Jerzy Chodorowski
Temat Miesiąca
DYLEMATY PRAWICOWEJ STRATEGII WOBEC
UNII EUROPEJSKIEJ
NPW
1-2, 2004
Wynik referendum akcesyjnego, który zdecydował o
inkorporacji Polski do Unii Europejskiej (UE), stał się jednocześnie
punktem zwrotnym w strategii Prawicy Polskiej wobec tej organizacji.
Termin „Prawica Polska” będzie
rozumiany w niniejszym tekście bardzo szeroko: jako zespół ugrupowań
politycznych i poszczególnych osób, które akceptują elementy
cywilizacji łacińskiej i które nie wyrażają zgody na włączenie Polski
do UE. A więc jako prawica rzeczywista i rzetelna. Nie zmieści się w
nim zatem tzw. prawica „farbowana”, tzn. od wewnątrz mocno
koniunkturalna i agenturalna.
Otóż w tym wielkim obozie
politycznym już na długo przed referendum zdawano sobie doskonale z
tego sprawę, że w razie klęski wyborczej i włączenia Polski do Unii
dotychczasowa strategia skierowana na absolutną negację jej członkostwa
w UE stanie się bezprzedmiotowa i trzeba będzie zastąpić ją przez inną,
dostosowaną do nowych realiów. Tymczasem niemal „nazajutrz” po
ogłoszeniu wyników referendum okazało się, że przywódcy Prawicy
Polskiej nie są przygotowani do skonstruowania jednej, zgodnej
strategii postępowania, która pozwoliłaby Polsce przetrwać kolejną, tym
razem bardzo wyrafinowaną, formę okupacji unijnej i wyjść z niej,
ponosząc możliwie najmniejsze koszty. Zaczęło się więc improwizowanie i
kontrimprowizowanie nowej strategii, które doprowadziło do poważnego
rozdźwięku w całym obozie prawicy: zarysowały się w nim bowiem dwie
frakcje, proponujące dojście do tego samego celu za pomocą odmiennych
operacji strategicznych. Jedną z nich można by nazwać strategią
„patriotycznego bojkotu Unii”, drugą zaś strategią „rewindykacji
parlamentarnej”. Ta ostatnia (pomijamy tu nazwiska osób i nazwy
ugrupowań politycznych ją popierających, gdyż nie o nie tu chodzi, ale
o idee i koncepcje składające się na treść strategii) ma polegać na
działaniach i zaniechaniach, prowadzących do stopniowego odzyskiwania
przez Polskę różnych uprawnień suwerennych, utraconych na rzecz UE.
Akcję tę miałyby poprzedzać, a następnie ją wspierać, różne posunięcia
stawiające tamę dalszemu zacieśnianiu integracji w łonie UE. Jak się
wyraził w wywiadzie prasowym jeden z głównych współautorów tej
strategii, ponieważ w tej chwili walka o wyjście z Unii [...]
jest działaniem nierealnym […], jako pierwsza partia
przedstawiamy program prowadzący do obalenia postanowień Traktatu
Nicejskiego w zakresie centralizacji władzy. Będziemy starać się obalić
zapisy mówiące o większości głosów. Będziemy chcieli obalić Traktat z
Maastricht, czyli krótko mówiąc, będziemy chcieli rozpocząć proces
defederalizacji Europy […], co oznacza zamiar cofnięcia Unii do
poziomu grupy państw niezależnych, sfederowanych gospodarczo. Wówczas
może nawet przestalibyśmy walczyć o wyjście Polski z UE.
Znacznie skromniej, choć w tym
samym duchu, wypowiedział się kongres jednej z prawicowych partii,
stwierdzając w punkcie pierwszym swej rezolucji, że ugrupowanie to zamierza
wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego. Zadaniem parlamentarzystów
europejskich będzie obrona polskich interesów i suwerenności
Państwa Polskiego w Unii Europejskiej, obrona chrześcijańskich korzeni
Europy, a także sprzeciwianie się zacieśnianiu integracji w ramach UE.
Inny zaś współautor strategii
rewindykacyjnej w wywiadzie udzielonym sojuszniczemu pismu prawicowemu
dał wyraz swemu dość niefrasobliwemu optymizmowi, mówiąc: Najważniejsze
w kampanii do parlamentu europejskiego będzie pokazanie, że interesu
Polski mogą bronić tak na prawdę ci, którzy są przeciw wejściu do Unii.
Osoby zachęcające do akcesji, widzące swą przyszłość na unijnych
stołkach, są chyba już do tej pory skompromitowane. Trzeba
społeczeństwu jasno powiedzieć, że teraz do Brukseli muszą
pójść najtwardsi, którzy nie chcą superpaństwa i nie uwikłani w
obietnice, potrafią bronić polskiego interesu.
Krótko mówiąc, strategia
rewindykacyjna sprowadza się do osiągnięcia trzech głównych celów:
1. Postawienie tamy dalszemu
zacieśnianiu integracji europejskiej i okrawaniu suwerenności państw
członkowskich,
2. Dążenie do defederalizacji
Europy (tzn. praktycznie do rozpadu Unii),
3. Obrona chrześcijańskich korzeni
Europy oraz interesów Polski.
Areną tej strategii ma być
Parlament Europejski (PE). Za jego pośrednictwem mają być
realizowane strategiczne cele Polskiej Prawicy. Dlatego uważa ona za
konieczne wzięcie udziału w wyborach do PE, wygranie ich i wejście do
tego ciała przedstawicielskiego z możliwie największą liczbą mandatów
poselskich.
U podstaw tego planu
strategicznego tkwi ogromnie ważne założenie: PE, podobnie jak
wszystkie parlamenty krajów członkowskich Unii, odpowiada jednemu z
dwóch podstawowych warunków ustroju demokratycznego, tzn. umożliwia
wszystkim wyborcom wywieranie wpływu na kształtowanie prawa za
pośrednictwem swych posłów; potrzebna jest do tego inicjatywa
ustawodawcza, a PE jest właśnie w nią wyposażony. Otóż tu, w tym
punkcie, tkwi zalążek przyszłych niepowodzeń całej strategii
rewindykacyjnej i przyczyna koniecznych w niej zmian lub nawet
całkowitego jej porzucenia. Założenie to bowiem jest nieprawdziwe: PE
nie ma uprawnienia inicjatywy ustawodawczej i nie może samodzielnie
stanowić prawa. W procesie ustawodawczym jest tylko czynnikiem
opiniodawczym i tylko współdecydującym razem z Radą UE i z Komisją.
(Takie kompetencje nadaje jej również projekt Konstytucji Unii). Jest
tą instytucją unijną, która najbardziej cierpi na niedostatek
demokratyzmu. Znane jest powiedzenie krążące wśród obywateli Unii,
niezadowolonych z niskiego stopnia demokratyzmu unijnego (30%
badanych), że gdyby jakieś państwo starające się o przyjęcie do UE
miało tak niedemokratyczny parlament jak PE, to absolutnie nie mogłoby
uzyskać zgody na akcesję.
Skoro zatem podstawa strategii
rewindykacyjnej jest fałszywa, nasuwa się pytanie: W jaki sposób
Prawica Polska będzie mogła realizować swoje główne cele strategiczne?
Jak posłowie będą mogli hamować okrawanie suwerenności państw
członkowskich, skoro dziedzina ta – jako ustrojowa – podlega
kompetencji Rady Europejskiej (nie mylić z Radą Europy), Rady Unii
Europejskiej (organ składający się z osób desygnowanych przez rządy
państw członkowskich) oraz Komisji, a nie Parlamentowi Europejskiemu?
Jak postawią tamę zacieśnianiu integracji europejskiej, skoro obecny
ustrój UE na nie pozwala? Możliwość ta została wprowadzona przez
Traktat Amsterdamski (1997) w artykule 43 „e” pod osłoną zasady
elastyczności jednoczenia Europy, dopuszczającej tworzenie w łonie UE
ściślejszych więzów integracyjnych między państwami, które wyrażą takie
życzenie. Jednak wśród warunków jego realizacji znajduje się, jako
najważniejszy, warunek nienaruszalności dotychczasowego dorobku
prawnego (acquis communautaire), a więc przede wszystkim
osiągniętego już przez Unię stopnia spoistości integracyjnej. Można go
podnosić, ale nie obniżać. Jest to tzw. reguła non retro lub
reguła zapadki; koło integracji może się obracać tylko do
przodu, cofać się nie może. Również i w tej sprawie istotne
kompetencje ma Rada Unii, a nie PE. Wynika więc stąd jasno, że w
obecnym systemie prawno-ustrojowym Unii dążenie do jej defederalizacji,
a szczególnie jako cel strategii parlamentarno-rewindykacyjnej, jest
nierealne. Jest nawet bardziej nierealne niż wystąpienie Polski z UE. A
jeśli ten cel strategiczny będzie propagowany aktualnie wśród
elektoratu polskiego, stanie się ponadto niemoralny. I tu Prawica
Polska może uderzyć o barierę cywilizacji łacińskiej.
Łatwo krytykować, ale
skonstruowanie sensownej strategii wobec UE to rzecz wysoce
skomplikowana i trudna. Miał rację p. Kazimierz Murasiewicz, który
wynik głosowania referendalnego przypisał (Przyczyny i skutki,
NPW, nr 9-10/03) proporcjom trzech postaw, które przyjęli wyborcy; 1.
zawodowi renegaci, 2. patrioci naiwni oraz 3. patrioci realiści.
Ponieważ grupa pierwsza i druga zdominowały ilościowo trzecią,
klamka zapadła i znajdziemy się w Unii. Rozważając zaś, w jaki sposób
mogą się zachować obywatele utożsamiani z poszczególnymi grupami, autor
ten sformułował bardzo trafną prognozę odnośnie do grupy trzeciej; Najtrudniej
będzie wypracować stanowisko realistom. Już teraz niektórzy z nich
przejmują argumentację dotychczasowych wrogów i przeciwników o
możliwości współdecydowania o losach kontynentu. I sprawdziło się.
W jaki sposób bowiem można
uzasadnić celowość obecności posłów Prawicy Polskiej w PE, jeśli
wiadomo, że europejska arena parlamentarna nie stwarza pola do
realizacji ich celów strategicznych? Oczywiście, można i trzeba szukać
jakichś innych racji ich ubiegania się o mandaty do PE, np. że będą od
wewnątrz obserwować, a może i kontrolować, funkcjonowanie Unii, która
im jeszcze za to zapłaci, gdyż stwarza deputowanym swego Parlamentu
warunki materialne nieporównywalnie lepsze niż Polska posłom Sejmu; ale
i oni będą musieli zapłacić Unii: przysięgą na Konstytucję unijną! Na
pewno pojawi się okazja udziału w tej czy innej komisji parlamentarnej
do jakichś spraw, w której będą mogli pomóc konkretnej firmie,
instytucji, regionowi Polski, obronić nasz interes narodowy, zmniejszyć
koszt naszego uczestnictwa w UE itp. Zapewne nadarzy się od czasu do
czasu sposobność załatwienia czegoś ważnego w kuluarach
Parlamentu, za kulisami, na drodze nieoficjalnych kontaktów i bliskich
znajomości, które polscy prawicowi posłowie zawrą ze swoimi kolegami
parlamentarnymi z innych krajów. Czasem może nadarzyć się sposobność
wsparcia jakiejś gałęzi przemysłu polskiego za pośrednictwem
odpowiedniego lobby unijnego (jest ich w UE kilkaset i stanowią
de facto zalegalizowane źródło korupcji), ale na to
trzeba mieć duże pieniądze i nie mieć za dużo skrupułów. Posłowie będą
obserwować Unię, a przede wszystkim Parlament unijny, ale i oni będą
obserwowani. PE jest bowiem instytucją najbardziej spenetrowaną przez
różne organizacje i ugrupowania jawne, półtajne i tajne, poszukujące
wpływowych i wartościowych kandydatów na członków. Spotkają więc na
swej drodze przynęty i pułapki: pokusę chodzenia po linie i
niebezpiecznego balansowania nad przepaścią. A wszystko to będzie
musiało odbywać się na marginesie ich właściwej działalności
poselskiej, więc poza tą nędzną imitacją parlamentu demokratycznego,
jaką jest Parlament Europejski. Dlatego też trzeba rozważyć jeszcze
jeden argument wysuwany za strategią parlamentarno-rewindykacyjną.
Ludzie, którzy ją formułują (nie
zawsze są to kompletni ignoranci ustroju UE) uważają, że gdy Prawica
Polska zasiądzie w PE, będzie mogła utworzyć koalicję z posłami
(partiami, frakcjami poselskimi) o zbliżonych poglądach ideowych i stać
się zalążkiem silnej opozycji parlamentarnej, zdolnej do podjęcia prób
zreformowania Unii. Jeszcze ciągle w argumentacji za strategią
rewindykacji parlamentarnej przyjmowane jest milcząco mylne założenie,
że PE jest prawdziwym parlamentem demokratycznym i dysponuje
uprawnieniem inicjatywy ustawodawczej. Nawet nie tak dawno, bo w
październiku br., można było przeczytać w jednym z czołowych tygodników
prawicowych wypowiedź jego publicysty, opartą milcząco na tym właśnie
założeniu: W tym, że partia nasza jest przeciw Unii Europejskiej, a
teraz w sytuacji po referendum mówi o konieczności obrony interesów
Polski w Parlamencie Europejskim – nie ma nic sprzecznego. Co więcej,
nie sprzeciwia się to nawet temu, że na dalszą metę planujemy
wystąpienie Polski z UE.
Skoro niektórym tak trudno uwolnić
się od tego przesądu zadomowionego na dobre w ich podświadomości,
przyjmijmy na chwilę za rzeczywiste to niedorzeczne założenie, że PE ma
inicjatywę ustawodawczą i może samodzielnie stanowić prawa. Załóżmy
również, że Prawica Polska wygrała wybory do PE i zdobyła w nim ponad
50% mandatów (tj. ponad 30 miejsc).
I co dalej? Posłowie nasi bardzo
szybko stwierdzą, że na sali obrad Parlamentu deputowani siedzą nie
według podziału narodowego, ale według przynależności partyjnej, i tak
też głosują: nie jako deputowani zgrupowani w klubach krajowych, lecz
jako zrzeszeni w ogólnoeuropejskich frakcjach partyjnych, np. chadecy
skupieni w swej ogólnoeuropejskiej frakcji chadeckiej, socjaldemokraci
z całej Europy w swej frakcji socjaldemokratycznej, podobnie
liberałowie itd. Ten szczegół ustroju Unii został tak zaplanowany, by
przyzwyczaić posłów do myślenia kategoriami interesów
ogólnoeuropejskich i w ten sposób przygotować grunt pod świadomość
europejską i naród europejski. Zatem deputowani Polskiej Prawicy będą
musieli stworzyć własną frakcję; gdyby zdobyli mniej niż 29 mandatów,
np. 20, to mogliby założyć własną frakcję, ale pod warunkiem, że
zwerbowaliby do niej 3 posłów z innego państwa członkowskiego; jeśli
zaś otrzymaliby 10 mandatów, musieliby postarać się o dodatkowych 4
posłów z innych trzech państw. Gdyby to się nie udało, musieliby
sami poszukać sobie miejsca w istniejącej już jakiejś frakcji.
Oczywiście nie przyjęto by ich ani do frakcji socjaldemokratycznej ani
chadeckiej. Gdyby reflektowali na dofinansowanie ich frakcji przez
Unię, musieliby zaprosić do niej posłów z co najmniej 1/4 państw
członkowskich.
Jeśli więc solidarność narodowa
została wykluczona, powstaje pytanie, do jakiej frakcji posłowie
Prawicy Polskiej mogliby wejść lub z jaką – jako samodzielna frakcja –
utworzyć koalicję, by razem realizować cele strategii rewindykacyjnej.
Obecny PE liczy 626 deputowanych, zgrupowanych w 8 frakcjach:
1) Partia Europejskich Socjalistów
– 180 (28,7%) deputowanych,
2) Europejska Partia Ludowa
(Chrześcijańska Demokracja i Demokraci Europejscy) – 233 (37,2%)
deputowanych,
3) Europejska Partia Liberalna,
Demokratyczna i Reformatorska – 50 (7,9%) deputowanych,
4) Grupa Zielonych oraz Wolny
Sojusz Europejski (Greens + FEA),
5) Zrzeszenie na rzecz Europy
Demokracji i Różnorodności (EDD),
6) Zrzeszenie na rzecz Europy
Narodów (CEN),
7) Zjednoczona Lewica Europejska
oraz Nordycka Lewica Zielonych (GUE+NGL),
8) Niezrzeszeni (NA).
Frakcje 1, 2 i 3, uchodzące za
wyraźnie prounijne, mają 463 miejsca (73,49%) w PE. Popierają one
aktualny (masoński) model zjednoczenia Europy. Frakcje pozostałe (4–8)
stanowią szeroko pojętą opozycję. Łącznie zajmują w PE 163 miejsca
(25,5% ogółu miejsc). Wśród nich znajdują się dwie frakcje (5 i 6)
reprezentujące zwolenników chrześcijańskiego modelu zjednoczenia
Europy. W sumie dysponują one tylko 46 miejscami, co stanowi 26%
opozycji i 7,2% wszystkich miejsc w PE. Otóż realnie rzecz biorąc,
posłowie Prawicy Polskiej mogliby wejść w koalicję tylko z tymi dwiema
frakcjami. Znaczy to, że dysponowaliby tylko 7,2% głosów w PE!
Dysproporcja między „siłą” a „zamiarami” jest ewidentna. Ten jeden
wskaźnik procentowy wystarczy, by zobaczyć, na jak złudnej podstawie
jest zbudowana strategia rewindykacji, nawet przy założeniu
(nierealnym), że PE dysponuje pełną władzą stanowienia prawa.
(Faktycznie nie będzie jej miał nawet pod rządem przygotowywanej
Konstytucji Unii). Nie należy więc ulegać różnym zaklęciom w rodzaju:
„nieobecni nie mają racji” (a czy obecni zawsze ją mają? czy mieli ją
„katolicy dyspozycyjni”, obecni w Sejmie PRL?), lecz twardo trzymać się
rzeczywistości.
Możemy się do niej jeszcze
bardziej przybliżyć, gdy uwzględnimy, że grupa ewentualnych sojuszników
Prawicy Polskiej to nie monolit, lecz deputowani rozbici miedzy dwie
frakcje: 5 i 6. Do frakcji piątej należą tzw. ugodowcy, idący na
kompromis z aktualną UE i akceptujący ideę utworzenia jednego państwa
europejskiego w formie federacji, choć nazywają je po swojemu „Ojczyzną
Ojczyzn”. Są oni w mniejszości, zajmują 16 miejsc (2,5%) w obecnym
PE. Do frakcji zaś szóstej należą tzw. radykałowie, którzy nie widzą
możliwości zjednoczenia Europy na modłę chrześcijańską drogą
współdziałania z dzisiejszą Unią, ale chcą zbudować jedność Europy od
podstaw, jako nowy związek suwerennych państw, jako „Europę Ojczyzn”.
Wchodzą do PE nie po to, by przeobrazić Unię od wewnątrz, lecz po to,
by być wszędzie tam, gdzie decydują się losy ich narodów, by wiedzieć,
co im grozi, by je przestrzegać, chronić i bronić. Stanowią w PE
większość opozycji chrześcijańskiej i zajmują w nim 30 (4,7%) miejsc.
Można
by sądzić, że refleksje powyższe, dalekie od płytkiego optymizmu,
kwestionujące skuteczność strategii rewindykacji parlamentarnej,
prowadzą jednocześnie, niemal automatycznie, do wniosku, że wobec tego
należy obrać strategię alternatywną – „patriotycznego bojkotu” Unii i
blokowania wejścia do niej Polski. Nie jest to jednak oczywiste,
alternatywa ta bowiem stanowi odrębny problem, a więc i osobny temat.
Powrót do strony
głównej
Archiwum
Powrót
do strony głównej NPW
|