ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Zygmunt Zieliński

Oświata, Kultura, Wychowanie

Czy trzęsawisko może być fundamentem? 

NPW 1-2, 2005


Bogumił Linde określa trzęsawisko jako „ziemię trzęsącą się, bagnistą, gdzie nogi zapadają się” (Słownik języka polskiego, t. 5,  Warszawa 1995, s. 726, reprint). Ktoś może powiedzieć, że to zbytnia pedanteria, sięgać do Lindego, by wyjaśnić słowo, może nie najczęściej używane, jako że Polacy mają coraz mniejszy zapas rodzimych słów, ale przecież nieobce. Wyjaśnienie tego pojęcia jest bardzo sensowne, ponieważ w czasach, w których żyjemy, słowo niekoniecznie musi znaczyć to, co wyraża. Np. honor. Iluż to polityków twierdzi, że go ma (oczywiście dotyczy to też zwykłych śmiertelników, czyli wyborców), a tymczasem okazuje się, iż chodzi im o zgoła co innego niż to, co przez to słowo rozumie Linde (t. 2, s. 185), który kojarzy je  z takimi słowami, jak „cześć, uczciwość”. Weźmy teraz bez żadnego zjadliwego krytycyzmu pod lupę większość naszego parlamentu. Już nawet pozostawmy ma uboczu afery, bo one stały się banalne zwłaszcza, kiedy okazuje się, iż mogły być ujawnione znacznie wcześniej, a zostały dopiero wtedy, gdy jednemu z partnerów lub zawistnych, a dobrze poinformowanych obserwatorów puściły nerwy i postanowił postawić na uczciwość albo, co bardziej prawdopodobne, odegrać się. Spróbujmy po prostu przeanalizować możliwości, jakimi dysponują osoby zajmujące miejsca na Wiejskiej. Przecież ordynacja wyborcza umożliwia wprowadzenie na salę sejmową czy senacką nawet konia, byle go jakoś przebrać, by go straż marszałkowska  przepuściła. Nawet nie mówimy tu o tej niemocy, na jaką tradycyjnie, nie tylko w Polsce, cierpi demokracja, która pozwala określonej grupie niszczyć kraj tylko dlatego, że na jakąś tam kadencję wdarła się na stołki władzy. Zatem nie wolno przerwać tej szkodliwej farsy, bo tyle a tyle miesięcy ma ona prawo garnąć pod siebie co się da. Gdzież tu mowa o honorze?

