Konrad Turzyński
Życie Religijne
„Państwo wyznaniowe”?
NPW 7-8,
2003
Gdyby zarzut o wprowadzaniu „prawa wyznaniowego” tylko
jednego (CZYŻBY NAPRAWDĘ TYLKO JEDNEGO, KATOLICKIEGO?) wyznania
potraktować poważnie, a więc konsekwentnie, to mnóstwo przepisów
kodeksu karnego i kodeksu wykroczeń powinno być oprotestowanych przez
zwolenników swoiście rozumianej świeckości państwa z tego samego
powodu: jako reprezentujące etykę religijną (np. przykazania Dekalogu)
w obrębie świeckiego prawa państwowego. Co więcej, są to na ogół
przepisy uchwalone pod rządami komunistów, a więc nie „podejrzane” o
to, że uchwalający je posłowie kierowali się „wyznaniową” motywacją.
Jest to temat sam w sobie ciekawy, ale obszerny i wart osobnego
potraktowania. W odniesieniu do tychże kodeksów, w ich brzmieniach
ówcześnie obowiązujących, pozwoliłem sobie dokonać taką analizę w
artykule pt. O konsekwentną dekonfesjonalizację prawa karnego,
który ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 27 z 2 lipca 1994 r.
na s. VIII-IX. (Artykuł ukazał się pod szyderczym – jak też cała jego
treść – pseudonimem „Cezary Baryka junior”). Otóż wypatroszenie prawa
karnego materialnego z wszelkich przepisów, którym (na tej samej
zasadzie, jak to się dzieje w odniesieniu do kwestii sztucznych
poronień) krzewiciele Postępu mogliby „zarzucić” przenoszenie Dekalogu
do sfery prawa świeckiego (a więc narzucanie religijnego punktu
widzenia osobom bezwyznaniowym), sprawiłoby, że wśród czynów karalnych
ostałyby się bodajże tylko takie, które godzą wyłącznie w
państwo albo w porządek publiczny (jak np. szpiegostwo).
Orzeczenie TK
przyczyniło się też do wznowienia pomysłu referendum w sprawie
karalności sztucznych poronień. I znowu – jedni są za tym, bo liczą na
to, że większość głosujących poprze utrzymanie niekaralności aborcji ze
względu na trudną sytuację finansową lub osobistą ciężarnej matki (tzn.
prawie „na życzenie”, bowiem tego rodzaju wzgląd jest łatwy do
nadużywania), a inni są przeciw, twierdząc, że nie godzi się głosować
nad: * piątym przykazaniem Bożym, ** moralnością, ***
prawem naturalnym, **** prawem człowieka do życia (niepotrzebne
skreślić). Ci drudzy, jak przypuszczam, w większości na serio i nie z
niskich pobudek są za ochroną ludzkich pisklątek, ale za bardziej
prawdopodobny uważają niepomyślny z ich punktu widzenia wynik owego
głosowania i, nie chcąc tego głośno przyznać, podają zastępczy
argument. Moim zdaniem jest to argument bałamutny – słuszny,
ale nietrafnie zastosowany. Nad żadną z tych czterech wartości nie
godzi się głosować, ale takie głosowanie i tak nie miałoby sensu.
Dla uzasadnienia tej
opinii posłużę się tu zaskakującym przykładem z pierwszej, jeszcze
hurrakomunistycznej powieści Stanisława Lema pt. Astronauci.
Czytamy tam: „O głos poprosił docent Dżugadze z sekcji logików.
[...] Nie znając prawdy na pewno, zdani jesteśmy na nasze
przypuszczenia i dlatego wszyscy możemy się na ten temat wypowiedzieć.
Natomiast [...] nie można rozstrzygnąć głosowaniem, czy dach tego
budynku jest ze szkła, czy z metalu. W tym celu należałoby po prostu
spytać architekta, który go budował. Chodzi bowiem o pewne fakty
wiadome specjalistom i oni muszą się w tej sprawie wypowiedzieć.
Wniosek logika przyjęto” (cyt. za wyd. VII, „Czytelnik”, Warszawa
1970, s. 38).
Ten cytat stanowił przemycenie
w czasach stalinowskich zupełnie „nieprawomyślnej” (z punktu widzenia
lewicy) koncepcji prawdy – bliskiej klasycznej definicji prawdy,
którą proponowali: najpierw pogański filozof Arystoteles ze
Stagiry w IV w. przed Chrystusem, a w ślad za nim chrześcijański
filozof św. Tomasz z Akwinu w XIII w. po Chrystusie. Jest to zarazem jaskrawo
niezgodne z marksistowską koncepcją głoszącą, że prawdą jest to, co
służy „rewolucji proletariackiej”, a fałszem to, co jej nie służy...
Podobnie wszakże takie dziedziny aktywności ludzkiej jak: teologia
i biblistyka (a propos autorstwa i znaczenia V przykazania
Dekalogu), etyka (a propos norm moralnych) oraz
filozofia prawa (a propos prawa naturalnego) mają sobie
właściwe metody ustalania, co jest, a co nie jest obiektywną prawdą.
Ci zaś ludzie, którzy
broniąc legalności aborcji powołują się na „prawa kobiet” (a nie
zauważyłem innych, nie tak argumentujących), mimowolnie przyznają, że
kobieta dlatego, iż jest człowiekiem, ma pewne prawa – czyli
pośrednio przyznają, że przysługiwanie człowiekowi pewnych praw jest
faktem obiektywnym, a nie jakimś roszczeniem, które można
dowolnie potraktować. Nie można więc bez zaprzeczenia sobie
powiedzieć, że coś podobnego nie dotyczy człowieka przed narodzeniem
– chyba że się zaprzeczy innej obiektywnej prawdzie, tej mianowicie, że
według wszelkich ustaleń wiedzy ludzkiej człowiek istnieje jako
człowiek już od poczęcia, a nie od jakiegoś późniejszego, arbitralnie
ustalanego etapu swojego osobniczego rozwoju.
Nie potrzeba było robić
referendów, abyśmy wiedzieli, że dawno temu większość ludzkości
poparłaby pogląd o ruchu Słońca wokół Ziemi, a mniej dawno temu –
pogląd dokładnie odwrotny. Czy w ciągu ostatnich paru stuleci w związku
z tą różnicą ludzkich opinii zmieniły się zjawiska we wszechświecie?
Referendum nie uchyliłoby ani nie potwierdziłoby niczyjej racji, a
tylko wykazałoby tyle, co każda ankieta. Tak samo, jak głosowanie w
sprawie uznania zdania „2 + 2 = 4” albo twierdzenia Pitagorasa! (Choćby
tylko jedna miliardowa obecnej ludzkości uznawała, że dwa i dwa to
cztery, to i tak to pozostawałoby prawdą. Podobnie, choćby tylko 6 lub
7 osób na świecie podzielało pogląd, że należy karać za zabicie dziecka
w brzuchu matki, to i tak byłby to pogląd słuszny). Takie głosowanie
prawnie byłoby tyle warte, co sondaże na temat winy lub niewinności
niejakiego „Olina”; chyba żaden sędzia nie poważyłby się wyrokować w
jego sprawie na podstawie ustaleń socjologów... Przecież jednak referendum
nie tylko nie powinno, ale ze swej natury nie może być
głosowaniem nad owymi wartościami: natomiast jako czynność, do której
są przypisane skutki prawne, byłoby tylko głosowaniem nad tym, czy
więcej obywateli jest za, czy przeciw zaprzęgnięciu prawa karnego do
ochrony życia dzieci poczętych. I niczym więcej.
Toteż nie jestem
przeciwnikiem referendum w takiej sprawie: obawa, że byłoby to
głosowanie nad piątym przykazaniem, nie trafiają do mojego przekonania.
Nie głosowanie jest źródłem przykazań Bożych i także nie
głosowanie może zmienić ich treść (albo je uchylić). Gdyby
kiedykolwiek do takiego referendum doszło, ludzie wierzący w
nadprzyrodzone pochodzenie Dekalogu powinni wziąć w nim udział, aby dać
świadectwo, że życzą sobie, żeby tak doniosła norma moralna była
sankcjonowana także prawem stanowionym. Wszyscy – wierzący i
niewierzący – którzy są przekonani, że prawo do życia posiadają również
dzieci w całym okresie przed narodzeniem, powinni również wziąć
udział w takim referendum i poprzeć takie rozstrzygnięcie, które
zwiększa ochronę życia owych dzieci. Dopóki przed umyślnie zadaną
śmiercią nie chroni ich nic oprócz dobrej woli ich matek, dopóty (z ich
punktu widzenia) jest mało ważne, czy przeżyją dzięki miłości
macierzyńskiej, czy tylko dzięki czyjemuś strachowi przed
odpowiedzialnością karną. Zresztą nieraz można było w niedawnej
przeszłości spotykać argument: na takich nie głosujmy, bo oni są za
swobodą aborcji – czy wobec tego wybory nie przeradzają się w swoiste
„referendum aborcyjne”? Zarówno wzgląd moralny (danie
świadectwa), jak też wzgląd pragmatyczny (dbałość o możliwie
skuteczną ochronę prawną nasciturusów) przemawiają ZA
uczestnictwem w takim ewentualnym referendum i oczywiście – ZA
poparciem opcji “pro life”.
Natomiast głosowanie
nie jest sposobem na rozpoznanie, czy prawo naturalne zawiera normę
odnoszącą się do życia ludzkiego ani jaka jest jej treść. Dokładnie
tak samo, jak nie jest sposobem na rozpoznanie, z jakiego materiału
wykonano dach budynku, na ustalenie, czy prawdziwe jest twierdzenie
Pitagorasa ani czy Ziemia krąży wokół Słońca. Od tego są fachowcy i to
oni powinni mieć „sposoby” na ustalenie, co jest prawdą. Tak jak w
przykładzie z powieści Stanisława Lema. Poparcie nawet 99% uczestników
referendum dla swobody aborcji albo eutanazji nie zmieniłoby faktu, że
zabijanie dzieci nienarodzonych jest ciężką i ohydną zbrodnią przeciwko
prawu naturalnemu, tak jak były takowymi zbrodnie popełnione przez
narodowych socjalistów, chociaż były czynami tolerowanymi albo wręcz
nakazywanymi przez prawo stanowione w III Rzeszy Niemieckiej. Aborter
powinien liczyć się z konsekwencjami analogicznymi do tych, jakie
spotkały podsądnych w procesie norymberskim, zaś ew. obowiązywanie
ustawy zezwalającej na tak zwane „przerywanie ciąży” nie może być dla
niego żadną wymówką! (Tym bardziej gdy owa ustawa jest sprzeczna z
normą prawa międzynarodowego pisanego, a mianowicie z art. 2
Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.)
To tu właśnie ma
zastosowanie idea wyższości prawa naturalnego nad stanowionym!
Dlatego choćby 85% uprawnionych do głosowania obywateli RP wzięło
udział w referendum aborcyjnym i choćby np. trzy czwarte głosujących
poparło legalność sztucznych poronień, nawet na każde, nie umotywowane
żądanie kobiety ciężarnej, to ci, od których zależałoby ustanowienie
prawa realizującego życzenie owej większości, byliby winni współudziału
w wielkim złu – nie tylko w grzechu wobec Boga (jak uważam jako
człowiek wierzący), ale także w niegodziwości wobec ludzi (także wobec
tych, którzy głosowali za aborcją, ale przede wszystkim – wobec tych,
którym odebranoby życie pod pretekstem wykonywania takiej nieludzkiej
ustawy). Przecież to właśnie dlatego w procesie
norymberskim skazano zbrodniarzy hitlerowskich – nie za łamanie prawa
stanowionego w ich demokratycznej (tak!) republice zwanej Rzeszą
Niemiecką, bo przecież oni właśnie działali zgodnie z (tym) prawem, ale
skazano ich za łamanie innego prawa – nadrzędnego prawa
naturalnego. Tych, którzy całą tą nazistowską machiną zbrodni
sterowali, można by oskarżyć o łamanie przedwojennych praw
(u)stanowionych we wszystkich krajach okupowanych przez Wehrmacht, ale
procesów byłoby wówczas co najmniej tyle, ile owych krajów. A przecież
i tak było (i jest!) oczywiste, że i we Francji, i w Polsce, i w
Grecji, i w Holandii itd. takie postępki jak zabójstwo, pozbawienie
wolności albo kradzież były przestępstwami, więc...
Nieprzypadkowo użyłem
dwa razy słowa „demokracja” w kontekście hitleryzmu. Nie tylko NSDAP i
przedtem jej siostrzana partia włoskich faszystów (to też odmiana
socjalizmu, wzorująca się na Leninie, tak jak Hitler na Marksie!)
skorzystały na demokracji, wygrywając wolne wybory. Chrześcijanie (i
pewnie nie tylko oni) wiedzą, że na swojego rodzaju demokracji
(bezpośredniej, czyli typu „referendalnego”!) skorzystali też wrogowie
Jezusa, którzy poprzez tłum skandujący „ukrzyżuj go!” doprowadzili do
[zatwierdzenia] wyroku śmierci u Piłata, który wszak nie dopatrzył się
żadnej winy w Jezusie. Podobnie wcześniej w Atenach skazano na śmierć
Sokratesa. Tam było trochę inaczej: Sokratesa skazano nie za domniemaną
herezję i bluźnierstwo (jak Jezusa), ale za domniemany ateizm, zaś
głosowanie było tajne (bez samonapędzających się uczuć stadnych), a nie
jawne (jak w Jerozolimie). Można demokratycznie skazać na śmierć (albo
na zwiększone ryzyko śmierci) całe kategorie ludzi, na przykład za
pochodzenie społeczne (w „demokracji Robespierre’a”), za porzucenie
religii państwowej i przyjęcie chrześcijaństwa (jak w niektórych
państwach islamskich), za pochodzenie etniczne (jak Żydów w „demokracji
Hitlera”) albo za zbyt niski wiek, nie przekraczający przepisanej
liczby dni, licząc od poczęcia (jak w „demokracji Kwaśniewskiego” i
wielu innych współczesnych demokracjach).
Prawo naturalne to jest
właśnie to, na co często powołują się katoliccy obrońcy nie
narodzonych, a co chyba właśnie dlatego bywa namiętnie
krytykowane przez lewicowców, z użyciem zupełnie chybionego straszaka
„ajatollahów”. A tymczasem właśnie prawo naturalne było
przedmiotem rozważań Arystotelesa i innych pogańskich filozofów
starożytnych, a św. Tomasz przejął koncepcję owego prawa w takiej
postaci, która nie potrzebowała ani chrześcijaństwa, ani żadnej innej
wiary religijnej do swego uzasadnienia! Taki punkt widzenia – i to
właśnie w zastosowaniu do problemu sztucznych poronień! – znajduje
potwierdzenie w słowach obecnej głowy Kościoła. Papież Jan Paweł II w
grudniu 1987 r. w Rzymie przemówił do uczestników kongresu na
temat „Prawo do życia a Europa”, między innymi tymi słowy:
„Bezwarunkowe
poszanowanie prawa do życia osoby ludzkiej już poczętej, a jeszcze nie
narodzonej, jest jednym z fundamentów, na których opiera się każde
cywilizowane społeczeństwo [...]. Nie trzeba powoływać się na
zasady wiary chrześcijańskiej, by zrozumieć te podstawowe prawdy.
Odwołując się do nich, Kościół nie dąży do wprowadzania państwa
chrześcijańskiego, pragnie jedynie popierać rozwój państwa ludzkiego.
Takiego państwa, które uznaje za swój główny obowiązek obronę
podstawowych praw osoby ludzkiej, a zwłaszcza najsłabszych”.
Znany polski liberał
Janusz Korwin-Mikke (który zresztą wielokrotnie deklarował się jako
katolik) dopowiadał na ten temat nieraz, że z punktu widzenia kogoś
nie wierzącego w życie pozagrobowe zabicie dziecka nienarodzonego (jak
też każdego innego człowieka!) jest jeszcze bardziej naganne niż z
punktu widzenia osoby w życie pozagrobowe wierzącej, bowiem to
oznacza odebranie zabijanemu człowiekowi JEDYNEGO (a mianowicie:
doczesnego) życia! Ci, którzy w imię postulowanej przez nich wybiórczej
„neutralności światopoglądowej” państwa zwalczają sprzeciw ludzi
religijnych wobec „aborcji”, jakoś dziwnie nie dostrzegają tej swojej
niekonsekwencji... Nie dostrzegają, bo nie chcą dostrzegać!
