i rozumnej akceptacji człowiek o nawet ogromnej wiedzy historycznej nie może stać się historykiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Za uszanowanie wykpiwanych dziś imponderabiliów, na których opiera się nauka, zapłacił cenę wysoką: wytoczono mu proces sądowy i dyscyplinarnie został usunięty z Uniwersytetu Opolskiego z zakazem pracy w zawodzie nauczycielskim (od kilku lat pracuje jako portier różnych magazynów oraz stacji paliwowej)[2]. Na Spowiedź powinni zwrócić uwagę także ci spośród czytelników dzieł historycznych i odbiorców publicystyki historycznej, szczególnie młodzi, którzy są wyczuleni na niebezpieczeństwo intelektualnego zniewolenia Narodu. Tym bardziej, że jak na ironię to właśnie Prezes Polskiej Akademii Nauk obdarował jeszcze w 1994 r. wszystkich pracowników naukowych w Polsce zbiorem zasad i wytycznych pt. Dobre obyczaje w nauce, w którym znajduje się znamienna zasada (1.8): W swojej działalności profesjonalnej pracownik nauki szanuje poglądy autorytetów naukowych, ale wyżej niż autorytety naukowe stawia rzeczowe argumenty. (...) Pracownika nauki powinna cechować stała gotowość do kwestionowania, rewidowania i odrzucania teorii, nawet będącej jego własnym dorobkiem, jeśli fakty jej zaprzeczą. No właśnie! [1] Spowiedź „antysemity”, Opole 2005. S. 129. Kom.: 0 606 179 986. [2] Cała tzw. sprawa dr. Dariusza Ratajczaka została przez niego szczegółowo przedstawiona i wiarygodnie udokumentowana w książce pt. Inkwizycja po polsku , Poznań 2003, Wydawnictwo „Wers”.
|
|