W osiemdziesiątą
rocznicę powstania doktryny paneuropejskiej
Człowiek nie wybiera sobie rodziców, dlatego nie musi
wyrzekać się przodka, którego postępowania nie aprobuje. Może go po
prostu zignorować i nie odczuwać żadnego zakłopotania, jeśli tylko nie
chełpi się splendorem patyny rodowej, którą naruszyła właśnie zła
reputacja owego antenata. Sytuacja nie jest już tak prosta, gdy
człowiek wstępuje do jakiejś organizacji politycznej, czy
jakiejkolwiek innej, dlatego że aprobuje jej cele, metody i środki
działania, a tymczasem nagle okazuje się, że wczesne poglądy jej
założyciela były odmienne od poglądów jej aktualnych przywódców. Staje
więc on wobec trudnego dylematu: jak przywrócić przynajmniej ogólną
harmonię między stanowiskiem twórcy organizacji a stanowiskiem
kontynuatorów jego myśli i działalności? Czy zmieniając własne
zapatrywania, czy też porzucając poglądy wielkiego antenata – twórcy i
tym samym przekreślając jego znaczenie dla przyszłości organizacji? Ta
ostatnia możliwość jest jednak w praktyce na ogół odrzucana, ponieważ
pozbawiłaby organizację splendoru tradycji i obniżyła jej atrakcyjność.
Dostojny antenat musi więc pozostać, choć będzie antenatem kłopotliwym.
Historia idei dostarcza wielu przykładów tego rodzaju
ambarasujących i zarazem niebezpiecznych sytuacji. Różni rewizjoniści
wskazywali np. na rozbieżności między poglądami „młodego Marksa” a
poglądami marksizmu i stawiali drwiące pytanie: czy Marks mógłby być
marksistą? Sięgając do trochę bliższej historii, natkniemy się na
podobne pytanie związane z osobą twórcy doktryny Paneuropy i ruchu
paneuropejskiego: czy hr. Richard Coudenhove-Kalergi (1894–1972),
autor książki Pan-Europa, był paneuropejczykiem? czy, gdyby
dziś żył, byłby uważany za paneuropejczyka, czy nie popadłby w kolizję
z prawem Unii Europejskiej? Odpowiedź na te pytania warta jest trudu,
gdyż z Paneuropy wywodzi się największe z powojennych zagrożenie
niepodległości Narodu i Państwa Polskiego. Z jej drzewa pochodzą owoce,
do których spożycia jesteśmy dziś kuszeni i przymuszani.
Hr. Richard Nicolaus Coudenhove-Kalergi, syn Austriaka i
Japonki, żonaty z Żydówką, Idą Roland, wybitną aktorką scen
wiedeńskich, z wykształcenia filozof i historyk, człowiek o dużej i
żywej inteligencji oraz rozległych zainteresowaniach naukowych, mason
wysokiego stopnia wtajemniczenia, arystokrata skoligacony z wieloma
wysoko postawionymi rodami, mający dostęp do wszystkich znaczących
środowisk opiniotwórczych w Europie, jest nie kwestionowanym przez
historyków – i to różnych opcji politycznych – twórcą doktryny
Paneuropy, czyli doktrynalnego ujęcia idei zjednoczenia naszego
kontynentu. Jako wyznawca i krzewiciel integracji europejskiej miał
wprawdzie wielu wybitnych antenatów (od V. Hugo i G. Mazziniego po
Dantego), jednakowoż jemu pierwszemu przypadła rola nadania tej idei
nowoczesnej formy, w pełni rozwiniętej doktryny. Historii doktryn
politycznych i prawnych rzadko udaje się tak precyzyjnie ustalić datę
powstania jakiejś doktryny – przedmiotu jej badań, jak w tym wypadku:
był to rok 1923, rok wydania Pan-Europy Coudenhovego. Od tej
właśnie książki wszystko się zaczęło…
Rzecz jednak w tym, że Coudenhove zamieścił w Pan-Europie
(tytuł oryginału niemieckiego: Pan-Europa) jedynie te swoje
poglądy, które bezpośrednio wiązały się z integracją Europy. Inne
natomiast, odnoszące się do niej wprawdzie tylko pośrednio, ale
ogromnie ważne w kształtowaniu i rozwoju ruchu paneuropejskiego w całym
XX wieku, przedstawione zostały w jego pracach wydanych przed Pan-Europą
i powtórzone w drugim, zbiorowym wydaniu po ukazaniu się Pan-Europy.