Zdumiało mnie oświadczenie p. Oleksego, że nigdy nie działał z inną intencją, niż służba temu krajowi. Nie mam nic przeciwko panu marszałkowi, ale zapytuję, czy jako I sekretarz wojewódzki PZPR w czasie stanu wojennego, i nie tylko, rzeczywiście służył temu krajowi, czy też jakiejś jego atrapie, zbudowanej przez obcych architektów? Rozumiem rozgoryczenie człowieka, który nie pierwszy raz jest zmuszony opuścić fotel, ale czy można w ten sposób się bronić, jak on to czyni? Gdzie tu honor w pojęciu Lindego, a może i większości obywateli tego kraju, choć zapewne nie wszystkich?  O jakim honorze mówi w ogóle tzw. lewica (nieważne, jakie kolejno przybierają  nazwy jej ugrupowania,  w jaki sposób ona pączkuje, bo wiadomo, że nie o różnice zasad tu chodzi, ale o przetrwanie)? Przecież lewica kojarzyła się zawsze z pojęciami... Ale zobaczmy, co Linde o tym pisze! Niestety, nic. Odnotowuje tylko skojarzenia z lewą stroną. Żadnych innych odniesień. Zatem w połowie XIX w., już po Manifeście komunistycznym Marksa, słowo to nie funkcjonowało, choć w Reichstagu socjaldemokraci zasiadali po lewej stronie sali. Sięgnijmy do Encyklopedii PWN (wyd. 1974, t. 2, s. 710). Tu już jest zróżnicowanie; co innego znaczy słowo „lewica”, a co innego „lewica związkowa”. To drugie nas nie interesuje. A co znaczy to pierwsze? Otóż czytamy: „lewica, określenie  stosowane dla rewolucyjnych klas i warstw społeczeństwa (lewica społeczna) oraz rewolucyjnego odłamu, frakcji, partii politycznych (lewica partyjna)... w różnych warunkach historycznych miało różny sens klasowy, po ukształtowaniu się ruchu robotniczego stał się on trzonem konsekwentnej lewicy społecznej”. Przymykając oko na  przewrotność tej definicji, widoczną gołym okiem, bowiem konsekwentnie pominięto tu program społeczny lewicy, a on byłby najbardziej interesujący, nie ma w cytowanej encyklopedii rozwiniętych odnośników: lewica społeczna i lewica partyjna. Dlaczego? Dla tego samego powodu, dla którego unikano publikowania tekstu Manifestu lipcowego z 22 VII 1944 r. Po prostu na jaw wyszedłby dysonans  między głoszoną  ideą i praktyką. Ale przecież mamy już Nową Encyklopedię PWN (odwołuję się do multimedialnej jej postaci z 1999 r.). Pozostawiając na uboczu genezę lewicy, tutaj  umiejscowioną w  wydarzeniach związanych z Rewolucją Francuską, czytamy dalej, że określenie „lewica” „zostało rozpowszechnione w XIX w. jako zbiorcze określenie orientacji ideologicznych i ugrupowań domagających się zmian gospodarczych, społecznych oraz polityczno-ustrojowych. Jako nadrzędne wartości lewica przyjmuje  zasady równości społecznej, postępu i sprawiedliwości społecznej, opowiada się też z reguły za aktywną rolą państwa w kształtowaniu procesów gospodarczych  i społecznych. Orientacje lewicowe występują w obrębie różnych nurtów ideologicznych i społecznych, przyjmując za nadrzędne założenie zmniejszenie zróżnicowań społecznych i ochronę warstw słabszych ekonomicznie; orientacja lewicowa uzewnętrznia się najwyraźniej w myśli socjalistycznej oraz  częściowo ludowej, niekiedy przyjmuje postać ruchów zabarwionych populistycznie”  (podkr.  Z. Z.).

Wyobrażam sobie, jak musiał się nabiedzić autor tego hasła, by zmieścić w  swym wywodzie  wszystkich, którzy z różnych powodów dobrze się w szacie lewicy czują: od pewnego gatunku katolików (katolewica) po pogrobowców komunizmu.Wszak we wspólnym worku musi im się jakoś znośnie dziać. Potrafił też wymanewrować poza nawias „lewej ferajny” komunistów, bo przecież to wstyd siadać do jednego stołu z takimi, którzy się zagapili i nadal jadą na wózku z czerwonymi kółkami, jak choćby Fidel, choć pojazd ten wyraźnie się wykoleił. Ale już zupełnym nieporozumieniem jest wystawienie na aut Chin, bo tam z komunizmu wprawdzie pozostało niewiele, poza nalepką, ale oficjalnie jest to największa państwowa ekspozytura lewicy. Oficjalnie, ale czy rzeczywiście, jeśli przyjąć przytoczoną tu definicję A.D 1999?  Zresztą po co plątać się w dywagacjach czysto teoretycznych?

Ważne jest, i to nie tylko z punktu widzenia czysto semantycznego, ale także z potrzeby właściwego rozumienia świata, w którym żyjemy, by zdefiniować lewicę tu i teraz nam znaną, nie z książek i publicystyki, ale z autopsji, i to czasem nader bolesnej, kiedy nie tylko się jej przyglądamy, ale gdy daje się nam ona we znaki. Zachęcam wszystkich czytających te słowa, by odczytali wytłuszczoną  definicję pod kątem zestawienia jej treści z programem i poczynaniami tej lewicy, która z woli większości narodu paskudzi nam dzisiaj Polskę. Bo że czyni to, korzystając z dóbr demokracji, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Zadajmy sobie zatem pytanie: w którym punkcie według tej definicji, będącej mimo pewnych jej braków względnie pełnym wyjaśnieniem pojęcia „lewica”, ta obecna polska lewica sprawdziła się, oczywiście nie głosząc przeważnie populistycznych haseł, ale choćby minimalną ich realizacją.  Tego wątku nie będziemy kontynuować, bowiem jeśli sobie ktoś sam tego nie przemyśli, to nic i nikt go nie przekona.

