Posynodalna
adhortacja Ojca Świętego Jana Pawła II Ecclesia in Europa jest
dokumentem na wskroś teologicznym, a ściślej — chrystologicznym.
Jako taki stanowi więc pogłębioną refleksję teologiczną nad Objawieniem
Bożym. Dokument ma rangę autentycznego nauczania Biskupa Rzymu,
wspartego bogatym doświadczeniem Kościoła, zdobytym w trakcie prac
Synodu Biskupów poświęconego Kościołowi w Europie.
Dokument Ecclesia
in Europa to traktat z dziedziny teologii dogmatycznej, a dotyczy chrystocentrycznego
wymiaru rzeczywistości ziemskich o czym świadczy sama jego
myśl przewodnia: Jezus Chrystus, który żyje w Kościele jako
źródło nadziei dla Europy”[1].
I w tym obszarze należy umieścić i odczytać problematykę zarówno
dechrystianizacji, jak i nowej ewangelizacji.
1.
Chrześcijaństwo tożsamością chrześcijanina i Europy
Chrzest
rozpoczyna w człowieku przygodę zwaną chrześcijaństwem
poprzez wszczepienie go w Chrystusa Zbawiciela w Kościele i przez
Kościół na sposób latorośli zakorzenionej w Krzew winny. Chrzest
jest „uchrystusowieniem” człowieka. Chrzest bowiem jest tego
rodzaju wszczepieniem, które dokonuje ontycznej zmiany w człowieku,
wyrażającej się w chrześcijańskiej tożsamości, w chrześcijańskim
systemie wartości, w chrześcijańskich rysach duchowości oraz w
chrześcijańskim stylu życia. Przed człowiekiem wszczepionym w Chrystusa
czyli przed chrześcijaninem, otwarta zostaje z jednej strony możliwość
osiągnięcia pełni życia i pełni radości, natomiast z drugiej
konieczność przeobrażania rzeczywistości go otaczającej na sposób
chrześcijański. Przeobrażona rzeczywistość społeczna obecnością, a
jeszcze bardziej świadectwem życia chrześcijan, jest chrystianizacją
wszystkich rzeczywistości ziemskich i ludzkich, łącznie z takimi
sferami, jak kultura, polityka, ekonomia itd., które dzisiaj wydają się
– dla wielu — dalekie od powiązania z wiarą chrześcijańską. Nie jest
próbą jakiegoś zawłaszczania rzeczywistością, jaką stanowi Europa, ale
jest to raczej „wprowadzanie Chrystusa w samo centrum spraw ludzkich”,[2]
czyli w samo centrum spraw, które składają się na całokształt Europy.
Europa i
chrześcijaństwo od początku były dla siebie problemem, ponieważ
„całe dzieje Europy i ukształtowana na ich przestrzeni świadomość
wspólnej tożsamości noszą wyraźne i głębokie znamię chrześcijaństwa
oraz wskazują na ścisłe wzajemne powiązanie Kościoła i Europy”[3].
Od samego początku te dwie rzeczywistości, Europa i chrześcijaństwo,
postrzegane były przez siebie jako wyzwanie, szansa, a
niekiedy jako zagrożenie. Gdyby pokusić się o jakąś jedną
formułę ukazania relacji Europa – chrześcijaństwo to — jak
sądzę – można byłoby ująć następująco: Europa dla
chrześcijaństwa „pytaniem”, natomiast chrześcijaństwo dla
Europy „odpowiedzią”. Skuteczność odpowiedzi dawanej przez Kościół
i chrześcijaństwo Europie wytworzyło zasadnicze zręby dziedzictwa
europejskiego, tak daleko sięgające w głąb, aż tworzące tożsamość
chrześcijańską tego Kontynentu jak żadnego innego. Słusznie i z
prawdziwą dumą, zarówno od strony historycznej, jak i duchowej można
mówić o swoistym „fermencie chrześcijaństwa”[4]
na kontynencie europejskim, co można wyrazić w określeniu
„chrześcijańskie korzenie Europy”, niczego nie zawłaszczając, jak i
niczego nie bagatelizując z wpływu na kształtowanie wizerunku Europy
przez inne religie (głównie judaizmu i islamu), inne kultury (głównie
grecko-rzymskiej), inne systemy wartości (np. oświeceniowe) itd.
Pomimo widocznych
wpływów czynników pozachrześcijańskich na kształtowanie europejskiego
dziedzictwa ducha rola chrześcijaństwa i jego dogłębnego
oddziaływania wydaje się nie do przecenienia. Wkład czynników
pozachrześcijańskich w duchowe oblicze Europy jest postulatywny dla
samych chrześcijan nie tylko przed próbami dyskryminacji któregokolwiek
z tych czynników, ale nawet przed próbą pomniejszania ich roli. Więcej,
w wielu płaszczyznach ciągle możliwy jest dialog, nawet wobec rażących
przeciwieństw. Zresztą natura dialogu z jednej strony domaga się
istnienia przeciwieństw, natomiast z drugiej — dobrej woli.
Od zmieniającego się
oblicza samej Europy – jak zauważa to Jan Paweł II – w dużej mierze
uzależniony był i jest charakter i sposób zbawczego
posłannictwa Kościoła, a więc kerygmat (EE,6), dogmat (18-22)[5],
katecheza (EE,23-32), apologia (EE, 7-17), rozkrzewianie wiary (EE,
23-43), katechizacja (EE, 53-57), chrystianizacja(EE, 58-65),
ewangelizacja(EE, 24-29), nowa ewangelizacja (EE. 66-82).
Oczywistość faktu
chrześcijaństwa jako duchowego zrębu w historii Europy, jak i
współcześnie domaga się jasnego wyartykułowania. Jest to tym
donioślejsze w tym momencie dziejów, w którym Europa zdaje się
odchodzić od swej pierwotnej chrześcijańskiej tożsamości czy też
chrześcijańskiego systemu wartości. Dodatkowym bodźcem konieczności
wyrazistego artykułowania roli chrześcijaństwa w kształtowaniu oblicza
Europy jest próba zawłaszczania terminem „Europa” przez czynniki obce
chrześcijaństwu lub, co gorsza, jemu wrogie. W przypadku oblicza Europy
wrogość w stosunku do wszystkiego, co chrześcijańskie, przekładało się
w historii i przekłada się obecnie się niemal na wrogość wobec samej
Europy jako rzeczywistości ukształtowanej w zasadniczej mierze przez
chrześcijaństwo. Słuszne zatem w tym względzie było i jest w takich
sytuacjach stawianie Europie jako rzeczywistości ziemskiej i
ludzkiej pytania: „Quo vadis, Europo?” Dokąd zmierzasz, Europo
jako rzeczywistość ziemska? Dokąd zmierzasz Europo, jako rzeczywistość
ludzka? Dokąd zmierzasz Europo jako rzeczywistość ukształtowana
przez chrześcijaństwo? Te i tym podobne pytania niemal zawsze
płynęły od Kościoła, bo Kościół, mając świadomość noszenia mandatu
Chrystusa, czuł się odpowiedzialny – i nadal czuje się odpowiedzialny –
za całe to dziedzictwo, któremu na imię „Europa chrześcijańska:
„Jeszcze dzisiaj dusza Europy pozostaje zjednoczona, ponieważ oprócz
tych wspólnych początków żyje wspólnymi wartościami chrześcijańskimi i
ludzkimi, takimi jak godność osoby ludzkiej, głębokie
przywiązanie do sprawiedliwości i do wolności, pracowitość, duch
inicjatywy, miłość rodzinna, szacunek do życia, tolerancja,, pragnienie
współpracy i pokoju, które są jej cechami charakterystycznymi”.
2.
Dechrystianizacja pytaniem postawionym chrześcijaństwu i Kościołowi w
Europie
Problem
dechrystianizacji jest zagadnieniem bardzo szerokim. Dotyka płaszczyzny
nie tylko wiary, ale i kultury, historii, a nawet sfery
społeczno-politycznej, i jako taki bywa określany mianem sekularyzmu,
sekularyzacji, laicyzmu czy laicyzacji, ze wszystkimi odcieniami i
niuansami bogatej samej w sobie problematyki. We współczesnej
literaturze terminy „sekularyzm” czy „laicyzm” są częściej
używane aniżeli interesujący nas termin „dechrystianizacja”.
Dechrystianizacja to
proces skierowany ku wnętrzu człowieka ochrzczonego. Jest swoistym
zamachem na „uchrystusowienie” człowieka, czyli na chrześcijańską
samoświadomość, na chrześcijańską tożsamość, na chrześcijański system
wartości i wypływającą z tego duchowość i styl życia.
Dechrystianizacja,
w przeciwieństwie do prześladowania[6],
od wewnątrz demobilizuje i osłabia. Proces
dechrystianizacji wprawdzie wiąże się czasem tu i ówdzie z
prześladowaniami, ale prześladowania w procesie dechrystianizacji mają
charakter wtórny i drugorzędny.
Dechrystianizacja
zmierza nie tyle do wyeliminowania fizycznej obecności samych
chrześcijan, ile do ograniczenia wpływu motywacji
ewangelicznej na życie i zaangażowanie samych chrześcijan, tak
dalece, iż pomimo faktu niezatartego wszczepienia w Chrystusa niszczy
w nich samoświadomość bycia wszczepionym w Chrystusa, a co za tym
idzie, świadome odrzucenie chrześcijańskiego systemu wartości, powoduje
przyjmowanie innego system wartości – najczęściej utylitarystycznych
lub konsumpcyjnych – obieranie stylu życia niezgodnego z Ewangelią
nierzadko manifestowanie relatywizmu. W praktyce dechrystianizacja albo
zaczyna się od pomniejszania motywacji ewangelicznej, albo też od
tworzenia sytuacji kryzysu samoświadomości. Przed
zdechrystianizowaną mentalnością Jan Paweł II przestrzegał swego
czasu młodzież holenderską: „Kościół nie tworzy sam siebie, wie, że
jest stworzonym przez miłość Chrystusa i jego jedyną troską jest strzec
zazdrośnie woli Pana... aby w pełni urzeczywistnić jej zbawcze cele dla
dobra całej ludzkości [...]. Chcemy abyście mówili nam wszystko
otwarcie, ale chcemy również, byście umieli nas także słuchać.
Nie mówcie nigdy o Kościele w taki sposób, jakbyście byli osobami z
zewnątrz [...] nie mówcie nigdy do Kościoła tak, jakby był on dla
was kimś nieobecnym lub obojętnym [...] nie mówcie nigdy do Kościoła i
o Kościele tak, jakby on był dla was, co gorsza, wrogim [...]. Nie
dopuśćcie do sytuacji, w której nie moglibyście lub nie bylibyście w
stanie słuchać i rozumieć Kościoła”[7].
W procesie
dechrystianizacji chodzi o to, by chrześcijanin sam żył tak, jakby
był pozbawiony ontycznej przynależności do Chrystusa, jakby mówił
Chrystusowi egzystencjalne „nie” (na przekór swej chrześcijańskiej
tożsamości), i by żył, jakby Chrystus nie istniał; jakby Chrystus go
nie odkupił; jakby Chrystus go nie zbawił, a w
konsekwencji, by nie chciał być prowadzony przez Chrystusa
na „zielone pastwiska”, skazując siebie świadomie i dobrowolnie
na los „zabłąkanej owcy”, która nie tyle n i e m o ż e się
odnaleźć, ile n i e c h c e się odnaleźć i nie chce wrócić
w ramiona Dobrego Pasterza. Jest to jakaś wielka pokusa absurdalnej
alternatywy, która zamiast chrześcijanina uszczęśliwić, pozbawia go
wszelkiej nadziei. To jest rodzaj powtarzającego się dramatu
pierwszych rodziców, dramatu Kaina, dramatu budowniczych Wieży
Babel, dramatu ludzkości przedpotopowej, dramatu mieszkańców Sodomy i
Gomory, dramatu niewierności Narodu Wybranego, dramatu świętego
Kościoła grzesznych ludzi z balastem historycznego
anty-świadectwa czy zapowiedź dramatu apokaliptycznego
Babilonu.
Największym
niebezpieczeństwem dechrystianizacji nie jest – jak mogłoby się wydawać
– ograniczenie wpływu chrześcijaństwa, czy dokładniej – samego
Kościoła, na współczesną kulturę i cywilizację europejską. Ostrze
niebezpieczeństwa skierowane jest ku samemu chrześcijaninowi i ku
rzeczywistościom ludzkim, jakie tworzy chrześcijanin. Najbardziej
zagrożone dechrystianizacją jest zatem chrześcijańskie małżeństwo,
rodzina katolicka, naród chrześcijański, społeczeństwo w swych
strukturach i instytucjach wyrosłych z chrześcijaństwa, a nade
wszystko sam Kościół w swej młodości, żywotności i w swoim
misyjnym i apostolskim dynamizmie. Rzeczywistości tworzone przez
chrześcijanina dlatego są szczególnie narażone na wpływy
procesów dechrystianizacyjnych, że ze swej natury stanowią niszę
dla wiary, nadziei i miłości chrześcijańskiej. Na kontynencie
europejskim małżeństwo chrześcijańskie, chrześcijańska rodzina,
chrześcijański naród czy chrześcijańskie struktury bądź instytucje
społeczne zawsze były szkołą prawdziwości, autentyczności i
wiarygodności chrześcijaństwa. Od każdego poszczególnego chrześcijanina
– bardziej aniżeli od struktur, prawa czy też prądów filozoficznych –
zależy, czy małżeństwo, rodzina, naród, społeczeństwo, religia, Kościół
pozostaną nadal szkołą przede wszystkim nadziei dla gubiącego się
człowieka w Europie.
Zło
dechrystianizacji ma konkretny przejaw i zgubny skutek: proces
dechrystianizacji pozbawia człowieka nadziei pokładanej w Chrystusie,
Jedynym Zbawicielu świata. A co w zamian? Dechrystianizacja wprowadza
człowieka na drogę relatywizmu, cynizmu, nihilizmu i absurdu. Znamienny
pozostaje fakt, iż obszary relatywizmu, cynizmu, nihilizmu czy absurdu
wcale nie stanowią jakiejś alternatywy dla chrześcijańskiej
nadziei pokładanej w Chrystusie, ale są jedynie powtórką tragicznej
lekcji błędu pierwszych rodziców: „otworzyły im się obojgu oczy i
zobaczyli, że są nadzy” (Rdz 3, 1 n). Inaczej: oszukani, odarci z
godności, pozbawieni sensu życia a w rezultacie obcy sobie,
uciekinierzy przed Bogiem, wygnańcy i skazańcy na ślepy los. Ta
perspektywa, chociaż zgodna z logiką ludzkiej wolności wyboru, jest
jednak całkowicie sprzeczna z powołaniem i przeznaczeniem
człowieka, który wyszedł z ręki Boga Stwórcy jako sprawiedliwy i
święty; z naturą człowieka noszącego na sobie dziedzictwo grzechu
Adama, jak i z naturą człowieka odkupionego w Chrystusie. Słusznie
zatem każdy człowiek świadomie czy podświadomie ucieka przed celem, do
jakiego prowadzi nieuchronnie droga relatywizmu, cynizmu, nihilizmu czy
absurdu. Znalezienie się człowieka na tej drodze można rozpatrywać
jedynie w kategoriach egzystencjalnego błędu jako następstwa
niewłaściwego używania rozumu, złego życiowego wyboru czy zakorzenienia
serca w nieuporządkowanej hierarchii wartości.
Dechrystianizacja
ma swoje wewnętrzne mechanizmy sterujące jej procesami, a
mianowicie: ignorowanie wymiaru transcendencji człowieka (religijności
jako ukierunkowania człowieka na Boga, ignorowanie osobistej relacji
człowieka z Bogiem (religii jako odpowiedzi człowieka na wezwanie Boga)
jak i zażyłości chrześcijanina z Chrystusem (ontycznego wszczepienia
człowieka w Chrystusa w sakramencie chrztu św.).
Dechrystianizacja
ma też swoje wewnętrzne motywacje zachodzących procesów takie
jak: chęć emancypacji człowieka od Boga, by siebie postawił w miejsce
Boga, chęć detronizacji Chrystusa jako Jedynego Pana i Zbawiciela
człowieka i świata, a także instytucjonalizacja Kościoła na
sposób świecki. We współczesnym świecie – także w Europie – możliwości
skutecznego prowadzenia procesu dechrystianizacji są bardzo
duże, ponieważ sprzyjają temu następujące zjawiska zachodzącej we
współczesnej kulturze i cywilizacji, a mianowicie: areligijny humanizm,
kultura śmierci, konsumpcjonizm, hedonizm itp.
Charakterystycznym
doświadczeniem współczesności jest to, iż pomimo świadomego i
dobrowolnego odchodzenia tak wielu ludzi od Boga jeszcze
silniejszy w człowieku wydaje się postulat
zaszczepionej w ludzkości nadziei. Na tę nadzieję od strony
tajemnicy stworzenia – wskazuje obraz i podobieństwo Boga w człowieku,
natomiast od strony tajemnicy odkupienia sakrament chrztu św. i
pozostałych sakramentów. Nosicielami nadziei zaszczepionej w ludzkości,
chroniącej człowieka przed całkowitym zniszczeniem, byli pierwsi
rodzice z Protoewangelią w sercu; Kain ze swoim nietykalnym piętnem;
budowniczowie Wieży Babel ze swoim rozproszeniem; Noe ze swoją
arką; Sodoma i Gomora z wyzwolonym Lotem; Naród Wybrany ze swoimi
prorokami i resztą Izraela; Kościół ze swoimi świadkami (aż po
męczeństwo), a także pokolenie apokaliptycznej Niewiasty.
3.
Nowa ewangelizacja odpowiedzią daną Europie chrześcijańskiej
wobec pokusy dechrystianizacji
Nadzieja we
współczesnej Europie zdaje się silniejsza aniżeli bardzo dotkliwy
i dokuczliwy dramat sekularyzacji. Stąd Ojciec Święty nie wzywa do
jakiejś krucjaty przeciw procesom dechrystianizacji, ale do
obudzenia w sobie nadziei pokładanej w Chrystusie, który jest
jedyną nadzieją człowieka, chrześcijanina, Europy i świata.
Ewangelia nadziei
wydaje się drogą autentycznej troski Kościoła w Europie i
wobec Europy. Być nosicielem, głosicielem, świadkiem celebrującym i
sługą Ewangelię nadziei to zasadnicze przesłanie dla Europy w
rozpoczętym tysiącleciu. Również nie co innego, jak Ewangelia
nadziei jest propozycją Kościoła dla nieuchronnie zmieniającego się
oblicza starej Europy.
Chrześcijaństwo
dzisiaj stoi przed zadaniem wewnętrznej odnowy ducha Europy nie
przez jakąś nową falę chrztu państw czy narodów, jak to miało
miejsce w dobie ewangelizacji i chrystianizacji, ale poprzez
wszczepienie w jej przeobrażające się oblicze nadziei zakorzenionej w
Chrystusie. To niejako powrót współczesnego chrześcijaństwa
do pierwotnej roli, jaką odegrało ono w tworzeniu oblicza Europy,
poczynając od misji św. Pawła Apostoła poprzez misję apostołów Europy,
misjonarzy Europy, ojców Europy, budowniczych Europy, wychowawców
Europy, patronów Europy czy świadków i męczenników Europy. To oni
wszyscy razem wnosili w struktury historyczno-polityczne Kontynentu
europejskiego chrześcijańską nadzieję do tego stopnia, że Jezus
Chrystus na tym kontynencie stał się Obywatelem Europy.
Współcześnie
człowiek europejski – także ten ochrzczony – zabrnął zbyt daleko
od drogi swej natury, swego powołania i swego ostatecznego
przeznaczenia. I dlatego błądzi, a jeśli chodzi to stąpa po omacku, i
to najbardziej dzisiaj człowiek rani, lęka i gubi. Traci zatem przy
tym nadzieję.
Ewangelia nadziei
staje się dla współczesnego Kościoła postulatem nowej ewangelizacji.
Wobec wyzwań współczesności aktualny wydaje się
ciągle ten sam ewangelizacyjny postulat, wyrażony niegdyś przez św.
Pawła do umiłowanych uczniów Chrystusa w gminie w Efezie: „ ...
zaklinam was w Panu, abyście już nie postępowali tak jak postępują
poganie z ich próżnym myśleniem”[8].
Ten sformułowany od strony negatywnej wymiar postulatu nowej
ewangelizacji ponagla, by tak jak za czasów Apostoła Narodów i
dzisiaj nazwać po imieniu współczesne przejawy neopagaństwa w
chrześcijańskiej praktyce życia. Apostoł Paweł formułuje
również od strony pozytywnej postulat ewangelizacji: „Zachęcam
was [...] abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim
zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością znosząc
siebie nawzajem w miłości. [...] zostaliście wezwani do jednej nadziei,
jaka daje wasze powołanie”[9].
I dzisiaj pozytywnie
należy formułować apel nowej ewangelizacji. Nowa ewangelizacja
bowiem ponagla wszystkich chrześcijan Europy do powrotu
do źródeł chrześcijaństwa, powrotu do pierwotnych zaślubin
kontynentu z Ewangelią, powrotu Europy do chrześcijańskiej tożsamości,
powrotu do chrześcijańskich korzeni: „ [...] kieruję do ciebie,
stara Europo, wołanie pełne miłości: Odnajdź siebie samą! Bądź sobą!
Odkryj swe początki. Tchnij życie w swoje korzenie. Tchnij życie w te
autentyczne wartości, które sprawiły, ze twoje dzieje były pełne
chwały. A twoja obecność na innych kontynentach dobroczynna. Odbuduj
swoją jedność duchową w klimacie pełnego szacunku dla innych religii i
dla prawdziwych swobód [...]. Możesz jeszcze być latarnią cywilizacji i
bodźcem postępu dla świata. Inne kontynenty patrzą na ciebie i
spodziewają się po tobie tej samej odpowiedzi, jaką św. Jakub dał
Chrystusowi : <Mogę>”[10]
.
Ewangeliczna
diagnoza tyczy współczesnego głębokiego kryzysu Europy jako
rzeczywistości ziemskiej i ludzkiej stąd ustami Jana Pawła II Kościół
swoje dzieci napomina i poucza, by wskazać im drogę wyjścia
z kryzysu, który obejmuje „zarówno życie obywatelskie, jak i
religijne”[11].
Powrót do
pierwotnych zaślubin Europy z chrześcijaństwem to także propozycja
Kościoła dla uratowania jedności kontynentu europejskiego w innych
płaszczyznach aniżeli moralno-religijna. To stanowi również przedmiot
troski Kościoła. Troska Kościoła w tym względzie jest kontynuacją
troski Boga o pierwszego zagubionego człowieka w raju. Już tam Bóg nie
pozbawił błądzącego człowieka nadziei. Tą nadzieją wówczas stała
się Protoewangelia, a następnie pedagogia Boża do momentu, kiedy
Słowo stało się Ciałem, a więc kiedy preegzystujacy Syn Ojca
Przedwiecznego stał się proegzystującym Jezusem Chrystusem dla
człowieka. Dlatego „przeszedł przez ziemię wszystkim dobrze czyniąc” i
tego samego żąda od swoich uczniów, żyjących w świecie zarówno
duchownych jak i świeckich.
Dzisiaj
chrześcijanin w Europie ma ogromne zaniedbania moralno-religijne.
Jednak współczesny chrześcijanin w Europie – jak na żadnym innym
kontynencie – ma ogromne możliwości życia w pełni
chrześcijańskiego i Bożego oraz dawania świadectwa prawdziwości,
autentyczności i wiarygodności orędzia Chrystusa i samego
chrześcijaństwa.
Jan Paweł II w ciągu
swego pontyfikatu bardzo mocno i bardzo osobiście odczuwa z
jednej strony dramat postępującej sekularyzacji społeczeństw
europejskich, z drugiej natomiast czuje się
ponaglony nadzieją. Zauważa się u Ojca Świętego pewną metodę w
postępowaniu z procesami dechrystianizacji Europy, a mianowicie dramat
sekularyzującej się coraz bardziej Europy ma być widziany i poważnie
brany pod uwagę, natomiast przedmiotem prawdziwej, autentycznej
i wiarygodnej troski Kościoła o Europę ma być budzenie nadziei.
[1]
Por. EE:
Posynodalna Adhortacja Apostolska Ecclesia in Europa Ojca
św. Jana Pawła II do Biskupów, do Kapłanów i Diakonów, do Zakonników i
Zakonnic oraz do wszystkich Wiernych w Jezusie Chrystusie, który żyje w
Kościele jako źródło nadziei dla Europy”.
[2]
Por. Jan Paweł II, List Apostolski
Novo Millenio ineunte.
[3]
Stopka w L’Osservatore Romano 7-8 ( 2003 ) s. 3.
[4]
Por. Jan Paweł II, Przemówienie do młodzieży holenderskiej, Amersfoort,
1985r.
[6]
Prześladowanie jako atak na zewnętrzne przejawy życia chrześcijańskiego
działa mobilizująco, ponieważ jest obumieraniem, ale dla
żywotności i młodości samego chrześcijaństwa: „sanguis martyrorum semen
christianorum” krew męczenników nasieniem chrześcijaństwa). Akta
męczenników dawnych i współczesnych dowodzą bowiem, że „wiara i sposób
życia chrześcijan uznano za przeszkodę, dlatego zostali zamordowani”
[6].
Z kolei historia każdego z nich jest historia słabości i porażek. A
jednak „mimo swej obiektywnej słabości, okazali oni szczególną siłę
duchową i moralną: nie wyrzekli się wiary, własnych przekonań, służby
innym ludziom i Kościołowi, żeby ocalić własne życie i zapewnić sobie
przetrwanie. Wykazali wielka siłę nawet w sytuacjach ciągłego
zagrożenia i prześladowania. Tak było w całych dziejach
chrześcijaństwa. I nad tym chrześcijanie XXI wieku powinni się
zastanowić, aby zrozumieć, co jest <siłą> chrześcijaństwa
(A. Riccardi
, Stulecie męczenników. Świadkowie wiary w
XX wieku, Warszawa 2001, s. 15).
[7]
Jan Paweł II, Przemówienie do młodzieży holenderskiej, Amersfoort, 1985
r.
[10]
Jan Paweł II, Apel europejski, dz. cyt., 4.
[11]
Jan Paweł II, Apel europejski, jak wyżej, 3.
Powrót do strony
głównej
Archiwum