ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Zbigniew P. Cieszkowski

Życie Religijne

„Ewangelia nadziei” dla współczesnej  Europy

NPW 9-10, 2004


Głoszenie Ewangelii dla Kościoła jest wyzwaniem w dwóch okolicznościach: ewangelizacja wobec nieznajomości Chrystusa oraz reewangelizacja wobec odrzucenia Chrystusa.

W przypadku Europy, której „dusza ciągle pozostaje zaślubiona z chrześcijaństwem” [1] , mamy do czynienia z reewangelizacją. Wskazuje na to: proces sekularyzacyjny; procesy dechrystianizacyjne; odchodzenie od chrześcijańskich korzeni kontynentu; procesy integracyjne z pominięciem chrześcijańskiego dziedzictwa Europy. Jan Paweł II te procesy zamyka w diagnozie jaką, stawia w adhortacji Ecclesia in Europa, a mianowicie: „gasnąca nadzieja”. To, co wydarzyło się w Brukseli, jest  kolejnym poważnym przykładem procesu gasnącej nadziei w Europie.

Chrystus określił wyraźnie zakres i ramy posługi głoszenia, odpowiadając na pytania: Co głosić?  Chrystus odpowiada: Dobrą Nowinę, czyli Ewangelię o zbawieniu, a nie złą nowinę o potępieniu. Komu głosić? Chrystus odpowiada: każdemu, bo „kto ma uszy, niechaj słucha”. Przed nikim nie można ukrywać prawd zbawczych. Jak głosić? Chrystus odpowiada: rzetelnie i odważnie. Nie wolno stosować dialektyki do Objawienia Bożego. Kiedy głosić? Chrystus odpowiada: zawsze i nieustannie. Chrystus określając wyraźne ramy i zakres  głoszenia Ewangelii, jednocześnie wiele razy wskazuje na konieczność rozeznania pola ewangelizacyjnego dla posługi głoszenia Ewangelii. Polem ewangelizacyjnym dla naszego dzisiejszego przepowiadania jest szeroko pojęty świat, w którym przyszło nam żyć.           

Nadzieja  to poważny temat.

Ciągły niepokój na świecie.
Wojny i wojny bez końca.
Jakże niepewna jest ziemia,
lękiem i gniewem drgająca.
 
Ciągły niepokój w człowieku,
Ucieczka w hałas, zabawy.
Szukamy wciąż nowych wrażeń ,
lecz w głębi serca pokoju pragniemy.

W dzisiejszym  świecie temat nadziei jest jednak w dużej mierze skażony ideologią. Zasięg tej ideologii obejmują dwa obiegowe twierdzenia dotyczące nadziei: „nadzieja matką głupich” oraz „nadzieja umiera ostatnia”.  Skąd tutaj ideologia? Dialektyczne w dzisiejszym podejściu do nadziei jest to, iż słowem „nadzieja” można zamknąć ludzkie usta wówczas, kiedy człowiek  nie wie, co ma powiedzieć, a tym samym nie chce przyznać się do ograniczoności, bądź też  człowiek nie chce uznać tajemnicy i ukorzyć przed nią swój rozum: wygodniej jest czasem czegoś nie widzieć. Jednak to działa i pomaga na bardzo krótko. Dialektyczne  w podejściu do nadziei jest również to, kiedy człowiek nie chce czegoś powiedzieć z racji utylitarystycznych, bo – jak sądzi – wygodniej jest czasem kierować ludźmi, trzymając ich w błędnym mniemaniu. To również wystarcza na bardzo krótko. Życie jednak w swoim realnym biegu nieubłaganie idzie naprzód i na dłuższą metę na nic się zda dialektyczna proteza „ukrywania prawdy, a tym samym trzymania kogoś w strachu”, jak i proteza „niepoprawnego optymizmu działająca jak narkotyk”.

Nadzieja wspiera się na realizmie, czyli nie ma nadziei bez prawdy, nie ma nadziei bez dobra, nie ma nadziei bez Boga. Bez takiego odniesienia prędzej czy później człowiek przeżywa poważny życiowy kryzys zarówno w dostatku, jak i w biedzie; w zdrowiu czy w chorobie; w dobrej czy złej doli.

1. Obrazy beznadziei we współczesnym świecie i we współczesnym Kościele

We współczesnym postmodernistycznym świecie gołym okiem widać kryzys prawdy (w miejsce jednej obiektywnej prawdy przychodzi wielość prawd);  widać kryzys dobra (można żyć bez zasad i być dobrym – oto przesłanie płynące ze współczesnych seriali, które właśnie dzięki temu przesłaniu cieszą się taką popularnością); widać kryzys wiary w Boga (postmodernizm wyklucza jedną tradycję wiary i przed człowiekiem wierzącym na równi stawia jemu właściwą drogę wyznaczoną przez Boga z innymi drogami jako atrakcyjnymi, kuszącymi,  a w rezultacie skłaniającymi nie do schodzenia  w głąb własnej wiary, ale do szukania ciągle czegoś innego):

Spochmurniało nam niebo początku tysiąclecia. Kultura i cała rzeczywistość nasączona została czymś, co nazwano postmodernizmem [...] sprzeciwy postmoderny skierowane przeciwko wszystkiemu co uporządkowane, posiew nicości i delektowanie się zepsuciem, znaczą nasz czas dotkliwie. Pustka ziejąca z głębi kultury i zamieszkująca coraz bardziej nonszalancko ludzkie serca [...] Sukcesy świętuje duch przewrotności, domagający się królowania miernoty i bezguścia. Nowo kreujące się medialne autorytety typu krzykliwych piosenkarzy, dziennikarzy czy sportowców rzadko proponują sensowną wizję świata, natomiast szalone zmiany stały się synonimem dynamizmu i namiastki życia. Na to wszystko nałożył się wrześniowy dramat, gdzie w upadających drapaczach chmur, tej bliźniaczej amerykańskiej dumie, runęły podstawy zaufania do społecznych i politycznych środków bezpieczeństwa. Człowiek poczuł się bezbronny, bezradny wobec uderzającego go znienacka zła. Okrucieństwo tego dnia objawiło, jak bardzo skutecznie można zorganizować się przeciw człowiekowi [2] .

Brak nadziei jest jakby smutną koniecznością nowych, szalonych czasów. Wielu na to nie chce się zgodzić, szukając dróg wyjścia z tej beznadziei. Jednak większość ludzi  – jak się wydaje – albo się przystosowuje, albo się po prostu w tym wszystkim gubi coraz bardziej. I to wszystko na naszych oczach, zarówno z wszystkimi metrykami kościelnymi, jak i z coraz bardziej rozbudowanymi strukturami duszpasterskimi. A może pomimo tego, bo i ten kryzys jakoś i nas, ludzi Kościoła, dotyka i przed nami stawia wyzwanie: albo się dostosować, albo się dać wciągnąć w ten wir, albo szukać dróg wyjścia. Rozwiązaniem kryzysu nadziei nie jest próba ominięcia problemu choćby stwierdzeniem: „róbmy swoje”, bo to czasem w rzeczywistości okazuje się „róbta co chceta”. Rozwiązaniem nie jest próba, że wszystko jest pod kontrolą, bo w rzeczywistości może to oznaczać naiwną wiarę , że „jakoś to będzie”. To nie tak. Nie będzie „jakoś”, będzie po prostu „źle” przy takim podejściu i przy takim myśleniu. To, co się wokół nas dzieje, nie jest czymś  przejściowym. To jest jednak dokładnie zaprogramowany system, który we współczesnej literaturze socjologicznej nosi nazwę: „Dżihad” (niekoniecznie w odniesieniu do islamu) i „McŚwiat” (proces amerykanizacji i donaldyzacji świata) [3] .

Wewnętrzny kryzys nadziei ma swoje wyraźnie współczesne  objawy. Kryzys nadziei objawia się  najpierw w wypłukaniu sensu życia czy nawet niemożności życia: „człowiek coraz bardziej traci  chęć i przekonanie do życia”. Jakże różnobarwna i złowieszcza jest współczesna pasja śmierci: od  cynizmu i nihilistycznego myślenia z jednej strony po aborcję i eutanazję z drugiej strony. Poczynając od spojrzeń, słów, okrutnych deklaracji, a kończąc na doskonalonych systemach zabijania. Trudno zrozumieć, dlaczego tak wielu zamienia swe serca w łagry, w komory gazowe, gdzie czyha na bliźniego niewola i śmierć. I dlaczego tak konsekwentnie zainteresowani są szerzeniem śmierci.

Następnym objawem kryzysu nadziei  jest dzisiaj  wątpienie: „człowiek przestaje ufać wszystkiemu i wszystkim”, czego następstwem jest kryzys autorytetu; poczynając od kryzysu autorytetu nauki po kryzys autorytetu Kościoła [4] . Wątpienie w naszym świecie narasta  od dawna, głównie od czasów Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, której dziećmi są naturalizm, libertynizm, nazizm, komunizm, a ostatnio konsumpcjonizm i nihilizm [5] . U podstaw wątpienia leży skorodowana nadzieja. Wątpienie zamyka w umieraniu każdy rodzący się dzień. Dla wątpienia nie ma narodzin, nie ma radości początku. Wątpienie jest wielką rezygnacją z życia, a nawet celebrowaniem śmierci. Wątpiący wegetuje jak potępiony, a potępienie staje się dominującą postawą: co jest jeszcze do zakwestionowania, co jest jeszcze do potępienia?

Innym objawem kryzysu nadziei jest negacja wszystkiego co jest, co żyje, co pragnie żyć. Wątpienie rozrasta się w bukiet podejrzliwości, malkontenctwa, nostalgii za nieobecnym, niszczenia, podkopywania, odzierania z piękna. Czyż nie można zarzucić współczesnej kulturze, że nieustannie odziera człowieka z piękna? Sztuka, zwłaszcza ta wiązana ze schorowaną absurdalną twórczością, swoiście pretenduje do kategorii „piękna": zobacz, jak człowiek jest ohydny; zobacz, jak jest przerażający. Pytam więc, czy jest jeszcze coś, co można zohydzić? A łudzono się, że pożegnaliśmy bezpowrotnie epokę barbarzyńców.

Oprócz pustki i wątpienia mamy do czynienia z nasyceniem duchowej atmosfery paraliżującym lękiem. Eskalacja lęku doprowadza do zamykania, chronienia siebie, izolowania. Człowiek pozamykany, ukryty za płotami, unikający spotkań, czuwający, by nie został zaatakowany czy zraniony przez napierających „agresorów", wycofuje się coraz bardziej w krainę bez miłości.

Współczesności doskwiera również coś, co można by nazwać kryzysem przyszłości [6] . Staje się ona nie tylko coraz bardziej apokaliptyczna, ale dla wielu po prostu jej nie ma. Tacy żyją odwróceni od życia i od siebie. Stracili zaufanie do rzeczywistości, do historii, utracili jakiekolwiek punkty odniesień. Miejsce przyszłości zajęła rzeczywistość alternatywna, wirtualna, pełna cyborgów, androidów czy supermanów.

Do duchowych obszarów objawu kryzysu nadziei  należy  złudna nadzieja ludzka: człowiek chce być zdrowy, młody, piękny i bogaty. Jeśli tego realnie nie jest w stanie osiągnąć, to szuka namiastek: młodości (luz, ludyczność, spontaniczność), zdrowia, piękna (powabności), bogactwa (blichtr, szmira, kicz, szpan).

Złudna nadzieja ludzka dotyka także chrześcijan, co wyraża złudna  nadzieja chrześcijańska: „człowiek nie pragnie Boga, ale jednocześnie chce się Bogiem posłużyć” (Bóg jest człowiekowi potrzebny, ale czasem tylko w sensie przydatności). To samo tyczy wielu środowisk i grup samego Kościoła (zadowolenie jedynie szukaniem Boga, bez podejmowania zobowiązań wynikających z konieczności poznania Boga, pokochania Go i zjednoczenia z Nim). Sekty są namiastką zaspokojenia posługiwania się Bogiem: „Bóg i Objawienie Boże na usługach człowieka”.
          
Człowiek potrzebuje nadziei do życia i do wiary. Nadzieja jednak nie jest dobrem samym w sobie, ale wiąże się z dobrem innym, ostatecznym, a mianowicie z Bogiem. Od jakości obrazu Boga w człowieku zależy, czy człowiek przylgnie do Boga czy też od Niego odchodzi. Nie da się zrozumieć nadziei bez sprawiedliwości Bożej i bez miłosierdzia Bożego. Jeden Bóg wie, ilu ludzi trwa przy Bogu z lęku przed rozpaczą, ale także jeden Bóg wie, ilu ludzi odeszło od Boga z powodu Jego bezwzględności. Dzisiaj człowieka nie przeraża bezwzględność Boga, dzisiaj bardziej człowieka rozbestwia nadmierna ufność w miłosierdzie, Boże rozumiane nie jako łaska, ale jako Boża pobłażliwość.
           
Ojciec Święty Jan Paweł II wzywa Kościół do zakorzenienia ludzkiej nadziei w Bogu, który stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie: „Chrystus nadzieją człowieka i świata”.

2. Głoszenie Ewangelii nadziei

Nadzieja jest szczególną siłą, której źródeł  nie należy szukać w tym świecie.

Nadzieja wywodzi się z  całkowitego  otwarcia człowieka. Głoszenie Ewangelii nadziei swoje wsparcie ma w nadprzyrodzonym umocnieniu z Nieba, czyli w obietnicy Ducha Świętego jako najwspanialszego daru dla Kościoła, któremu  to Kościołowi Chrystus zlecił mandat głoszenia zbawienia.

2.1. Możliwość głoszenia Ewangelii nadziei

W głoszeniu Ewangelii nadziei chodzi przede wszystkim o dostrzeganie realnej możliwość wyjścia  człowieka z ograniczeń  niedoskonałości ku nieskończoności. Ponieważ człowiek jest niedoskonały, może stawać się większy od siebie, może wzrastać. Tej zdolności przekraczania siebie nie ma końca. Ta otwartość sprawia, że człowiek posiada niewyczerpany i nieogarnięty wymiar swego jestem, które zakorzenia coraz bardziej w samym Bogu: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty”, [7] poprzez przynależność do Boga (por. świętość ontyczna) i poprzez upodobnienie się do Boga (por. świętość moralna). Tajemnicę niedoskonałości człowieka  Bóg uczynił w swoim zbawczym planie  możliwością nieogarnionego sposobu życia, czyli nieskończenie otwartego i otwierającego się na życie w Bogu. Dotyczy to zwłaszcza życia samego Boga, pragnienia zbawienia i pragnienia życia. Tych pragnień w mniejszym lub większym stopniu  świadomy jest każdy człowiek. Na tym tle możemy osadzić nadzieję, która jawi się jako zaproszenie do udziału ograniczonego człowieka  w nieskończoności Boskiego życia, do przemierzania wielkości Boga: „zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość” [8] .
W swej tajemnicy nadzieja jest posiadaniem Boga. Łatwo nam zrozumieć różnicę między widzeniem a posiadaniem. Aby posiadanie to było pełne, nadzieja musi być doskonała, a więc całkowicie otwarta i niejako nieskończenie pusta, by mogła przyjąć nieskończonego Boga. Nie dziwi zatem, że Chrystus ukazuje dziecko istotę samodzielnie totalnie bezbronną, ale bezgranicznie ufną jako przykład postawy człowieka wierzącego.

Wielkim niebezpieczeństwem dla nadprzyrodzonej nadziei są nasze małe i doczesne nadzieje. Jako karłowate i codzienne nadzieje rozpraszają nas i wprowadzają ciągłe zamieszanie. W głoszeniu Ewangelii nadziei, a także w rozeznawaniu pola ewangelizacyjnego, takimi małymi nadziejami wprowadzającymi niekiedy zamęt w posłannictwie zbawczym Kościoła są nadmierny socjologizm, nadmierny  psychologizm czy nadmierny historyzm. Nie chodzi o wykluczanie zdobyczy tych nauk, ale chodzi o właściwe ich ustawienie wobec wskazań i żądań, jakie stawia Objawienie Boże. Przeakcentowanie roli jakiejkolwiek z nauk w interpretacji Objawienia Bożego tworzy niewyobrażalny zamęt nie tylko w samym rozumieniu tego, co Duch mówi do Kościoła, ale także tworzy zamęt w pojmowaniu roli i posłannictwa Kościoła w świecie. Wielką nadzieję zakorzenioną  w Objawieniu Bożym  należy oczyszczać z tych małych nadziei nierzadko w dużym stopniu zideologizowanej współczesnej nauki. Oczyszczając  wielką nadzieję  z małych doczesnych nadziei, nie dajemy się tym samym  uwodzić i oszukiwać, a z kolei  napełniamy sensem swoje serce, które „niespokojne jest, dopóki nie spocznie w Bogu” (Augustyn).

W nadprzyrodzonej nadziei człowiek znajduje  ochronę przed spustoszeniem bezsensu i zatopieniem  życia w materializmie, konsumpcjonizmie czy nihilizmie. W tych nurtach bowiem pogasły już wszystkie światła jakiejkolwiek nadziei. Nadzieja nadprzyrodzona uczy prawdziwej ekonomii. Nie można koncentrować się na kilkunastu czy kilkudziesięciu latach życia, nie interesując się, jak będzie wyglądać nasza wieczność. Proporcji nie ma żadnych: wiemy przecież doskonale, że to małe życie na ziemi jest niczym w porównaniu z chwałą nieba.

2. 2. Konieczność  głoszenia Ewangelii nadziei

Nadzieja ufa Bogu, a nie ludziom. Prorok Jeremiasz, który otarł się o mroki beznadziei, bezbronności i bezradności, powie wprost: przeklęty mąż, który ufa człowiekowi, ale błogosławiony człowiek, który ufa Panu.

Nadzieja rodzi się w nocy bezradności, bezbronności i bezsilności ludzkiej. Noc jest właściwa dla  narodzin ufności: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” – napisze  Apostoł Paweł po doświadczeniach zmagania się ze sobą i z pogodzeniem się z nieuchronnością tajemniczego ościenia. Św. Paweł wie o pewnej tajemnicy: „ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” [9] . Dlatego własna słabość go nie obezwładnia, ale wydobywa zeń duchowy wymiar mocy: „w słabości moc się doskonali” [10] . Jeden z duchowych mistrzów powie: „Bóg stwarzając noc, stworzył coś najpiękniejszego, gdyż w jej przemożnym wpływie wszystko może powrócić do Stwórcy. Powierzając się nocy, zasypiając, stworzenie jednocześnie powraca do Boga. I budzi się odnowione, odmłodzone, słowem - pełne nadziei. Jest to tajemnica każdego brzasku. Dlatego też noc jest symbolem ojcowskiego, opatrznościowego ogarnięcia, miarowego - zgodnie z cyklem dni i nocy - ponownego zbierania przez Boga, który pozwala stworzeniu odpocząć. Bóg pragnie, by człowiek odpoczął. Sam, po dziele stworzenia, odpoczął; również Jego Syn, po ostatnim, przerażającym dniu na ziemi, powierzył Ojcu wszystko, co straszne i przegrane. W taki właśnie sposób nadzieja powierza wszystko Bogu” [11] .

Wielu socjologów religii wskazuje na symptomy nocy Kościoła i ewangelizacji. Jedni mówią o „nocy” Kościoła, inni natomiast tylko o „zmierzchu”. Wielu ludzi tego rodzaju wizje przerażają do tego stopnia, iż wątpią w jakąkolwiek jeszcze rolę Kościoła we współczesnym świecie, postrzegając Kościół jaką „skorodowaną łódź”. Na koniec tysiąclecia chrześcijaństwa stawiają pytanie: „Czy ta łódź skorodowana jeszcze kiedyś wypłynie, a jeśli nawet, to czy warto na nią wsiadać?” (Messori do Jana Pawła II).

Nadzieja jest zdolnością przywracania życia, szczególnie tego, które się tli pod ciężarem dni. Nadziei należy się powierzyć i nie mieć innych „podpórek". Jeżeli ktoś bardziej ufa sobie niż Bogu, wprowadza wielkie zamieszanie w swoje życie, jak i w życie innych ludzi, przez co niepotrzebnie wzbudza doświadczenie lęku. Nadzieja zawierzenia natomiast nosi głęboki spokój, że historia należy do Boga i  do Boga jako Sędziego żywych i umarłych należy ostatnie słowo. 

Nadzieja ma jeszcze jeden wymiar, może ten najbardziej potrzebny. Jest ona – według Paula Tillicha -  męstwem bycia pośród trudności, ucisku. Już św. Jan Apostoł pisząc Apokalipsę  sam był świadom poniesionego trudu wprost mówiąc o sobie: „wasz brat i współuczestnik w ucisku i królestwie” [12] . Ucisk ma pewne zadanie: objawia nam naszą słabość, niemoc. Ucisk jest potrzebny dla odnowy nadziei, właśnie dlatego, że człowiek nie spodziewa się już znikąd ratunku poza Bogiem. Apostoł Narodów zachęca: „Weselcie się nadzieją! W ucisku bądźcie cierpliwi” [13] . Ucisk kształtuje, radykalnie oczyszcza oczekiwanie oraz hartuje ducha odważnego. Nadzieja otwiera drzwi niebios. Gdy człowiek czegoś oczekuje, a zwłaszcza gdy miłuje, to samo oczekiwanie może nadać sens jego życiu. Życie wielu ludzi pokazuje moc takiego świadectwa.

Chrześcijaństwo jest religią obietnicy, oczekiwanie jest najbardziej upragnioną postawą: chrześcijanin człowiekiem adwentu. Obietnica kształtuje wyobraźnię religijną. Jedynie Chrystus przychodzący po nocach ciemnych, o brzasku poranka nowego świata zapala jedyne światło, nadzieję ostatecznego spełnienia. Po zmartwychwstaniu o poranku, zanim Piotra zapytał o miłość, najpierw zadał załamanym uczniom pytanie: „Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia?” I polecił im zarzucić sieć. Podobnie Jan Paweł II w Roku Jubileuszowym, spotykając się z młodzieżą nad Jeziorem Galilejskim, zachęcał ich, by „wypłynąwszy na głębię”, stawali się „stróżami poranka” jako epoki nowej nadziei.

Współczesność Kościoła w Europie jako pola  ewangelizacyjnego dla nadziei widziana oczyma Apokalipsy, to nade wszystko Chrystus wywyższony, który jest nie tylko „Obywatelem Europy” w jej chrześcijańskich korzeniach, ale przede wszystkim „nadzieją Europy” jako podstawa i gwarancja nadejścia królestwa Bożego na ziemi, od świadectwa słowem i czynem aż po oddanie życia [14] .
           
Przyszłość Kościoła w Europie jako punkt wyjścia dla głoszenia Ewangelii nadziei  widziana oczyma Apokalipsy to tęsknota Kościoła oparta o definitywny koniec bezprawia i koniec Szatana, a tym samym definitywny koniec wszelkich cierpień i prześladowań poprzez nieuchronność nadejścia sądu Bożego.
           
Głoszenie Ewangelii nadziei domaga się stanowczości i zdecydowania w walce z Szatanem w wymiarze indywidualnym, jak i strukturalnym, co z kolei jest możliwe jedynie w pokornym poddaniu się mocy Chrystusa i jednoczesnym  rezygnowaniu z wszelkich przejawów buńczuczności wobec przebiegłości i chytrości szatańskiej. Teologia życia wewnętrznego wskazuje kierunek ostrożności wobec pokus i nieustannej pracy nad sobą w coraz ściślejszym jednoczeniu się chrześcijanina jako  „latorośli” z Chrystusem jako „winnym krzewem”.

Głoszenie Ewangelii nadziei domaga się jasnej świadomości roli Kościoła w zbawczym dziele: „zbawienie w Kościele i przez Kościół”, co staje się możliwe w pokornym nasłuchiwaniu głosu Chrystusa i w nieustannym poddawaniu się Jego zbawczej woli, przy jednoczesnym rezygnowaniu z nadmiernego tworzenia struktur organizowania Kościoła na modłę świata (Kościół jako instytucja), a także unikania  przez Kościół układania się ze światem. Krótko mówiąc, w głoszeniu Ewangelii nadziei chodzi dzisiaj o to, by myślenie kategoriami świata (psycho-socjologicznymi) zastąpić myśleniem kategoriami ewangelicznymi czyli profetycznym oglądem rzeczywistości. W efekcie profetyczna ma być nasza chrześcijańska modlitwa, profetyczne nasze chrześcijańskie rozeznanie i nasze chrześcijańskie zaangażowanie „dla nadziei świata”.
 

[1] Jan Paweł II, Apel europejski, Santiago de Compostela, listopad 1982 r.
[2] Zawada M., Nadzieja w czasach trwogi.
[3] Por. Barber B.R., Dżihad contra McŚwiat, Warszawa 2004.
[4] Por. Kaufmann F.X., Czy chrześcijaństwo przetrwa?,  Kraków 2004.
[5] Wątpienie w Boga, w człowieka, w darowany czas, zatapia te obszary, gdzie człowiek uczył się myśleć, kochać i żyć. Może najbardziej wątpienie ogarnęło właśnie myślenie, miłowanie i chęć życia ( Por. Zawada,  dzy. cyt.
[6] Staje się ona nie tylko coraz bardziej apokaliptyczna, ale dla wielu po prostu jej nie ma. Tacy żyją odwróceni od życia i od siebie. Stracili zaufanie do rzeczywistości, do historii, utracili jakiekolwiek punkty odniesień. Miejsce przyszłości zajęła rzeczywistość alternatywna, wirtualna, pełna cyborgów, androidów czy supermanów – por. Zawada, dz. cyt.
[7] Wj 19, 2.
[8] Ef 3, 18.
[9] 2 Kor 12, 1o.
[10] Por. Prefacja o Męczennikach.
[11] Por. Zawada, dz. cyt.
[12] Ap 1, 19.
[13] Por. Rz 12, 12.
[14] Por. Jan Paweł II, Homilia w czasie Nabożeństwa ku czci Pięciu Braci Męczenników Polskich, Gorzów Wlkp.1997.


Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW