ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Paweł Fąk

Polityka i Strategia

Historia przyszłości

NPW 9-10, 2004


Dobiegły końca tegoroczne jubileuszowe obchody 60. rocznicy Powstania Warszawskiego. Opadły emocje i ucichły fanfary, a zatem czas na refleksje i wnioski. Wnioski tym bardziej konieczne, że powagą swych konsekwencji przygniatające.

Pierwszy dotyczy mediów i siły, z jaką kreują one postawy negatywne, a ograniczają i hamują te zdrowe, wskazane w każdym narodzie, tj. patriotyczne. Sześćdziesiąta rocznica Powstania Warszawskiego stała się niemal precedensem w historii mediów po roku 1989. Jak dotąd, żadne polskie święto narodowe, a za takie uznać należy każdą uroczystość upamiętniającą polski wysiłek zbrojny, nie zostało rozpropagowane z taką siłą i zaangażowaniem mediów. Efektem było masowe uczestnictwo mieszkańców Stolicy (i nie tylko) w poszczególnych punktach programu obchodzonych uroczystości. Naród, ogłupiany i liberalizowany przez media (polskie już tylko z nazwy), przez tych  parę dni nieograniczany w dostępie do prawdziwej historii Polski, pełnej tragicznych, ale dumnych dni tryumfu i chwały, odkrył, co jest w byciu Polakiem naprawdę pięknego. Odkrył na nowo, że każdy z nas, czy tego chce czy nie, czy jest tego świadom czy nie, nosi w sobie żar dawnej Polski i że niesie go następnym pokoleniom. Dni te ukazały, że w Polakach nadal żyje więź z poprzednimi pokoleniami, że wystarczy, by tylko na chwilę media wróciły w polskie ręce, a Naród zachowa się tak, jak zachować się powinien. Ludzie tłumnie wylegli na ulice i całymi kolumnami maszerowali tam, gdzie miały się odbywać  główne uroczystości. Tak było przy odsłonięciu pomnika powstańców, podczas otwarcia muzeum czy w czasie składania kwiatów na grobach tych, którzy oddali życie za naszą wolność. Wyjątkowo tego dnia w Polsce, w Warszawie, poczuć się można było tak, jak czuć się powinien Polak w Polsce – po prostu dumnie. Dzięki uroczystościom patriotycznym, a taką bez wątpienia była rocznica Powstania, odżywa nadzieja, że nie jest jeszcze tak źle z polskością, że drzemie  ona ciągle w sercach większości Polaków i że do jej wzbudzenia potrzeba tak niewiele. Jeśli zaistniałaby taka konieczność, będzie komu iść w ślady tych, u których stóp w te pięknie dni składaliśmy kwiaty.

Pozostawiwszy ocenę stanu polskiego patriotyzmu i roli mediów w jego kreowaniu, podtrzymywaniu i wzbudzaniu,  należy przejść do drugiego, bardzo ważnego punktu uroczystości, a mianowicie do przemówień przedstawicieli trzech narodów: niemieckiego, angielskiego i amerykańskiego, skierowanych na Placu Powstańców Warszawy do Narodu Polskiego. Poddanie tych przemówień analizie jest o tyle konieczne, że mogą się one okazać  dla nas tragiczne w swych skutkach.

Najpoważniejsze oświadczenie złożył kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, który  stwierdził, że kwestie roszczeń majątkowych nie są tematem rozmów pomiędzy rządem Niemiec i rządem Polski. Takie postawienie sprawy, choć przyjęte brawami przez zgromadzony tłum, jest dyplomatycznym, a przez to wyrachowanym sposobem umycia rąk i pozbawia polski rząd możliwości konsultowania i uzgadniania tego problemu z rządem Niemiec. To, co wśród zwykłych ludzi nie wzbudziło żadnych podejrzeń, wśród elit narodowych powinno wywołać wstrząs, bo jest to jednoznaczna deklaracja, że Schroeder nie popiera, a w podtekście, że nie potępia i nie zamierza wstrzymywać indywidualnych roszczeń majątkowych swych rodaków. Sytuacja, w jakiej znaleźliśmy się po publicznej wypowiedzi Schroedera, jest o tyle groźna, że z dialogu polsko-niemieckiego na korzyść „niemieckiego ziomkostwa” wycofał się jedyny adekwatny i kompetentny rozmówca. Zniknął też czynnik, którego najbardziej obawiali się przedstawiciele „wypędzonych”, czyli zagrożenie, że rządy Polski i Niemiec dokonają ostatecznych regulacji na szczeblu państwowym. To daje sygnał i całkowicie wolną rękę wszelkim spółkom i organizacjom, które „w imieniu wypędzonych” będą ubiegały się o poniemieckie majątki. Oczywistym efektem tak postawionej sprawy musi być fala wniosków o odszkodowania, w wyniku których Państwo Polskie zmuszone będzie prowadzić nie licujący z jego godnością dialog z wszelkimi organizacjami niższego rzędu, które pozywając je przed sądy, obniżać będą prestiż Polski na arenie międzynarodowej. Takim praktykom Polska musi dać zdecydowany opór, tym silniejszy, iż od tego dnia, tj. 1 sierpnia 2004 r. stanęliśmy wobec już teraz oczywistej wizji roszczeń majątkowych kolejnego, trzeciego „skrzywdzonego”. Niemcy dołączyły do roszczeń „kresowiaków” i roszczeń Żydów, domagających się zwrotu nieruchomości. Tak oto Polska, najtragiczniejsza ofiara II Wojny Światowej, stawiana będzie co chwila przed sądem i zmuszana będzie płacić niczym agresor, który wojnę tę rozpętał. Żydom musi zapłacić Polska, wypędzonym Niemcom także – Polska, i za zabrane ziemie Kresów Wschodnich nie kto inny jak Polska. To jest hańba, to jest policzek wymierzony wszystkim żołnierzom, powstańcom, każdemu Polakowi, którego prawa do tej ziemi i wszystkiego, co na niej stoi jego przodkowie pisali własną krwią. Tak sformowana deklaracja Schroedera musi spotkać się z natychmiastową reakcją polskiego rządu. Takie praktyki muszą być obcięte zdecydowanym, twardym, dla wszystkich zrozumiałym uderzeniem pięścią w stół! Jeśli tego nie uczynimy, pląsając w błotku lizusostwa i uległości, stale traktowani będziemy jak pachołek, którego można łatwo wykorzystać lub w przypływie gniewu bezkarnie poniżać. Jeśli pójdziemy dalej drogą uległości, kosztem prawdy historycznej, możemy być pewni, że ci, którzy dziś obłudnie i z fasonem opowiadają o naszych zasługach jutro uderzą nas w samo serce – chociażby za pomocą unijnych dyrektyw. Tak będzie, bo tak mówi prawo silniejszego, a to jest najważniejsze prawo międzynarodowej polityki. To ono pozwoliło Niemcom uznać się za rasę panów i to one pozwoliło Ameryce i Anglii bezczynnie przyglądać się kolejnej tragedii  Narodu Polskiego. Narodu, dzięki któremu Stalin zatrzymał się „tylko” w Berlinie, a któremu podziękowano zdradą, a potem komunistyczną rzezią.

Na koniec, zastanówmy się czego, Polska może się spodziewać po oratorskich wystąpieniach kanclerza Niemiec Schroedera, wicepremiera Wielkiej Brytanii Johna Prescotta i amerykańskiego sekretarza stanu Colina Powella. Czy przypadkiem stosunek zysków do strat nie będzie niebezpiecznie bliski temu z Powstania Warszawskiego?

Niemcy. Koniec rozmów w sprawach kwestii majątkowych. Wolną rękę dostają wszelkie organizacje „wypędzonych”, czego spodziewanym efektem będzie fala pozwów do europejskich sądów, gdzie jedynym oskarżonym, a jak się można spodziewać – zarazem jedynym winnym, będzie Rzeczpospolita Polska. Skutkiem będzie osłabienie gospodarcze Polski i dalszy upadek jej i tak już niskiego prestiżu w świecie.

Anglia. Po pierwsze, brak jasnej deklaracji na temat polskiego sukcesu w złamaniu kodu niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma. Dzięki kolejnemu dyplomatycznemu trikowi słowa wicepremiera Wielkiej Brytanii „by helping to crack”, czyli „pomagając złamać”, przetłumaczono na „złamali”. Jeśli przełożymy to stwierdzenie na jego rzeczywiste znaczenie, mamy sytego wilka i całą owcę: Anglicy zachowali swoje stanowisko, Polska usłyszała to, co usłyszeć chciała. Po drugie.  Brak poczucia odpowiedzialności za tragiczną śmierć setek tysięcy Polaków, za czym idzie brak chęci zadośćuczynienia Narodowi Polskiemu i jakiejkolwiek powściągliwości w decyzjach dotyczących jego przyszłości.

Stany Zjednoczone. Polska nadal jest potrzebna: jako zderzak amerykańskich interesów w Europie, zaś w Iraku jako listek figowy ukrywający bezwstyd amerykańskich poczynań.

To zestawienie jest poważną przestrogą, że nie mogliśmy i nadal nie możemy liczyć na niczyją pomoc. Musimy stworzyć własną siłę gospodarczą i militarną, bo tylko ta jest kartą gwarantującą byt i pomyślność Państwa Polskiego. Tylko ta uczyni nas podmiotem, a nie przedmiotem polityki międzynarodowej.

Prawdę znają wszyscy. Przedstawiciele Niemiec, Anglii i Ameryki wykazali się umiejętnościami oratorskimi i znajomością  pokrętnych metod dyplomacji, których użycie na placu Powstańców Warszawy, gdzie przed 60 laty lała się bezcenna polska krew, ukazało ich obłudę, brak skruchy i interesantyzm. W mieście, gdzie – jak napisał Norman Davies – przez 63 dni codziennie ginęło tyle ludzi ile w zamachu na World Trade Center, zabrakło zwykłego, szczerego słowa: Przepraszamy!


Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW