Mieczysław Kroker
Oświata, Kultura, Wychowanie
Mediokracja i inne schorzenia
NPW 11-12, 2004
Potęga mediów ożywia nadzieje społeczne w miarę, jak władza wypuszcza
cugle z rąk. To wydaje się rzeczą oczywistą. Marzeniem mas jest, by środki
przekazu były idealnie czyste, by nie nadużywały władzy, bo takową
posiadają, choć nieformalnie. Ideału próżno szukać, bo wszystko, co
ludzkie ma, swoje wady. Jeszcze jeden dezyderat społeczny adresowany do
tej czwartej, a może nawet pierwszej władzy dotyczy stopnia obdzielania
społeczeństwa łaskami i razami, jakie ma w swej dyspozycji prasa, a
jeszcze bardziej audiowizualne środki przekazu. I tu zaczynają się schody.
Najpierw pytanie: czy czytelnicy prasy, słuchacze śledzący wiadomości
radiowe i widzowie oglądający telewizję mają prawo do przekazów, które
pozostawią im jakąś małą enklawę na własny osąd? Czy media zmuszają swymi
programami jednych do brzydkiego psioczenia, drugich do frajdy, że ich na
wierzchu? Oczywiście te media, za które wszyscy po równo nie płacimy
abonamentu, teoretycznie mają prawo do takiej opcji, jaka im się podoba.
Tak więc np. TVN może wdeptywać w błoto każdego, kogo tylko chce, a
kryterium wyboru jest tu tak dowolne, iż szkoda jednego słowa, by z nim
polemizować. Z kolei programy publiczne takiej swobody nie mają. Owszem,
komentować wydarzenia mogą, ale stroić się w togę prokuratora czy adwokata
ewentualnie sędziego – to już inna sprawa. Tu trzeba by spytać, dlaczego
są po tej lub dlaczego po tamtej stronie? Słuchacz ma prawo do bezstronnej
relacji faktów, to przede wszystkim, bowiem media powinny porzucić metodę
PRL-u, polegającą na dozowaniu, a nie na dostarczaniu wiadomości. Wtedy
jednak wiadomo był, o co chodzi. Nikt się mediami nie przejmował albo też,
nawet gdy mówiły prawdę – myślano, że kłamią.
Sformułowanie dezyderatów pod adresem
mediów nie jest takie proste. Dobór programów, ludzi dopuszczonych do
głosu, preferencja jednych tematów, przemilczanie innych, zręczne
operowanie kamerą, by „ufryzować” obraz pod konstruowane treści – to
wszystko uchodzi uwadze widza, bowiem teraz z kolei ludzie mediom ufają.
Wydaje się zresztą, że niekiedy, bez względu na okoliczności, wiara w
słowo drukowane i płynące z odbiorników jest po prostu ludziom potrzebna.
Nawet w hitlerowskich Niemczech, nie mówiąc o krajach komunistycznych, dla
ludzi skądinąd może rozsądnych media stanowiły autorytet wręcz
niezachwiany. „Jak to, przecież nie można wątpić, bo podano w gazecie”.
Znamy takie odezwania. Jest nadto pewna, wcale niemała liczba osób, które
im gazeta bardziej szmatława, tym większy ma u nich popyt. Działa tu
trochę pogoń za sensacją, a trochę uciecha, że komuś dokopali. To, czy
stoi za tym prawda czy prymitywne szkalowanie, nikogo nie obchodzi.
Prymitywne audytorium tęskni za równym sobie prelegentem. Można
powiedzieć, że w końcu te rynsztokowe media były, są i będą, a więc nie ma
się co tym przejmować. Popyt na nie to w dodatku papierek lakmusowy
zdradzający poziom społeczeństwa, tak umysłowy, jak i moralny, nadto próg
kulturowy nie do przekroczenia. Pod tym względem społeczeństwo polskie z
małymi wyjątkami jest skrajnie schorowane.
Groźniejsze jest
operowanie pewnymi schematami, zarówno osobowymi, jak i treściowymi, które
z reguły pełnią dyżur i są kreowane na autorytety wręcz dogmatyczne. Od
takiego posługiwania się stereotypem prawdy i wiedzy na dany temat dalszy
krok prowadzi do zepchnięcia na margines serwisów informacyjnych i debat
każdego, kto mógłby – nawet powinien – przedstawić ową alteram partem
(druga stronę), konieczną w każdej uczciwej debacie, osądzie lub nawet
ocenie. Tutaj zwłaszcza telewizja (o gazetach nie mówię, bo nie płaci się
za nie abonamentu ani nikt ich nikomu ich do ręki nie wdusza) wystawia
wielu na ciężkie próby. Pozostawiam na boku kwestie polityczne, choć mnie
one obchodzą, ale nie decyduje tu kompetencja przepytywanego w TV
jegomościa, tylko aktualne układy. Najbardziej widoczne jest szachrajstwo
stosowane wobec spraw i tematów kościelnych. Tutaj zgodne są wszystkie
programy, zarówno publiczne, jak i komercyjne. Zasada doboru wypowiedzi
jest bardzo przejrzysta: pokazać Kościół nie taki, jaki jest on
faktycznie, ale jaki, zdaniem pewnych kół, być powinien. Dla przeciętnego
katolika, a może nawet trzeba by powiedzieć – obywatela, miarodajne jest
stanowisko episkopatu, bo w końcu tylko to gremium, odpowiedzialne za
Kościół, w tym przypadku w Polsce, może, wręcz powinno, wypowiadać się w
jego sprawie. Z tym co powie, można się nie zgodzić, ale wiadomo
przynajmniej, z czym się nie zgadzamy. Tymczasem rzecznik episkopatu
występuje teraz nader rzadko. Na ekranie pojawia się na ogół dwóch, czy
trzech, wciąż tych samych biskupów, co których nie należy się obawiać, że
powiedzą coś, co mogłoby się nie spodobać środowiskom linksliberałów.
Jeśli z ust biskupa pada słowo „fundamentalizm” jako zarzut wobec
biorących serio swój katolicyzm (w tym przypadku mam na myśli wywiad
udzielony pewnej „Gazecie” przez pewnego hierarchę, który nie od dziś
uważa, że schlebianie konkurencji bardziej się opłaca), to albo ja nie
rozumiem znaczenia tego słowa albo on nie wie, o czym mówi. To stałe
rozmazywanie ważnych treści, mącenie ludziom w głowach jest wielkim
zwycięstwem tych, którzy w pocie czoła pracują nad zmarginalizowaniem
Kościoła w Polsce, niekiedy z jego ośmieszeniem. Audiatur et altera
pars – ta słuszna ze wszech miar zasada, fundament obiektywizmu, nie
wchodzi tu w rachubę. W drugim szeregu „opiniotwórców” w sprawach Kościoła
znajdują się również stałe „autorytety”, zawsze przywoływane, przy czym
nikt nie martwi się tym, jak chude jest ich zaplecze społeczne. Ogólnie
rzecz biorąc, jest to środowisko „Tygodnika Powszechnego” i jego
satelitów. Ostatnio na przykład w sprawie śmiesznej i żałosnej z wielu
względów ponoć w ogóle nieistniejącego jaguara ks. Jankowskiego przywołano
taki zespół dyżurny w składzie: p. Nosowski, p. Gowin, ks. Boniecki i
oczywiście dyżurny basista w tej orkiestrze – biskup Pieronek. Inny grajek
w tym zespole, dominikanin Zięba, wystąpił w TVN 24. Było to dość zabawne,
bo przepytujący go spiker raczej nerwowo mu podpowiadał, by ojciec nie
wypadł z ram „kazionności”. Widać żurnalista niedoświadczony, bowiem
tamten gadał jak płyta gramofonowa. Oczywiście o ohydzie, jaką jest
różnica zdań między krytykami Miłosza i sposobu jego pochówku a tymi
„prawowiernymi”, którzy mu nie tylko miejsce na cmentarzu (w tym przypadku
w świątyni) oferują, ale bodaj i niebiańskie locum. Ojcu Ziębie nie
puszczały nerwy, jak to przytrafiło się w czasie pogrzebu p. Michnikowi,
który ni mniej, ni więcej miał powiedzieć o zmarłym w czasie swej
„homilii” pogrzebowej: „Całe jego życie było zmaganiem się z przekleństwem
XX wieku. Miał niezwykłe wyczucie gładkiej ściany Wschodu i polskich murów
Ciemnogrodu. Nie było pewnie polskiego pisarza, na którym polska
kołtuneria wszystkich barw politycznych pastwiłaby się równie okrutnie i
podle” (jeśli tekst niedokładnie oddaje wypowiedź, to wina „Naszego
Dziennika”, za którym cytuję). Minęły czasy legionistów, którzy na takich
pyskaczy jak p. M. mieli swoje sposoby odpowiadania chamstwem na chamstwo.
Michnik zresztą zawsze rzuca mięsem, kiedy nie ma argumentów rzeczowych.
Skąd my to znamy, my czytelnicy prasy partyjnej PRL-u? Z drugiej jednak
strony, kiedy sobie pomyślę, że słuchali tego pokornie ci najwyżej w
hierarchii stojący mieszkańcy ciemnogrodu, robi się przykro. Bo czyż owi
dostojni panowie nie wiedzą, że wszelkie umizgi do tych oświeconych, choć
nie jaśnie, rzekomych handlarzy rozumu nie zmienią faktu, iż dla nich
pozostaną oni i tak zawsze ciemnogrodem, z którego po cichu i po kielichu
śmieją się w kułak. Warto by może zapytać prostego parafianina, co on o
tym wszystkim sądzi? A może trzeba zdobyć się na odwagę, by wyjść na ulicę
i tam porozmawiać z prostym człowiekiem, o którym tak pięknie (to prawda)
pisał Miłosz? Nie można się dziwić, że ten prosty człowiek woli słuchać o.
Rydzyka, bo pomijając niedoskonałości jego samego i jego radia, to jednak
z tamtej strony idzie prawda namacalnie sprawdzalna, dlatego tak
przekonywająca, dlatego tak wściekle atakowana. Zamiast się tego bać,
trzeba pomyśleć, co jest lepsze: czy stale wisieć u klamki nie wiadomo
kogo, czy też jednoznacznie i bez karkołomnej akrobacji okrągłych, nic
nieznaczących frazesów głosić owo „głupstwo” w oczach tego świata, o
którym mówi św. Paweł? Nie można okazyjnie kłaniać się Belzebubowi tylko
dlatego, że ktoś krzykliwie narzuca taką modę. Chrystus wcale nie był
modny. Dlaczego starają się o to Jego autoryzowani słudzy, pozwalając w
swojej obecności obrzucać nie jakichś tam kilku, ale ogromną masę
wyznawców Tego, na którego i oni się powołują, ordynarnymi wyzwiskami,
które furor judaicus podpowiedział redaktorowi „Gazety Wyborczej”?
Z kim właściwie jest im po drodze? Chamstwo owego redaktora znane jest
nie od dzisiaj, ale jaki interes ma książę Kościoła czy mnich, który
lepiej pilnowałby chóru, w tym, by to chamstwo łykać i w dodatku chwalić
jego smak? To wszystko sprowadza na wielu ludzi smutek, dezorientację,
upadek ducha i rezygnację. Gdyby nie o. Rydzyk wierny lud czułby się
wykiwany przez własnych wodzów (nie przez wszystkich, rzecz jasna, ale
nawet jeśli przez bardzo niewielu, choćby nawet przez jednego, to i tak o
jednego za dużo). Przecież ludzi nie można uważać za durni. Oni dobrze
wiedzą, że bezdomnego pijaczka, który gdzieś tam zamarzł, kazano by
pochować na koszt gminy w zbiorowej mogile. Może proboszcz wysłałby
wikarego, by pokropił zwłoki. Ale u bardziej „kanonicznie” myślących
mogłoby to wywołać komentarz, czy należało tak zrobić? Te twarde zasady
dotyczące przyznawania lub odmowy przywilejów należących się laikowi od
Kościoła mają zastosowanie tylko wobec biednych. Bogaty, utytułowany,
często też utytłany, mający chody, takie czy inne, może sobie na to
gwizdać. To, co słyszałem z ust ojca Zięby, bardzo mnie zasmuciło. Ktoś
mnie pytał po tej wypowiedzi: a co ma o tym myśleć prostaczek, który
uwierzył w słowa: „Niech mowa wasza będzie tak, tak, nie, nie”? Co miałem
odpowiedzieć? Niech wierzy Ewangelii, a nie ojcu Ziębie. Czy każdy potrafi
odróżnić Ewangelię od jej głosiciela w białym czy innym habicie? Nie moja
to sprawa. Niech się o to martwi ktoś, kto bredniami zamula ludzkie
umysły, chowając się za placet kościelne.
Ilekroć Kościół w swojej
historii próbował się przypodobać diabłu, zawsze źle na tym wychodził. Owi
labusie z czasów Oświecenia, szastający nogami na parkietach salonów,
wzbudzali tylko pobłażliwy uśmiech. A im bardziej starali się przypodobać
wolnomyślicielom, tym większe budzili politowanie, w końcu nawet pogardę,
bo każdy kto czyni z siebie trefnisia na nic więcej nie zasługuje.
Ks.
Jankowski, którego nie jestem admiratorem, został po prostu oczerniony, bo
jak inaczej to nazwać? Najpierw molestowanie, potem jaguar, aluzje do
trwonienia pieniędzy... Słowem szukanie kija. Czy nikomu nie przyjdzie do
głowy pytanie, dlaczego ta cała heca? Dlaczego księdza oskarżanego o to
czy tamto pokazuje się w całej krasie przy ołtarzu, a wynaturzonego
mordercę z zasłoniętą twarzą? Nie o księdza tu chodzi, lecz o wartości,
jakie się za nim kojarzą. To je trzeba z ludzi wydrzeć i nad tym się
pracuje. Nie wiem, czy ks. Jankowski dobrze wydaje pieniądze, bo nie mam o
tym zielonego pojęcia. Piszące o nim media także tego nie wiedzą, ale
wiedzą, jak go oczernić. Draństwo polega na tym, że od tygodni oblewa się
człowieka pomyjami, nie mając żadnego argumentu popierającego te
oskarżenia. Jedynym sposobem, by zamknąć brukowe szczekaczki mogłoby być
dochodzenie swego w sądzie. Aliści więcej nie trzeba mówić, obserwując
dzisiejsze nasze sądownictwo. Cóż więc pozostaje? Niewiele, bo oszczercy
Boga się nie boją, ludzi się nie wstydzą. Schowali się za szyld, na
którym, przy powszechnym bezhołowiu, jest jeszcze ta pani z zawiązanymi
oczyma i z wagą w ręce. Tylko u nas przepaska na jej oczach jest na tyle
przeźroczysta, iż wie ona doskonale, ile komu można zaaplikować:
oberwańcowi za dwa kilo kiełbasy dwa lata lub więcej, aferzyście za
miliony dolarów, nic z powodu „znikomej szkodliwości czynu”. Politykowi
pomoże szpital i wybawi go z konieczności stawania przed sądem, siedzenia
za kratkami. Nierządem stoi ta Rzeczpospolita – tak jak ta pierwsza stała,
aż nie upadła. A cóż się dzieje, kiedy ktoś opluwa człowieka, niszczy jego
autorytet? Zależy kogo, zależy czyj? Jeden pójdzie za to samo siedzieć, za
co drugiemu pozwolą mieć biznes. Mętna to woda i łatwo w niej łowić ryby.
Tylko kto je może zjeść, tak by się nimi nie zatruć?
