Dobiegły końca tegoroczne jubileuszowe obchody 60. rocznicy Powstania
Warszawskiego. Opadły emocje i ucichły fanfary, a zatem czas na refleksje
i wnioski. Wnioski tym bardziej konieczne, że powagą swych konsekwencji
przygniatające.
Pierwszy dotyczy mediów i siły, z jaką kreują one postawy
negatywne, a ograniczają i hamują te zdrowe, wskazane w każdym narodzie,
tj. patriotyczne. Sześćdziesiąta rocznica Powstania Warszawskiego stała
się niemal precedensem w historii mediów po roku 1989. Jak dotąd, żadne
polskie święto narodowe, a za takie uznać należy każdą uroczystość
upamiętniającą polski wysiłek zbrojny, nie zostało rozpropagowane z taką
siłą i zaangażowaniem mediów. Efektem było masowe uczestnictwo mieszkańców
Stolicy (i nie tylko) w poszczególnych punktach programu obchodzonych
uroczystości. Naród, ogłupiany i liberalizowany przez media (polskie już
tylko z nazwy), przez tych parę dni nieograniczany w dostępie do
prawdziwej historii Polski, pełnej tragicznych, ale dumnych dni tryumfu i
chwały, odkrył, co jest w byciu Polakiem naprawdę pięknego. Odkrył na
nowo, że każdy z nas, czy tego chce czy nie, czy jest tego świadom czy
nie, nosi w sobie żar dawnej Polski i że niesie go następnym pokoleniom.
Dni te ukazały, że w Polakach nadal żyje więź z poprzednimi pokoleniami,
że wystarczy, by tylko na chwilę media wróciły w polskie ręce, a Naród
zachowa się tak, jak zachować się powinien. Ludzie tłumnie wylegli na
ulice i całymi kolumnami maszerowali tam, gdzie miały się odbywać główne
uroczystości. Tak było przy odsłonięciu pomnika powstańców, podczas
otwarcia muzeum czy w czasie składania kwiatów na grobach tych, którzy
oddali życie za naszą wolność. Wyjątkowo tego dnia w Polsce, w Warszawie,
poczuć się można było tak, jak czuć się powinien Polak w Polsce – po
prostu dumnie. Dzięki uroczystościom patriotycznym, a taką bez wątpienia
była rocznica Powstania, odżywa nadzieja, że nie jest jeszcze tak źle z
polskością, że drzemie ona ciągle w sercach większości Polaków i że do
jej wzbudzenia potrzeba tak niewiele. Jeśli zaistniałaby taka konieczność,
będzie komu iść w ślady tych, u których stóp w te pięknie dni składaliśmy
kwiaty.
Pozostawiwszy ocenę stanu polskiego patriotyzmu i roli
mediów w jego kreowaniu, podtrzymywaniu i wzbudzaniu, należy przejść do
drugiego, bardzo ważnego punktu uroczystości, a mianowicie do przemówień
przedstawicieli trzech narodów: niemieckiego, angielskiego i
amerykańskiego, skierowanych na Placu Powstańców Warszawy do Narodu
Polskiego. Poddanie tych przemówień analizie jest o tyle konieczne, że
mogą się one okazać dla nas tragiczne w swych skutkach.
Najpoważniejsze oświadczenie złożył kanclerz Niemiec
Gerhard Schroeder, który stwierdził, że kwestie roszczeń majątkowych nie
są tematem rozmów pomiędzy rządem Niemiec i rządem Polski. Takie
postawienie sprawy, choć przyjęte brawami przez zgromadzony tłum, jest
dyplomatycznym, a przez to wyrachowanym sposobem umycia rąk i pozbawia
polski rząd możliwości konsultowania i uzgadniania tego problemu z rządem
Niemiec. To, co wśród zwykłych ludzi nie wzbudziło żadnych podejrzeń,
wśród elit narodowych powinno wywołać wstrząs, bo jest to jednoznaczna
deklaracja, że Schroeder nie popiera, a w podtekście, że nie potępia i nie
zamierza wstrzymywać indywidualnych roszczeń majątkowych swych rodaków.
Sytuacja, w jakiej znaleźliśmy się po publicznej wypowiedzi Schroedera,
jest o tyle groźna, że z dialogu polsko-niemieckiego na korzyść
„niemieckiego ziomkostwa” wycofał się jedyny adekwatny i kompetentny
rozmówca. Zniknął też czynnik, którego najbardziej obawiali się
przedstawiciele „wypędzonych”, czyli zagrożenie, że rządy Polski i Niemiec
dokonają ostatecznych regulacji na szczeblu państwowym. To daje sygnał i
całkowicie wolną rękę wszelkim spółkom i organizacjom, które „w imieniu
wypędzonych” będą ubiegały się o poniemieckie majątki. Oczywistym efektem
tak postawionej sprawy musi być fala wniosków o odszkodowania, w wyniku
których Państwo Polskie zmuszone będzie prowadzić nie licujący z jego
godnością dialog z wszelkimi organizacjami niższego rzędu, które pozywając
je przed sądy, obniżać będą prestiż Polski na arenie międzynarodowej.
Takim praktykom Polska musi dać zdecydowany opór, tym silniejszy, iż od
tego dnia, tj. 1 sierpnia 2004 r. stanęliśmy wobec już teraz oczywistej
wizji roszczeń majątkowych kolejnego, trzeciego „skrzywdzonego”. Niemcy
dołączyły do roszczeń „kresowiaków” i roszczeń Żydów, domagających się
zwrotu nieruchomości. Tak oto Polska, najtragiczniejsza ofiara II Wojny
Światowej, stawiana będzie co chwila przed sądem i zmuszana będzie płacić
niczym agresor, który wojnę tę rozpętał. Żydom musi zapłacić Polska,
wypędzonym Niemcom także – Polska, i za zabrane ziemie Kresów Wschodnich
nie kto inny jak Polska. To jest hańba, to jest policzek wymierzony
wszystkim żołnierzom, powstańcom, każdemu Polakowi, którego prawa do tej
ziemi i wszystkiego, co na niej stoi jego przodkowie pisali własną krwią.
Tak sformowana deklaracja Schroedera musi spotkać się z natychmiastową
reakcją polskiego rządu. Takie praktyki muszą być obcięte zdecydowanym,
twardym, dla wszystkich zrozumiałym uderzeniem pięścią w stół! Jeśli tego
nie uczynimy, pląsając w błotku lizusostwa i uległości, stale traktowani
będziemy jak pachołek, którego można łatwo wykorzystać lub w przypływie
gniewu bezkarnie poniżać. Jeśli pójdziemy dalej drogą uległości, kosztem
prawdy historycznej, możemy być pewni, że ci, którzy dziś obłudnie i z
fasonem opowiadają o naszych zasługach jutro uderzą nas w samo serce –
chociażby za pomocą unijnych dyrektyw. Tak będzie, bo tak mówi prawo
silniejszego, a to jest najważniejsze prawo międzynarodowej polityki. To
ono pozwoliło Niemcom uznać się za rasę panów i to one pozwoliło Ameryce i
Anglii bezczynnie przyglądać się kolejnej tragedii Narodu Polskiego.
Narodu, dzięki któremu Stalin zatrzymał się „tylko” w Berlinie, a któremu
podziękowano zdradą, a potem komunistyczną rzezią.
Na koniec, zastanówmy się czego, Polska może się spodziewać
po oratorskich wystąpieniach kanclerza Niemiec Schroedera, wicepremiera
Wielkiej Brytanii Johna Prescotta i amerykańskiego sekretarza stanu
Colina Powella. Czy przypadkiem stosunek zysków do strat nie będzie
niebezpiecznie bliski temu z Powstania Warszawskiego?
Niemcy. Koniec rozmów w sprawach kwestii majątkowych. Wolną
rękę dostają wszelkie organizacje „wypędzonych”, czego spodziewanym
efektem będzie fala pozwów do europejskich sądów, gdzie jedynym
oskarżonym, a jak się można spodziewać – zarazem jedynym winnym, będzie
Rzeczpospolita Polska. Skutkiem będzie osłabienie gospodarcze Polski i
dalszy upadek jej i tak już niskiego prestiżu w świecie.
Anglia. Po pierwsze, brak jasnej deklaracji na temat
polskiego sukcesu w złamaniu kodu niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma.
Dzięki kolejnemu dyplomatycznemu trikowi słowa wicepremiera Wielkiej
Brytanii „by helping to crack”, czyli „pomagając złamać”, przetłumaczono
na „złamali”. Jeśli przełożymy to stwierdzenie na jego rzeczywiste
znaczenie, mamy sytego wilka i całą owcę: Anglicy zachowali swoje
stanowisko, Polska usłyszała to, co usłyszeć chciała. Po drugie. Brak
poczucia odpowiedzialności za tragiczną śmierć setek tysięcy Polaków, za
czym idzie brak chęci zadośćuczynienia Narodowi Polskiemu i jakiejkolwiek
powściągliwości w decyzjach dotyczących jego przyszłości.
Stany Zjednoczone. Polska nadal jest potrzebna: jako
zderzak amerykańskich interesów w Europie, zaś w Iraku jako listek figowy
ukrywający bezwstyd amerykańskich poczynań.
To zestawienie jest poważną przestrogą, że nie
mogliśmy i nadal nie możemy liczyć na niczyją pomoc. Musimy stworzyć
własną siłę gospodarczą i militarną, bo tylko ta jest kartą gwarantującą
byt i pomyślność Państwa Polskiego. Tylko ta uczyni nas podmiotem, a nie
przedmiotem polityki międzynarodowej.
Prawdę znają wszyscy. Przedstawiciele Niemiec, Anglii i
Ameryki wykazali się umiejętnościami oratorskimi i znajomością pokrętnych
metod dyplomacji, których użycie na placu Powstańców Warszawy, gdzie przed
60 laty lała się bezcenna polska krew, ukazało ich obłudę, brak skruchy i
interesantyzm. W mieście, gdzie – jak napisał Norman Davies – przez 63 dni
codziennie ginęło tyle ludzi ile w zamachu na World Trade Center, zabrakło
zwykłego, szczerego słowa: Przepraszamy!
Powrót do strony
głównej
Archiwum