W ten sposób zaznaczył on, że wydając to dzieło, w niczym nie odstąpił
od swych wcześniejszych poglądów. To właśnie
te poglądy „okołopaneuropejskie” stały się powodem dotkliwych kłopotów
dla architektów oraz ideologów integracji europejskiej, a także
boleśnie odbiły się na dalszych losach ich autora. Dadzą się one ująć w
trzy grupy tematyczne: 1) problemów polityczno-ustrojowych i metod
rządzenia; 2) zagadnień z zakresu eugeniki i rasizmu; 3) najszerzej
pojętej roli Żydów w budowie Paneuropy oraz ich miejsca w jej
strukturze.
Pod urokiem
Cezara
Coudenhove był zwolennikiem ustroju arystokratycznego.
Demokracja, a właściwie socjaldemokracja, była dlań jedynie narzędziem
zbudowania Paneuropy. Jeśli nawet przewidywał utworzenie dwuizbowego
Parlamentu Paneuropejskiego, to nie nadawał mu rangi istotnego elementu
demokracji. (Nawet dzisiejsza UE ma swój Parlament, ale jakże daleko mu
do parlamentu demokratycznego). W istocie rządy mieli sprawować aristoi,
najdoskonalsi, elita starannie wyselekcjonowana, wykazująca odpowiednie
zdolności, lojalność, rzetelność, siłę, a nawet stosowną prezencję i
sposób bycia. Miał to więc być elitarny system rządzenia. Można go też
nazwać autorytarnym, gdyż opierałby się na autorytecie (powadze
moralnej) władców, elit rządzących, a nie na zgodzie (wyraźnej czy
milczącej) rządzonych. Coudenhove nie opowiadał się za rządami „ludu”,
„mas” czy „tłumu”. Uważał, że elity łatwiej dadzą się pozyskać dla
integracji i utrzymać w dążeniu do federalizacji Europy niż masy, z
natury kapryśne, zadufane w sobie i podatne na wszelkie wpływy
zewnętrzne. Stawiał więc na jednostki wybitne, ich autorytet, na rządy
autorytarne, choć od nich do totalitaryzmu już tylko krok. Właściwie
stanowią już protototalitaryzm.
To uwielbienie jednostek wyróżniających się siłą duchową i
fizyczną, tytanów woli i czynu, tkwiło w Coudenhovem głęboko i
towarzyszyło mu do końca życia; zakorzeniło się bowiem bardzo wcześnie,
jeszcze w latach szkolnych pod wpływem lektury dzieł antycznych.
Szczególnym podziwem darzył stoików, a wśród nich L. A. Senekę
(Młodszego), pierwszego kosmopolitę, który powiedział o sobie: „świat
jest moją ojczyzną”. Młodego adepta stoicyzmu zafascynowało nie tylko
to oblicze uniwersalizmu rzymskiego, które mówiło o powszechności
kultury, języka, prawa, ale także i to, które świadczyło o zewnętrznym
ładzie utrzymywanym na ogromnym obszarze Imperium Rzymskiego za pomocą
brutalnej siły. Może dziwić, jak ten człowiek, który stał się żarliwym
apostołem pacyfizmu, uległ fascynacji metodami stosowanymi przez Cezara
i jego dziełem wzniesionym, bądź co bądź, na krzywdzie ludzkiej. Jeśli
się jednak zważy, że Paneuropa nie miała być tworem papierowym, ale
realną siłą, to zachwyt Coudenhovego „pokojem rzymskim” (szczędzić
kornych, a wyniosłych łamać) czy osobą Cezara staje się zrozumiały
jako dopełnienie całości jego poglądów.
Stał się wprost wielbicielem Cezara. W swym studium Held
oder Heiliger (1927) napisał: Uważamy Cezara za pierwszego
nowoczesnego człowieka, który był bardziej europejskim niż helleńskim.
On był właściwym założycielem Europy: przez zdobycie Galii przesunął
punkt ciężkości Imperium Rzymskiego ku północy i zachodowi, znad Morza
Śródziemnego ku Europie. Coudenhove widział w nim poza tym wzór
doskonałego poganina, który ucieleśniał w sobie antyczną harmonię
ciała, rozumu i woli. Postać ta była przeciwieństwem Chrystusa: typem
człowieka – pana, narodu panów, kasty panów, moralności panów: tej
moralności pychy i niezłomności, której dostępna jest łaskawość, ale
nie współczucie – hart, ale nie okrucieństwo. Ten bojownik
zaprowadzający porządek udowodnił, że świętość nie jest ani najwyższym,
ani jedynym ideałem ludzkim. Juliusz Cezar jest bowiem od dwóch tysięcy
lat czczony, podziwiany i naśladowany przez całą Europę, choć nie było
w nim ani jednej cechy świętości czy chrześcijaństwa.
Powyższe cechy swego bohatera Coudenhove uznał za powód, dla
którego wszyscy europejscy mężowie stanu chodzili i chodzą do
szkoły Cezara. Poszedł więc do niej i on sam, a zaprowadziła go ona
wprost do… Mussoliniego. We wspomnieniach bowiem autora Pan-Europy
możemy przeczytać, że w trakcie swych podróży propagandowych po
Europie, odbywanych w latach trzydziestych XX w., zawitał również do
Rzymu, gdzie udało mu się uzyskać audiencję u Mussoliniego. Rozmowę
ułatwił im F. Nietzsche (drugie po Cezarze bożyszcze Coudenhovego),
nieżyjący już zwolennik Stanów Zjednoczonych Europy, którego także
Mussolini uważał za swego mistrza. W rezultacie tego spotkania
Coudenhove mógł stwierdzić z przyjemnością, że duce jest
przychylny idei Paneuropy. Zauroczony ideą jednostki silnej, wybitnej,
wodzem, dyktatorem otoczonym elitą, w swej pracy Held oder Heiliger
napisał:
Nadejście
nowej formy istnienia, nowej moralności w Europie może się dokonać
tylko za pośrednictwem jakiegoś dyktatora.
Idea rządów elitarnych w Paneuropie musiała zrodzić w
projekcie Coudenhovego problem sposobu utworzenia elit, ich selekcji i
wychowania. Autor Pan-Europy uważał, że samo wychowanie – to
mało. Elity trzeba naprzód wyhodować,
a następnie wychowywać. Stąd jego zwrot w stronę eugeniki.
Od eugeniki
do rasizmu
Coudenhove stworzył swoistą teorię eugeniki społecznej na
użytek Paneuropy. Wychodzi on z założenia, że endogamia (małżeństwa
między kobietami a mężczyznami jednej grupy społecznej, a szczególnie
jednej rasy) wzmacnia charakter człowieka, ale osłabia ducha, natomiast
egzogamia osłabia charakter, ale wzmacnia ducha.
Według bowiem praw dziedziczenia, z
różnorodnością przodków rośnie różnorodność potomków, a z
jednorodnością przodków – jednorodność potomstwa. W rodzinach
jednorasowych każde dziecko jest podobne do innych, ponieważ
reprezentują one ten sam typ rodziny. W rodzinach rasowo mieszanych
dzieci różnią się między sobą silniej: każde bowiem przedstawia nową
kombinację różniących się między sobą elementów pochodzących od
rodziców i dziadków.
Stąd Coudenhove postulował wymieszanie się ras. Jest ono
konieczne do uzyskania „materiału hodowlanego”, z którego można by
wyselekcjonować elity mające rządzić Paneuropą. Wieścił więc, że:
Człowiek dalekiej przyszłości będzie
mieszańcem. (…) Euroazjatycka rasa przyszłości, zewnętrznie podobna do
staroegipskiej, zastąpi różnorodność narodów przez różnorodność osobowości.
(…) Prekursorem człowieka przyszłości
naszej planety jest we współczesnej Europie Rosjanin – mieszaniec
słowiańsko–tatarsko–fiński. Ponieważ wśród wszystkich narodów
europejskich jest on w najmniejszym stopniu jednorasowy, stanowi typ
człowieka o duchowości wielorakiej, o duszy szerokiej, bogatej,
wszystko obejmującej (Praktischer Idealismus, 1925, s. 22,
23).
Niewtajemniczeni na pewno nie zgadliby, komu hr. Coudenhove
powierzał misję realizacji tego planu hodowlanego. Otóż – socjalizmowi
i socjalistom. Już w 1922 r. napisał:
Socjalizm, który zaczął od likwidacji
szlachty, od zrównania ludzkości, osiągnie swój szczyt w wyhodowaniu
szlachty, w zróżnicowaniu ludzkości. Tu, w eugenice społecznej, tkwi
jego największa misja, której nie jest on dziś jeszcze świadom:
wyprowadzić ludzkość z niesprawiedliwej nierówności i doprowadzić,
poprzez zrównanie i ruiny wszelkich pseudoarystokracji, do nierówności,
ale sprawiedliwej, do prawdziwej nowej szlachty.
Uderzające, że socjalizm rzeczywiście powierzone mu zadanie
spełnił (świadomie czy nieświadomie) co do joty i szczególnie w Europie
Wschodniej i Środkowej. W niespełna 50 lat po opublikowaniu wypowiedzi
Coudenhovego ruch ten miał już za sobą etap pierwszy, w którym
zlikwidowane zostały wszelkie nierówności (niesprawiedliwe!), tzn.
szlachta i pseudoarystokracja oraz, gdzie trzeba było, spalona została
ziemia i pozostawione gruzy; miał także za sobą etap drugi:
wyprowadzenie społeczeństw z etapu pierwszego (nierówności
niesprawiedliwych) i przeprowadzenie do etapu trzeciego; w tym
ostatnim, którego realizację socjalizm zaczął, ale jeszcze nie
skończył, tworzone są nowe nierówności (ale już sprawiedliwe!), tzn.
powstaje nowa, prawdziwa szlachta i prawdziwa arystokracja ducha.
Coudenhove był ostrożny i przewidujący, więc zastrzegł się
wyraźnie, że nie od razu szlachtę powstałą w oparciu o ilość (przodków
lub pieniędzy) zastąpi szlachta oparta na jakości (walorach osobistych,
doskonałości osobistej, skończonym pięknie ciała i ducha). Dziś
– pisał – na progu nowej epoki w miejsce dawnej szlachty
dziedzicznej pojawia się szlachta przypadkowa („Zufallsadel”); zamiast
ras szlacheckich szlachetne jednostki: ludzie, których na poziom typów
wzorcowych podnosi przypadkowy skład krwi. Z tej dzisiejszej szlachty
przypadkowej wyjdzie międzyspołeczna rasa szlachecka jutra.
Moglibyśmy podziwiać Coudenhovego za niebywałą trafność
przewidywania i nawet uważać go za jasnowidza, gdybyśmy nie wiedzieli,
że wypowiedzi jego – to nie proroctwo, a po prostu program. Nie był
prorokiem, a tylko architektem nowego ładu europejskiego. Architektem
zjednoczenia Europy. Był autorem programu, który w roku jego
opublikowania (1922, tj. w pięć lat po wybuchu rewolucji bolszewickiej)
musiał być także przedmiotem debaty przy okazji dyskusji nad ideą
Paneuropy w loży Coudenhovego „Humanitas”. Wiemy o tym od historyka
masonerii, Ludwika Hassa:
W dyskusjach w wiedeńskiej loży „Humanitas”
powstała w 1922 r. idea „Paneuropy”, której rzecznikiem był członek tej
loży hr. Richard
Coudenhove-Kalergi. Wielka
loża umożliwiła mu pierwsze większe wystąpienia publiczne, propagował
też tę ideę wśród innych, obediencji.
Mając poparcie tak potężnej, tajnej organizacji, mógł
formułować swe utopijne wizje w postaci programu i mieć pewność, że
wejdzie on w życie.
Postawiwszy na socjalistyczną eugenikę społeczną, Coudenhove
zaaprobował wszystkie jej nawet najbardziej krańcowe konsekwencje,
prowadzące wprost do rasizmu: a więc tezę o wywodzeniu się duchowych i
kulturowych cech ludzi z ich przynależności do rasy biologicznej; tezę
o nierówności ras ludzkich oraz złączone z nią przekonanie o wyższości
ras lepszych i ich prawie do panowania nad gorszymi. Stąd w tym samym
1922 r. mógł napisać wyraźnie (choć uczynił to na łamach ekskluzywnej
gazety masońskiej „Wiener Freimaurerzeitung”, nr 9/10): Dla
Paneuropy życzę sobie euroazyjsko-negroidalnej rasy przyszłości, aby
osobowości zapewnić różnorakość. Logika tej deklaracji
prorasistowskiej wymagała, by Coudenhove określił jeszcze, który
element tego aliażu rasowego eurazyjsko-negroidalnego byłby najbardziej
wartościowy, albo inaczej: która rasa i który z należących do niej
narodów wykazywałby przyrodzoną wyższość w stosunku do innych i tym
samym mógłby się stać wylęgarnią elit predestynowanych do rządzenia
zjednoczoną Europą.
Filojudaizm
mesjanistyczny
W cytowanej już wyżej kilkakrotnie pracy z 1922 r. Coudenhove
rolę tę powierza Żydom. Uważa bowiem, że: Wyższość ducha
predestynuje ich do odegrania roli głównego czynnika w tworzeniu się
szlachty przyszłości. Od tysiąca lat Europa usiłowała wytępić
naród żydowski, ale zamiast zniszczyć Żydów, dokonała wbrew swej
woli drogą kunsztownej selekcji ich uszlachetnienia i wychowania do
roli, którą mają spełnić w przyszłości, jako naród-przywódca. (…) W
momencie, gdy szlachta feudalna rozpadła się, Boska Opatrzność
obdarowała Europę poprzez emancypację Żydów nową rasą z łaski Ducha.
Rozwój ten nie odbywa się jednak bez przeszkód, gdyż długotrwały ucisk
Żydów pozbawił ich na ogół gestów pańskości, co jest przyczyną, że
instynkt europejski wzdraga się przed uznaniem żydostwa za rasę
szlachecką. (…) Tak to żydowski, duchowy naród panów (das geistige
Herrenvolk der Juden) musi cierpieć pod brzemieniem cech niewolnika,
które wycisnął na nim jego rozwój historyczny.
Rozważając duchową wyższość Żydów nad innymi narodami, autor Pan-Europy
wypowiada ciekawą myśl zatrącającą programem (chyba już
realizowanym):
Nie tylko żydostwo zmieni się w kierunku
zachodniego ideału szlachectwa, ale i tenże ideał sam ulegnie zmianom i
wysunie się na pół drogi w kierunku żydostwa. W pokojowej Europie
przyszłości szlachta pozbędzie się swego wojowniczego charakteru i
zamieni go na duszpasterski. Uspokojony i zsocjalizowany Zachód nie
będzie już potrzebował władców i panujących, a raczej tylko wodzów
wychowawców i wzorów.
Do spełnienia tej roli Żydzi są wytypowani niemal przez
naturę. Albowiem: Te same cechy, które uczyniły z nich kiedyś
twórców ruchu chrześcijańskiego o zasięgu światowym, dziś stawiają ich
na czele ruchu socjalistycznego. Dokonując tych dwóch prób zbawienia, (…)
żydostwo obdarowało wydziedziczone masy Europy szczodrzej niż
jakikolwiek inny naród. Stąd wprawdzie nie jest ono nową
szlachtą, ale jest łonem, z którego wychodzi nowa, duchowa szlachta
Europy, jest jądrem, dokoła którego grupuje się duchowa szlachta.
Tworzy się duchowa, miejska rasa panów.
Jak się więc okazuje, stosunek Coudenhovego do Żydów
wykraczał daleko poza granice zwykłej sympatii i podziwu dla ich
walorów duchowych, a często przybierał formę profetycznego uniesienia,
tak że można tu mówić o wyraźnym filojudaizmie (nie filosemityzmie)
jako ważnym składniku jego filozofii i ideologii paneuropejskiej. Tym
bardziej że wyróżniał go od innych podobnych stanowisk – mesjanizm:
wiara, że naród żydowski ma do spełnienia misję, niemal religijną, w
dziele jednoczenia Europy; – i wola, by misja ta została zrealizowana.
Cały ten rasizm żydowski wywodził się wprost od Nietzschego. Nawet
terminologia, którą Coudenhove w tym zakresie się posługiwał, jest
nietzscheańska („nadczłowiek”, „nadnaród”, „naród panów”, itp.). Wiele
zapatrywań autora Pan-Europy robi wrażenie trawestacji sądów
Nietzschego zawartych w Aforyzmie 205 jego Jutrzenki: O
ludzie izraelskim. (Nb. z tego samego źródła czerpał obficie
również narodowy socjalizm niemiecki).
Czy tylko enfant
terrible?
Nasuwa się zatem pytanie, jaka jest relacja między
przedstawionymi poglądami Coudenhovego, twórcy doktryny
paneuropejskiej, a aktualną ideologią i doktryną Unii Europejskiej?
Okazuje się, że istnieje między nimi totalna rozbieżność:
1) Coudenhove był przeciwnikiem demokracji, zdeklarował się
jako zwolennik rządów elit (swoistej „arystokracji ducha”),
autorytarnych, prowadzących do totalizacji życia społecznego. Tymczasem
UE, jak to wyraźnie stwierdza Traktat z Maastricht (1992), jest
oparta na zasadach wolności, demokracji, poszanowania praw ludzkich i
podstawowych swobód... (art. 6);
2) Coudenhove był zwolennikiem eugeniki pozytywnej, która
zaprowadziła go wprost do krańcowego rasizmu, natomiast dzisiejsza Unia
opiera się na doktrynie przeciwnej: tolerancji i nakazie zwalczania
dyskryminacji ze względu na płeć, pochodzenie rasowe lub etniczne,
religię lub przekonania … (Traktat o Ustanowieniu Wspólnoty
Europejskiej, art. 13);
3) Autor Pan-Europy wyciągnął ostateczną konsekwencję
ze swej teorii rasizmu i wskazał na rasę wyróżniającą się wśród innych
ras i dzięki swym walorom predestynowaną do rządzenia zjednoczoną
Europą: na rasę żydowską. Unia Europejska natomiast wprawdzie zakazuje
antysemityzmu i zwalcza go, jednakże – formalnie rzecz biorąc – nie
stwarza żadnych podstaw dla rasizmu filosemickiego w ogólności, a dla
rasizmu czy mesjanizmu filojudajskiego
w
szczególności. Trzeba przyznać, że od czasu do czasu nawet piętnuje
pewne akty Izraela wobec Palestyńczyków i Arabów.
Zatem
gdyby obywatel UE lub jej państwo członkowskie, albo państwo aspirujące
do członkostwa Unii akceptowało dziś poglądy „ojca jej ojców”, bądź je
realizowało, na pewno spotkałoby się z dezaprobatą, karą, represjami
lub wręcz odrzuceniem starań o akcesję. Wynika stąd, że także twórca
Paneuropy nie mógłby dziś być uznany za paneuropejczyka. Z tej
kłopotliwej dla Unii sytuacji istniały i istnieją dwa wyjścia: figlarne
ominięcie prawdy i pozostawienie pytania o przyczynę rozbieżności
poglądów bez odpowiedzi, oraz drugie – podjęcie próby odszukania tej
przyczyny bez względu na konsekwencje.
Unia wybrała pierwsze, gdyż drugie byłoby samobójcze. Gdyby
bowiem przyznała, że Coudenhove mówił prawdę, wówczas musiałaby
otwarcie porzucić własną ideologię, cele i metody działania i przyjąć
jego poglądy; gdyby zaś wyraźnie odcięła się od poglądów Coudenhovego
jako fałszywych, musiałaby wytłumaczyć (co było niemożliwe), jak to się
stało, że człowiek ten głoszący nieprawdę porwał za sobą mnóstwo
wybitnych osobistości, położył doktrynalne fundamenty pod ideę
zjednoczenia Europy oraz stworzył elitarną organizację i ruch
stawiający sobie za cel zbudowanie Stanów Zjednoczonych Europy. I jak
to się stało, że po wojnie budowniczowie wspólnot europejskich
nawiązali i ideowo i organizacyjnie do jego dorobku.
Wobec tego oficjalni historycy integracji europejskiej lub
historycy UE przyjaźnie do niej ustosunkowani stosują wobec kwestii
poglądów Coudenhovego mniej lub bardziej dowcipne formy uników,
poprzetykane żartobliwymi powiedzonkami, ale sprowadzające się do
jednej i tej samej tezy: Coudenhove był niewątpliwie człowiekiem
genialnym, a każdy geniusz – jak wiadomo – ma swoje śmiesznostki,
słabostki, niekiedy posuwa się do krańcowości i bywa kontrowersyjny,
ale to wszystko nie podważa jego genialności ani zasług dla integracji
europejskiej, a wręcz dodaje całej jego postaci uroku i barwności.
Np. Paweł Świeboda pisze: jego propozycje nosiły zbyt
duży ładunek idealizmu, aby kiedykolwiek w tym stuleciu mogły być
wprowadzone w życie (…) nie stronił od kontrowersji i
dziwacznych niekiedy pomysłów, (…) jego działania zyskały
miano kontrowersyjnych, a koncepcje zostały rozwodnione na użytek
dialogu z potencjalnymi protektorami (…). Z tym wszystkim jednak
pozostał „ojcem ojców” założycieli pierwszych europejskich wspólnot
gospodarczych, z których rozwinęła się UE („Europa”, nr 1/1998).
Do podobnych wniosków prowadzi inna, na głębszej analizie
oparta charakterystyka Coudenhovego, której autorem jest Jerzy
Łukaszewicz, profesor, a następnie rektor Collčge d’Europe w Brugii, b.
ambasador Polski we Francji, wykładowca historii integracji na
uczelniach polskich. W swej pracy Cel: Europa (Warszawa 2002)
pisze, że Coudenhove ulegał niecierpliwości, która dyktowała mu
ryzykowne uogólnienia w rodzaju federacji paneuropejskiej; że charakteryzowała
go niezręczność ekspresji i zacieranie różnicy między
życzeniami a rzeczywistością; że poza Pan-Europą wprawdzie
dorzucił garść nowych argumentów, ale nie ukazał nowych
horyzontów; że miewał chimery arystokratyczne, a
potęgująca się z wiekiem próżność kosztowała go niejedną porażkę (…) Ale ten sam człowiek wyprzedzał swą epokę (…).
Pan-Europa olśniewa analizą, proroczym charakterem i
nienaruszoną aktualnością. Tę swoją opinię prof. J. Łukaszewicz
przypieczętował cytatem z W. Churchilla, który wyraził się o
Coudenhovem: chociaż jego idea pod względem formy była niedojrzała,
błędna i niewykonalna, to jednak jej impuls i inspiracja były
istotne.
A więc trochę maniak, trochę wizjoner z głową w obłokach,
trochę enfant terrible – dzieciak niezręczny i kłopotliwy,
trochę chimeryk, a jednak geniusz! Takie jednak postawienie sprawy nie
jest odpowiedzią na pytanie o powody rozbieżności między jego poglądami
a zasadami UE, a jedynie unikiem wymijającym rzetelną odpowiedź;
wypowiedzią sformułowaną po to, by się jedynie wydawało, że jest jakąś
odpowiedzią.
W tej sytuacji rozwiązanie problemu nasuwa bardzo prosta i
bardzo prawdopodobna hipoteza: Coudenhove, ogłaszając swe poglądy,
uznane potem przez rzeczników integracji Europy za kontrowersyjne,
dopuścił się jedynie niedyskrecji wobec swych braci wolnomularzy i
mocodawców, gdyż wszystkie kwestie związane z doktryną i realizacją
Paneuropy były dyskutowane w jego loży
„Humanitas”, tam zostały uzgodnione i zaaprobowane. Rzecz tylko w tym,
że do publikacji przeznaczone zostały jedynie te, które ukazały się
potem w Pan-Europie. Tymczasem Coudenhove opublikował także i
te tezy, które miały być do czasu utajnione. Zamieścił je w Praktischer
Idealismus (1925) oraz w Held oder Heiliger (1927).
Dotyczyły one ostatecznych celów Paneuropy, metod oraz środków jej
realizacji. I na tym polegała jego wina, która kosztowała go odsunięcie
po II wojnie światowej od kierownictwa ruchem integracji Europy przez
takich jego inspiratorów, jak J. Monnet czy W. Churchill.
Skąd
brała się „niedyskrecja” Coudenhovego? Czy tylko ze szczerej naiwności,
a może i z chimer arystokraty? Raczej z jego zadufania we własne
zdolności, siłę perswazji, słuszność podjętej walki i imponujących jej
rezultatów, a nade wszystko z pewności poparcia przez możnych i
zakonspirowanych protektorów. Motywy te można zrozumieć, ale trzeba
także zrozumieć i jego przeciwników.
Gdyby po
zakończeniu wojny w 1945 r. i ustaniu okupacji wojennej z jej retoryką
oraz pakietem haseł totalitarnych i rasistowskich rzecznicy integracji
europejskiej pozostawili jej przywództwo Coudenhovemu, który głosił te
same lub zbliżone hasła w latach dwudziestych XX w. i ich nie odwołał
ani z nich nie zrezygnował, to sama idea Paneuropy poniosłaby klęskę.
W
społeczeństwach europejskich nie znalazłaby poparcia, lecz spotkałaby
się z totalną opozycją. Jeśli więc zdecydowano się uczynić z niej
napędową siłę ruchu z udziałem szerokich mas społecznych, nie można
było postawić na jego czele zwolennika elitarnej, dyplomatycznej i
międzypaństwowej metody realizacji Paneuropy. Coudenhovego musiał ktoś
zastąpić, choć oczywiście nie musiał to być – jak to się stało –
zaborczy i ambitny jego rywal Duncan Sandys, zięć Churchilla.
Nie
należy się więc spodziewać, że ta bądź co bądź ważna dla UE rocznica
doktrynalnego sformułowania idei Paneuropy zostanie przez nią należycie
uczczona, a rola Coudenhovego zgodnie z prawdą przedstawiona i
sprawiedliwie oceniona. Byłoby to zbyt kłopotliwe i zbyt niebezpieczne
dla dzisiejszych wielkorządców unijnych. Natomiast na paradoks zakrawa
fakt, że uczucia wdzięczności wobec Coudenhovego budzą się i mogą być
swobodnie wyrażane właśnie wśród opozycji unijnej czy w ogóle
paneuropejskiej. I to zarówno w samej UE, jak i poza nią. Jest on
bowiem człowiekiem, który dostarczył wszelkim przeciwnikom obecnie
realizowanego zjednoczenia Europy niepodważalnych dowodów, jakie są
ostateczne tego zjednoczenia cele, kim mają być rządzeni, kto ma nimi
rządzić, jaką rolę ma w tym odegrać socjalizm i cała cywilizacja
żydowska. I nikt nie może zarzucić, że dowody te są falsyfikatami, jak
to zarzucano protokołom pewnych mędrców, ani że są dziełem antysemity
(ich autor był nie tylko przyjacielem Żydów, ale i ich wielbicielem)
czy produktem tzw. spiskowej teorii dziejów.
Szkoda tylko, że młodzież polska słuchająca wykładów historii
integracji europejskiej nie może poznać całej prawdy o „ojcu ojców” tej
integracji i o jej pionierze, choćby z okazji 80. rocznicy wydania
swego rodzaju manifestu paneuropejskiego, którym była jego Pan-Europa.
Prof. Jerzy Łukaszewicz w pięknym eseju o Coudenhovem, który
otwiera jego wyżej wspomnianą książkę, daje grubą kreską naszkicowany
portret autora Pan-Europy i przedstawia główne wątki jego
działalności. Brak w nim wielu cennych szczegółów, które utonęły w
zgrabnych literackich uogólnieniach. Nie można jednak z tego powodu
robić zarzutu biografowi Coudenhovego, gdyż taka jest natura eseju, że
zwalnia on swego autora od przypisów i drobiazgowych cytatów. Takie np.
ogólne stwierdzenie, że w r. 1924 Coudenhove-Kalergi uzyskuje znaczne
wsparcie finansowe od kierowniczych kół gospodarki niemieckiej (s. 37)
mówi bardzo mało. Gdyby jednak dać czytelnikowi klucz do tych słów w
postaci odpowiedniego odsyłacza, mógłby się on wówczas dowiedzieć
wprost ze wspomnień Coudenhovego, że pierwszy zastrzyk finansowy
otrzymał on od słynnego bankiera i finansisty hamburskiego, Maksa
Warburga, który po przeczytaniu Pan-Europy zobowiązał się
przeznaczać przez trzy lata na rozwinięcie ruchu paneuropejskiego po 60
tys. marek w złocie. Był to ten sam Maks Warburg, który w 1916 r.
finansował rewolucyjną działalność Trockiego i jego współtowarzyszy.
Niestety, polscy adepci historii integracji europejskiej,
przygotowujący się do objęcia stanowisk w administracji unijnej, tego
się nie dowiedzą. A szkoda, gdyż tego rodzaju wiadomości pochodzące z
autentycznych źródeł mogą okazać się bardzo pomocne do zrozumienia
niejednej tajemnicy, niejednej trudności i niejednego problemu, które
pojawią się na drodze rozwoju Unii Europejskiej.