Proces niszczenia
Kościoła w Polsce jest zaprogramowany gdzie indziej i nie trzeba się
wysilać, przyjmując pozę proroka, by zapowiedzieć kolejne sensacje, które
pod pręgierzem postawią już nie płotki duchowne, ale autorytety
przeznaczone na odstrzał. Jeśli nasi consules wolą uprawiać
poklepywanie się publiczne z ferajną przygotowaną do wielkiego skoku na
ostatni bastion jeszcze stale żywotnego, aczkolwiek bardzo sponiewieranego
chrześcijaństwa, które mimo naszych licznych słabości i chyba tylko ze
zrządzenia Bożego jest naszym udziałem, to niech zapamiętają stare adagium:
et respice finem. Jeszcze nigdy w historii nie usprawiedliwiono
odpowiedzialnych za Kościół, którzy opuścili Go w biedzie. I chyba takiego
rozgrzeszenia nie ma, bo któż go udzieli? To nie na nas, poddanych władzy
wynikającej z uzyskanego posłannictwa, spada ten ciężar odpowiedzialności.
Nie obciąża on nawet redaktorów pism rzekomo katolickich (według winiety),
plotących niebotyczne głupstwa głosem pełnym fałszywego patosu.
Odpowiedzialni są ci, którzy stanowią formam gregis. W tym
przypadku żadne kabotyństwo nie może być bezkarne – nie dziś, to jutro.
Gorzkie to słowa, ale nawet ktoś najbardziej przywykły do kompromisu nie
potrafi zdobyć się na inne. Caveant consules – niech będą czujni
konsulowie. Czyli ci najważniejsi, i to nie z racji swego osobistego
autorytetu, ale z racji otrzymanego Daru, z którego przecież trzeba się
będzie rozliczyć.
Na świecie toczy się
wojna. Ludzie o tym nie wiedzą, ale to tu, to tam stale ponoszą ofiary. A
może i wiedzą, tylko boją się do tego przyznać? Jest to wojna także
przeciw wszystkiemu, co przypomina o Bogu. O Bogu w najogólniejszym
znaczeniu. Nie jest ważne, czy znakiem tej wiary jest chusta noszona przez
kobietę wyznającą Allacha, czy cudowny medalik lub szkaplerz, krzyż czy
jakikolwiek przedmiot przypominający Boga, Stwórcę wszechrzeczy i
Odkupiciela. Chodzi oto, by mu Boga nic nie przypominało.
To nowe wyznanie, którego
głosicielami jest wielu, także pośród nas, którzy na tyle już ugięli się
przed ewangelistami bezbożnego ładu, iż brak im śmiałości odwołania się do
Boga, chyba, że można to ubrać w bełkot frazesów nieszkodliwych dla
kapłanów nowej wiary śmierci Boga, a obezwładniających tych wszystkich,
którzy łakną światła Ewangelii bez dodatków odbierających jej moc boskiego
posłania. Pycha podpowiada łatwiznę, tak jak szatan podpowiadał
Chrystusowi w czasie kuszenia na pustyni. Dziś historia powtarza się na
pustyni Posteuropy. Zapowiedziana przez jej heroldów era
postchrześcijaństwa nie musi się sprawdzić, ale podzwonne dla Europy to
fakt. Wyraża go sybarytyzm przedkładający trzy lub więcejkrotne wczasy nad
kołyskę. To są fakty, zatem ani czarnowidztwo, ani złośliwy komentarz
współczesności. U nas także kołyska powoli staje się muzealnym zabytkiem.
W takim razie i my idziemy w pochodzie schodzących ze sceny. Alarmują
statystyki. Niech lepiej one mówią zamiast naiwnego optymizmu. Caveant
consules – macie wiele do roboty. Oby nie zabrakło odwagi i jasnego
widzenia rzeczywistości! Nie potrzebuje ona upiększeń, ale diagnozy jej
choroby i skutecznego lekarstwa.
Powrót do strony
głównej
Archiwum
Powrót
do strony głównej NPW
|