Istnieje jednak inny problem  wynikający ściśle z powyższych rozważań na temat honoru, uczciwości i pochodnych tych wartości oraz ich obecności u polityków, oczywiście konkretnych ugrupowań, a nawet osób. Nie chcemy tu wskazywać na nikogo palcem. Mowa tylko o tych, którzy stali się w pewnym sensie  własnością  publiczną, przesiadając się z ław sejmowych na sądowe, a nawet więzienne, lub czekających na swoją kolej. Przykłady całkowitego wyzbycia się przez lewicę, w Polsce, a zwłaszcza w  Europie Zachodniej, programu i celów mających za przedmiot słabych i biednych (o sprawiedliwości społecznej lepiej milczeć), należy potraktować jako oczywistość, choć bynajmniej nie banalną, a przez to smutną. Jaki więc problem mamy tu na myśli? W sensie semantycznym określenie jego jest bardzo proste.  Jest to rozum, rozumność. Linde (t. 5, s. 146) pisze: moc pojmowania nazywamy rozumem”. Dalsze powiązania wymienione przez autora to: „ pojętność, poznanie, rozeznanie, rozwaga, baczność, roztropność, mądrość”. Rozumność to z kolei według Lindego posiadanie rozumu. Czy tylko według Lindego?  To też bardzo osobiste pytanie.

Otóż nie można odmówić swoistej rozumności wielu politykom, nie wyłączając tych wszystkich trutni  spijających miód, bezproduktywnych, korzystających z prawa załapania się wraz z kliką. Jest to rozumność używana bez oglądania się na honor, uczciwość i podobne wartości, których znaczenie już poznaliśmy. Trudniej jest konkretnie określić rozumność zbiorową. Jak to zrobić?  Różne instytucje badające tzw. opinię publiczną tego  nie czynią, ale niewątpliwie dostarczają materiału do analiz. Kiepsko to jednak wygląda. Ostatnia sonda, ujawniająca preferencje społeczne kandydata na stanowisko prezydenta Polski, dziwnym trafem nadziała się na respondentów, których z rozumnością w żaden sposób nie należy kojarzyć. Albo też nie był to bynajmniej  traf, ale rzeczywistość, która od 1989 r. tyle już nam zgotowała niespodzianek i gotuje dalsze.

Pewien mój nauczyciel, od dawna już nieżyjący, powtarzał nam często: rozum się ma, to oczywiste, ale trzeba go używać. Otóż to! Używanie rozumu to zastosowanie określonych  kryteriów, będących podstawą rozumnych decyzji. Jak dotąd, nie popisał się tym naród polski, przez tak wielu sławiony za jego cnoty (często trudne do zauważenia), dokonując wyboru czy to swej reprezentacji, czy prezydentów. Oczywiście można to w wieloraki sposób usprawiedliwić. Brak zmysłu politycznego, zupełna ignorancja, jeśli chodzi o rozumienie demokracji (przechodzę na czerwonym świetle, bo żyję w demokratycznym kraju – autentycznie podsłuchane), lansowanie przez media tzw. autorytetów moralnych, które w pewnym momencie muszą się wypłacić za tę promocję, ogłupiając naród. I jeszcze jedno, może najgroźniejsze: dewaluowanie się zaufania do Kościoła, z którego trzymający władzę i określone media wypreparowały pokazywanych publicznie i wyłącznie eksponentów, których wystąpienia powodują rozkojarzenie pewnych zasadniczych, a w odbiorze społecznym dotąd zrozumiałych prawd, fundamentalnych dla świadomości zarówno politycznej, jak i ideologicznej. Fakt, że człowiek z ulicy ulega takiej presji informacyjnej, nie obciąża go winą za złe wybory i fałszywe mniemania. Niemniej jednak jedno i drugie jest realne i wyjaśnia, dlaczego stale taplamy się w tym samym grzęzawisku, nie mogąc znaleźć kawałka stałego gruntu, który by nas ustabilizował i pozwolił na budowanie przekonań i dokonań opartych na zdrowym rozsądku, a nie na bzdurze serwowanej  nam metodą wyboru jakiejś tam miss czy lansowania  jakiegoś supermena, bez względu na to, jaką reprezentuje branżę. Nie mówię o wyborach dokonywanych przez ludzi wyrosłych w epoce mistyfikacji i zbiorowego błędu czasów PRL-u, zwłaszcza jeśli się  było jego beneficjentami, ale już nie o błąd, lecz o obłęd chodzi, gdy człowiek młody staje obok weterana nomenklatury PZPR i z dobrą wiarą akceptuje puste już dziś bez reszty hasła lewicy. Czytałem ostatnio w jednej z niemieckich gazet zdanie: „Kiedy 25-letni człowiek mówi o swojej wierze, to może on być wszystkim, tylko nie politykiem zawodowym. Stoi on  twarzą w twarz i mówi to, co myśli, nawet jeśli wezmą mu to za złe”. A czymże chce być młodzieżówka SLD? Przecież młody człowiek czuje każdy szwindel nosem, wie, co cuchnie i trudno mu to znieść chyba, że spodziewa się, iż zły zapach minie, a kariera pozostanie. Bo przecież uwierzyć w ideały lewicy może tylko ten, kto je kojarzy z takimi wartościami, jak libertynizm, absolutna wrogość wobec religii i jakichkolwiek stałych wartości. Tego też nie trzeba udowadniać, wystarczy śledzić dyskusje publiczne.

Czy człowieka niewyrzekającego się do końca rozumności nie musi dziwić, iż ongisiejsi komuniści, opluwający bez umiaru „zgniły Zachód”, stali się najzagorzalszymi jego orędownikami?  Czy byłoby tak, gdyby mieli oni na względzie sprawiedliwość społeczną i troskę o najsłabszych?

 Czy byłoby tak, gdyby Unia Europejska nie poszła szlakiem zwierzęcej wprost nienawiści do Boga, rodem z bolszewickiego raju, gdyby okrężną drogą nie powróciła do Dziadka Mroza, a ideowo do Dekad wielkiej rewolucji francuskiej, kiedy triumfalnie ogłoszono zniesienie chrześcijaństwa?

Bo ku czemuż zmierza forsownie narzucana dechrystianizacja, już nie tylko człowieka, ale nawet krajobrazu?

Jeśli więc ktoś, niezależnie od własnych przekonań, zechce we właściwy sposób posługiwać się słowami-pojęciami w tym tekście przywołanymi, to w imię właściwego  ich rozumienia, wyłącznie z tej racji, nie z żadnej innej, nadrzędnej, nie mówiąc o imponderabiliach, zatem tylko w imię ludzkiej rozumności i uczciwości niech zastanowi się nad sobą, nad Polską, nad Kościołem, jeśli jest z nim związany. Może ktoś uzna za herezję wezwanie do trzeźwego racjonalizmu. Oczywiście nie w znaczeniu tego zużytego już racjonalizmu, którego jedyną tezą była wiara w nieistnienie Boga. Bo właśnie ta wiara dyskwalifikowała ów racjonalizm. Nasz niech będzie inny. Po prostu trzymajmy się rozumności, uczciwie nią gospodarując; innymi słowy nie tępiąc i nie unikając krytyki tego, co w nas samych jest złe, urągające sprawiedliwości, niegodne człowieka, który mniej mówi o honorze, a za to  więcej go posiada.

Tak wyobrażamy sobie polityków, którzy będą osuszać i rekultywować trzęsawisko, z którego dziś trudno wyciągać grzęznące w nim nogi. A przecież trzeba, jeśli chce się pójść dalej. Koniecznie należy wyjść na twardy, pewny grunt.

Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW