|
|
ARCHIWUM |
Zbigniew P. Cieszkowski
Życie Religijne „Ewangelia nadziei” dla
współczesnej Europy
NPW 9-10, 2004Głoszenie Ewangelii dla Kościoła jest wyzwaniem w dwóch okolicznościach: ewangelizacja wobec nieznajomości Chrystusa oraz reewangelizacja wobec odrzucenia Chrystusa. W przypadku Europy, której „dusza ciągle pozostaje zaślubiona z chrześcijaństwem” [1] , mamy do czynienia z reewangelizacją. Wskazuje na to: proces sekularyzacyjny; procesy dechrystianizacyjne; odchodzenie od chrześcijańskich korzeni kontynentu; procesy integracyjne z pominięciem chrześcijańskiego dziedzictwa Europy. Jan Paweł II te procesy zamyka w diagnozie jaką, stawia w adhortacji Ecclesia in Europa, a mianowicie: „gasnąca nadzieja”. To, co wydarzyło się w Brukseli, jest kolejnym poważnym przykładem procesu gasnącej nadziei w Europie. Chrystus określił wyraźnie zakres i ramy posługi głoszenia, odpowiadając na pytania: Co głosić? Chrystus odpowiada: Dobrą Nowinę, czyli Ewangelię o zbawieniu, a nie złą nowinę o potępieniu. Komu głosić? Chrystus odpowiada: każdemu, bo „kto ma uszy, niechaj słucha”. Przed nikim nie można ukrywać prawd zbawczych. Jak głosić? Chrystus odpowiada: rzetelnie i odważnie. Nie wolno stosować dialektyki do Objawienia Bożego. Kiedy głosić? Chrystus odpowiada: zawsze i nieustannie. Chrystus określając wyraźne ramy i zakres głoszenia Ewangelii, jednocześnie wiele razy wskazuje na konieczność rozeznania pola ewangelizacyjnego dla posługi głoszenia Ewangelii. Polem ewangelizacyjnym dla naszego dzisiejszego przepowiadania jest szeroko pojęty świat, w którym przyszło nam żyć. Nadzieja to poważny temat. W dzisiejszym świecie temat
nadziei jest jednak w dużej mierze skażony ideologią. Zasięg tej
ideologii obejmują dwa obiegowe twierdzenia dotyczące nadziei:
„nadzieja matką głupich” oraz „nadzieja umiera ostatnia”. Skąd
tutaj ideologia? Dialektyczne w dzisiejszym podejściu do nadziei jest
to, iż słowem „nadzieja” można zamknąć ludzkie usta wówczas, kiedy
człowiek nie wie, co ma powiedzieć, a tym samym nie chce przyznać
się do ograniczoności, bądź też człowiek nie chce uznać tajemnicy
i ukorzyć przed nią swój rozum: wygodniej jest czasem czegoś nie
widzieć. Jednak to działa i pomaga na bardzo krótko. Dialektyczne
w podejściu do nadziei jest również to, kiedy człowiek nie chce czegoś
powiedzieć z racji utylitarystycznych, bo – jak sądzi – wygodniej jest
czasem kierować ludźmi, trzymając ich w błędnym mniemaniu. To również
wystarcza na bardzo krótko. Życie jednak w swoim realnym biegu
nieubłaganie idzie naprzód i na dłuższą metę na nic się zda
dialektyczna proteza „ukrywania prawdy, a tym samym trzymania kogoś w
strachu”, jak i proteza „niepoprawnego optymizmu działająca jak
narkotyk”. 1.
Obrazy beznadziei we współczesnym świecie
We współczesnym
postmodernistycznym świecie gołym okiem widać kryzys prawdy (w miejsce
jednej obiektywnej prawdy przychodzi wielość prawd); widać kryzys
dobra (można żyć bez zasad i być dobrym – oto przesłanie płynące ze
współczesnych seriali, które właśnie dzięki temu przesłaniu cieszą się
taką popularnością); widać kryzys wiary w Boga (postmodernizm wyklucza
jedną tradycję wiary i przed człowiekiem wierzącym na równi stawia jemu
właściwą drogę wyznaczoną przez Boga z innymi drogami jako
atrakcyjnymi, kuszącymi, a w rezultacie skłaniającymi nie do
schodzenia w głąb własnej wiary, ale do szukania ciągle czegoś
innego): Spochmurniało nam
niebo początku tysiąclecia. Kultura i cała rzeczywistość nasączona
została czymś, co nazwano postmodernizmem [...] sprzeciwy postmoderny
skierowane przeciwko wszystkiemu co uporządkowane, posiew nicości i
delektowanie się zepsuciem, znaczą nasz czas dotkliwie. Pustka ziejąca
z głębi kultury i zamieszkująca coraz bardziej nonszalancko ludzkie
serca [...] Sukcesy świętuje duch przewrotności, domagający się
królowania miernoty i bezguścia. Nowo kreujące się medialne autorytety
typu krzykliwych piosenkarzy, dziennikarzy czy sportowców rzadko
proponują sensowną wizję świata, natomiast szalone zmiany stały się
synonimem dynamizmu i namiastki życia. Na to wszystko nałożył się
wrześniowy dramat, gdzie w upadających drapaczach chmur, tej
bliźniaczej amerykańskiej dumie, runęły podstawy zaufania do
społecznych i politycznych środków bezpieczeństwa. Człowiek poczuł się
bezbronny, bezradny wobec uderzającego go znienacka zła. Okrucieństwo
tego dnia objawiło, jak bardzo skutecznie można zorganizować się
przeciw człowiekowi [2] .
Brak nadziei jest jakby smutną
koniecznością nowych, szalonych czasów. Wielu na to nie chce się
zgodzić, szukając dróg wyjścia z tej beznadziei. Jednak większość
ludzi – jak się wydaje – albo się przystosowuje, albo się po
prostu w tym wszystkim gubi coraz bardziej. I to wszystko na naszych
oczach, zarówno z wszystkimi metrykami kościelnymi, jak i z coraz
bardziej rozbudowanymi strukturami duszpasterskimi. A może pomimo tego,
bo i ten kryzys jakoś i nas, ludzi Kościoła, dotyka i przed nami stawia
wyzwanie: albo się dostosować, albo się dać wciągnąć w ten wir, albo
szukać dróg wyjścia. Rozwiązaniem kryzysu nadziei nie jest próba
ominięcia problemu choćby stwierdzeniem: „róbmy swoje”, bo to czasem w
rzeczywistości okazuje się „róbta co chceta”. Rozwiązaniem nie jest
próba, że wszystko jest pod kontrolą, bo w rzeczywistości może to
oznaczać naiwną wiarę , że „jakoś to będzie”. To nie tak. Nie będzie
„jakoś”, będzie po prostu „źle” przy takim podejściu i przy takim
myśleniu. To, co się wokół nas dzieje, nie jest czymś
przejściowym. To jest jednak dokładnie zaprogramowany system, który we
współczesnej literaturze socjologicznej nosi nazwę: „Dżihad”
(niekoniecznie w odniesieniu do islamu) i „McŚwiat” (proces
amerykanizacji i donaldyzacji świata) [3] .
Wewnętrzny kryzys nadziei ma swoje wyraźnie współczesne objawy. Następnym objawem kryzysu nadziei jest dzisiaj wątpienie: „człowiek przestaje ufać wszystkiemu i wszystkim”, czego następstwem jest kryzys autorytetu; poczynając od kryzysu autorytetu nauki po kryzys autorytetu Kościoła [4] . Wątpienie w naszym świecie narasta od dawna, głównie od czasów Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, której dziećmi są naturalizm, libertynizm, nazizm, komunizm, a ostatnio konsumpcjonizm i nihilizm [5] . U podstaw wątpienia leży skorodowana nadzieja. Wątpienie zamyka w umieraniu każdy rodzący się dzień. Dla wątpienia nie ma narodzin, nie ma radości początku. Wątpienie jest wielką rezygnacją z życia, a nawet celebrowaniem śmierci. Wątpiący wegetuje jak potępiony, a potępienie staje się dominującą postawą: co jest jeszcze do zakwestionowania, co jest jeszcze do potępienia? Innym objawem kryzysu nadziei jest negacja wszystkiego co jest, co żyje, co pragnie żyć. Wątpienie rozrasta się w bukiet podejrzliwości, malkontenctwa, nostalgii za nieobecnym, niszczenia, podkopywania, odzierania z piękna. Czyż nie można zarzucić współczesnej kulturze, że nieustannie odziera człowieka z piękna? Sztuka, zwłaszcza ta wiązana ze schorowaną absurdalną twórczością, swoiście pretenduje do kategorii „piękna": zobacz, jak człowiek jest ohydny; zobacz, jak jest przerażający. Pytam więc, czy jest jeszcze coś, co można zohydzić? A łudzono się, że pożegnaliśmy bezpowrotnie epokę barbarzyńców. Oprócz pustki i wątpienia mamy do czynienia z nasyceniem duchowej atmosfery paraliżującym lękiem. Eskalacja lęku doprowadza do zamykania, chronienia siebie, izolowania. Człowiek pozamykany, ukryty za płotami, unikający spotkań, czuwający, by nie został zaatakowany czy zraniony przez napierających „agresorów", wycofuje się coraz bardziej w krainę bez miłości. Współczesności doskwiera również
coś, co można by nazwać kryzysem przyszłości [6] . Staje się ona nie tylko coraz bardziej
apokaliptyczna, ale dla wielu po prostu jej nie ma. Tacy żyją odwróceni
od życia i od siebie. Stracili zaufanie do rzeczywistości, do historii,
utracili jakiekolwiek punkty odniesień. Miejsce przyszłości zajęła
rzeczywistość alternatywna, wirtualna, pełna cyborgów, androidów czy
supermanów.
Do duchowych obszarów objawu kryzysu nadziei należy złudna nadzieja ludzka: człowiek chce być zdrowy, młody, piękny i bogaty. Jeśli tego realnie nie jest w stanie osiągnąć, to szuka namiastek: młodości (luz, ludyczność, spontaniczność), zdrowia, piękna (powabności), bogactwa (blichtr, szmira, kicz, szpan). Złudna nadzieja ludzka dotyka także chrześcijan, co wyraża złudna nadzieja chrześcijańska: „człowiek nie pragnie Boga, ale jednocześnie chce się Bogiem posłużyć” (Bóg jest człowiekowi potrzebny, ale czasem tylko w sensie przydatności). To samo tyczy wielu środowisk i grup samego Kościoła (zadowolenie jedynie szukaniem Boga, bez podejmowania zobowiązań wynikających z konieczności poznania Boga, pokochania Go i zjednoczenia z Nim). Sekty są namiastką zaspokojenia posługiwania się Bogiem: „Bóg i Objawienie Boże na usługach człowieka”. Człowiek potrzebuje nadziei do
życia i do wiary. Nadzieja jednak nie jest dobrem samym w sobie, ale
wiąże się z dobrem innym, ostatecznym, a mianowicie z Bogiem. Od
jakości obrazu Boga w człowieku zależy, czy człowiek przylgnie do Boga
czy też od Niego odchodzi. Nie da się zrozumieć nadziei bez
sprawiedliwości Bożej i bez miłosierdzia Bożego. Jeden Bóg wie, ilu
ludzi trwa przy Bogu z lęku przed rozpaczą, ale także jeden Bóg wie,
ilu ludzi odeszło od Boga z powodu Jego bezwzględności. Dzisiaj
człowieka nie przeraża bezwzględność Boga, dzisiaj bardziej człowieka
rozbestwia nadmierna ufność w miłosierdzie, Boże rozumiane nie jako
łaska, ale jako Boża pobłażliwość.
Ojciec Święty Jan Paweł II wzywa Kościół do zakorzenienia ludzkiej nadziei w Bogu, który stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie: „Chrystus nadzieją człowieka i świata”. 2.
Głoszenie Ewangelii nadziei Nadzieja wywodzi się z
całkowitego otwarcia człowieka. Głoszenie Ewangelii nadziei swoje
wsparcie ma w nadprzyrodzonym umocnieniu z Nieba, czyli w obietnicy
Ducha Świętego jako najwspanialszego daru dla Kościoła, któremu
to Kościołowi Chrystus zlecił mandat głoszenia zbawienia. 2.1. Możliwość
głoszenia Ewangelii nadziei W głoszeniu Ewangelii nadziei chodzi
przede wszystkim o dostrzeganie realnej możliwość wyjścia
człowieka z ograniczeń niedoskonałości ku nieskończoności.
Ponieważ człowiek jest niedoskonały, może stawać się większy od siebie,
może wzrastać. Tej zdolności przekraczania siebie nie ma końca. Ta
otwartość sprawia, że człowiek posiada niewyczerpany i nieogarnięty
wymiar swego jestem, które zakorzenia coraz bardziej w samym Bogu:
„Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty”, [7] poprzez przynależność do Boga (por. świętość
ontyczna) i poprzez upodobnienie się do Boga (por. świętość moralna).
Tajemnicę niedoskonałości człowieka Bóg uczynił w swoim zbawczym
planie możliwością nieogarnionego sposobu życia, czyli
nieskończenie otwartego i otwierającego się na życie w Bogu. Dotyczy to
zwłaszcza życia samego Boga, pragnienia zbawienia i pragnienia życia.
Tych pragnień w mniejszym lub większym stopniu świadomy jest
każdy człowiek. Na tym tle możemy osadzić nadzieję, która jawi się jako
zaproszenie do udziału ograniczonego człowieka w nieskończoności
Boskiego życia, do przemierzania wielkości Boga: „zdołali ogarnąć
duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość” [8] . 2. 2. Konieczność głoszenia Ewangelii nadziei
Nadzieja ufa Bogu, a nie ludziom.
Prorok Jeremiasz, który otarł się o mroki beznadziei, bezbronności i
bezradności, powie wprost: przeklęty mąż, który ufa człowiekowi, ale
błogosławiony człowiek, który ufa Panu.
Nadzieja rodzi się w nocy bezradności, bezbronności i bezsilności ludzkiej. Noc jest właściwa dla narodzin ufności: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” – napisze Apostoł Paweł po doświadczeniach zmagania się ze sobą i z pogodzeniem się z nieuchronnością tajemniczego ościenia. Św. Paweł wie o pewnej tajemnicy: „ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” [9] . Dlatego własna słabość go nie obezwładnia, ale wydobywa zeń duchowy wymiar mocy: „w słabości moc się doskonali” [10] . Jeden z duchowych mistrzów powie: „Bóg stwarzając noc, stworzył coś najpiękniejszego, gdyż w jej przemożnym wpływie wszystko może powrócić do Stwórcy. Powierzając się nocy, zasypiając, stworzenie jednocześnie powraca do Boga. I budzi się odnowione, odmłodzone, słowem - pełne nadziei. Jest to tajemnica każdego brzasku. Dlatego też noc jest symbolem ojcowskiego, opatrznościowego ogarnięcia, miarowego - zgodnie z cyklem dni i nocy - ponownego zbierania przez Boga, który pozwala stworzeniu odpocząć. Bóg pragnie, by człowiek odpoczął. Sam, po dziele stworzenia, odpoczął; również Jego Syn, po ostatnim, przerażającym dniu na ziemi, powierzył Ojcu wszystko, co straszne i przegrane. W taki właśnie sposób nadzieja powierza wszystko Bogu” [11] . Wielu socjologów religii wskazuje na symptomy nocy Kościoła i ewangelizacji. Jedni mówią o „nocy” Kościoła, inni natomiast tylko o „zmierzchu”. Wielu ludzi tego rodzaju wizje przerażają do tego stopnia, iż wątpią w jakąkolwiek jeszcze rolę Kościoła we współczesnym świecie, postrzegając Kościół jaką „skorodowaną łódź”. Na koniec tysiąclecia chrześcijaństwa stawiają pytanie: „Czy ta łódź skorodowana jeszcze kiedyś wypłynie, a jeśli nawet, to czy warto na nią wsiadać?” (Messori do Jana Pawła II). Nadzieja jest zdolnością przywracania życia, szczególnie tego, które się tli pod ciężarem dni. Nadziei należy się powierzyć i nie mieć innych „podpórek". Jeżeli ktoś bardziej ufa sobie niż Bogu, wprowadza wielkie zamieszanie w swoje życie, jak i w życie innych ludzi, przez co niepotrzebnie wzbudza doświadczenie lęku. Nadzieja zawierzenia natomiast nosi głęboki spokój, że historia należy do Boga i do Boga jako Sędziego żywych i umarłych należy ostatnie słowo. Nadzieja ma jeszcze jeden wymiar, może ten najbardziej potrzebny. Jest ona – według Paula Tillicha - męstwem bycia pośród trudności, ucisku. Już św. Jan Apostoł pisząc Apokalipsę sam był świadom poniesionego trudu wprost mówiąc o sobie: „wasz brat i współuczestnik w ucisku i królestwie” [12] . Ucisk ma pewne zadanie: objawia nam naszą słabość, niemoc. Ucisk jest potrzebny dla odnowy nadziei, właśnie dlatego, że człowiek nie spodziewa się już znikąd ratunku poza Bogiem. Apostoł Narodów zachęca: „Weselcie się nadzieją! W ucisku bądźcie cierpliwi” [13] . Ucisk kształtuje, radykalnie oczyszcza oczekiwanie oraz hartuje ducha odważnego. Nadzieja otwiera drzwi niebios. Gdy człowiek czegoś oczekuje, a zwłaszcza gdy miłuje, to samo oczekiwanie może nadać sens jego życiu. Życie wielu ludzi pokazuje moc takiego świadectwa. Chrześcijaństwo jest religią obietnicy, oczekiwanie jest najbardziej upragnioną postawą: chrześcijanin człowiekiem adwentu. Obietnica kształtuje wyobraźnię religijną. Jedynie Chrystus przychodzący po nocach ciemnych, o brzasku poranka nowego świata zapala jedyne światło, nadzieję ostatecznego spełnienia. Po zmartwychwstaniu o poranku, zanim Piotra zapytał o miłość, najpierw zadał załamanym uczniom pytanie: „Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia?” I polecił im zarzucić sieć. Podobnie Jan Paweł II w Roku Jubileuszowym, spotykając się z młodzieżą nad Jeziorem Galilejskim, zachęcał ich, by „wypłynąwszy na głębię”, stawali się „stróżami poranka” jako epoki nowej nadziei. Współczesność Kościoła w Europie jako pola ewangelizacyjnego dla nadziei widziana oczyma Apokalipsy, to nade wszystko Chrystus wywyższony, który jest nie tylko „Obywatelem Europy” w jej chrześcijańskich korzeniach, ale przede wszystkim „nadzieją Europy” jako podstawa i gwarancja nadejścia królestwa Bożego na ziemi, od świadectwa słowem i czynem aż po oddanie życia [14] . Przyszłość Kościoła w Europie jako punkt wyjścia dla głoszenia Ewangelii nadziei widziana oczyma Apokalipsy to tęsknota Kościoła oparta o definitywny koniec bezprawia i koniec Szatana, a tym samym definitywny koniec wszelkich cierpień i prześladowań poprzez nieuchronność nadejścia sądu Bożego. Głoszenie Ewangelii nadziei domaga się stanowczości i zdecydowania w walce z Szatanem w wymiarze indywidualnym, jak i strukturalnym, co z kolei jest możliwe jedynie w pokornym poddaniu się mocy Chrystusa i jednoczesnym rezygnowaniu z wszelkich przejawów buńczuczności wobec przebiegłości i chytrości szatańskiej. Teologia życia wewnętrznego wskazuje kierunek ostrożności wobec pokus i nieustannej pracy nad sobą w coraz ściślejszym jednoczeniu się chrześcijanina jako „latorośli” z Chrystusem jako „winnym krzewem”. Głoszenie Ewangelii nadziei domaga się jasnej świadomości roli Kościoła w zbawczym dziele: „zbawienie w Kościele i przez Kościół”, co staje się możliwe w pokornym nasłuchiwaniu głosu Chrystusa i w nieustannym poddawaniu się Jego zbawczej woli, przy jednoczesnym rezygnowaniu z nadmiernego tworzenia struktur organizowania Kościoła na modłę świata (Kościół jako instytucja), a także unikania przez Kościół układania się ze światem. Krótko mówiąc, w głoszeniu Ewangelii nadziei chodzi dzisiaj o to, by myślenie kategoriami świata (psycho-socjologicznymi) zastąpić myśleniem kategoriami ewangelicznymi czyli profetycznym oglądem rzeczywistości. W efekcie profetyczna ma być nasza chrześcijańska modlitwa, profetyczne nasze chrześcijańskie rozeznanie i nasze chrześcijańskie zaangażowanie „dla nadziei świata”. [1] Jan
Paweł II, Apel europejski, Santiago de Compostela, listopad
1982 r.
[2] Zawada
M., Nadzieja w czasach trwogi.
[3] Por.
Barber B.R., Dżihad contra McŚwiat, Warszawa 2004.
[4] Por.
Kaufmann F.X., Czy chrześcijaństwo przetrwa?, Kraków 2004.
[5] Wątpienie
w Boga, w człowieka, w darowany czas, zatapia te obszary, gdzie
człowiek uczył się myśleć, kochać i żyć. Może najbardziej wątpienie
ogarnęło właśnie myślenie, miłowanie i chęć życia ( Por. Zawada,
dzy. cyt.
[6] Staje
się ona nie tylko coraz bardziej apokaliptyczna, ale dla wielu po
prostu jej nie ma. Tacy żyją odwróceni od życia i od siebie. Stracili
zaufanie do rzeczywistości, do historii, utracili jakiekolwiek punkty
odniesień. Miejsce przyszłości zajęła rzeczywistość alternatywna,
wirtualna, pełna cyborgów, androidów czy supermanów – por. Zawada, dz.
cyt.
[7] Wj
19, 2.
[8] Ef
3, 18.
[9] 2
Kor 12, 1o.
[10] Por.
Prefacja o Męczennikach.
[11] Por.
Zawada, dz. cyt.
[12] Ap
1, 19.
[13] Por.
Rz 12, 12.
[14] Por.
Jan Paweł II, Homilia w czasie Nabożeństwa ku czci Pięciu Braci Męczenników
Polskich, Gorzów Wlkp.1997.
|
|