Prof. Maria Szyszkowska
napisała sporo na temat prawa naturalnego. Mam tu na myśli zwłaszcza
cztery książki tej autorki: Dociekania nad prawem natury czyli o
potrzebach człowieka (IW PAX, Warszawa 1972), U źródeł
współczesnej filozofii prawa i filozofii człowieka (IW PAX,
Warszawa 1973), Teorie prawa natury XX wieku w Polsce
(PWN, Warszawa 1982) oraz Filozofia prawa i filozofia człowieka
(Instytut Wydawniczy „PAX”, Warszawa 1989), które mają służyć
syntetyzowaniu światopoglądów Immanuela Kanta i Karola Marksa na rzecz
ideologii socjalizmu... I pisała o prawie naturalnym aprobująco!
Czytamy tam na przykład:
„Powolne odradzanie
się filozofii prawa w Polsce po II wojnie światowej – mimo
nieprzychylnej atmosfery, o czym dalej – wymaga przybliżenia tej
dziedziny, w tym jej głównego przedmiotu dociekań: prawa natury.
[...] Autorka niniejszej książki od przeszło dziesięciu lat,
wychodząc z innego stanowiska filozoficznego [neokantyzmu – K. T.],
też dopomina się w książkach i artykułach o odrodzenie
filozofii prawa” (M. Szyszkowska, Filozofia
prawa i filozofia człowieka, s. 16 i 50, podkreślenia K. T.)
Z jej publikacji
(chociaż nie tylko stamtąd!) można właśnie się dowiedzieć, że prawo
naturalne to nie wynalazek katolików ani w ogóle chrześcijan, ani nawet
wyznawców religii mojżeszowej. To koncepcja wypracowana w starożytnej,
przedchrześcijańskiej Grecji, a jej współautorzy, jeśli byli bliscy w
swych przekonaniach temu, co zawiera tradycja judeochrześcijańska, to
tylko o tyle, że zapewne część z nich wyznawała deizm (wiara w Boga
Stwórcę, ale nie w boską opatrzność ani w pozagrobowy wymiar
sprawiedliwości, raczej też nie w Boga jako Prawodawcę moralnego). Aż
dziwne, że np. Izabella Sierakowska, współczesna polskojęzyczna „La
Passionaria”, namiętnie walcząca swojego czasu m.in. także przeciwko
koncepcji prawa naturalnego, nie spowodowała wyrzucenia prof.
Szyszkowskiej z SLD, a przynajmniej – z klubu parlamentarnego tego
ugrupowania. Może w duchu ziejącej tolerancji Stowarzyszenie
Leciwych Demagogów po prostu traktuje panią profesor jako enfant
terrible? Prof. Szyszkowska po latach wszak okazuje się (mimowolną)
sprawczynią... znacznej dywersji ideowej po stronie lewicy.
Ale nie tylko pojęcie
prawa naturalnego jest dorobkiem tych, którzy kładli podwaliny pod
naszą europejską (albo lepiej: śródziemnomorską) kulturę. Również w tej
konkretnej kwestii, o którą tu chodzi i która sprawiła, że sprawy
dotyczące prawa naturalnego stosunkowo niedawno znowu były namiętnie
dyskutowane, a mianowicie – w sprawie poszanowania życia ludzkiego,
pierwszy kategoryczny imperatyw, zabraniający zabijać nienarodzonych, a
także dokonywać eutanazji, pochodzi od przedchrześcijańskich
starożytnych Greków: „Nikomu, nawet na żądanie, nie dam
śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też
nie dam nigdy niewieście środka poronnego”. Jest to fragment
tzw. przysięgi Hipokratesa. Ojciec medycyny, czyli
właśnie Hipokrates z Kos, żył na przełomie V i IV w. przed Chrystusem
czyli przed Arystotelesem, więc nawet nie mógł skorzystać z
jego dorobku w odniesieniu do prawa naturalnego. Zakaz podania środka
poronnego kobiecie brzemiennej, jak też zakaz dobicia śmiertelnie
chorego pacjenta pojawiły się więc na gruncie systemu wartości
bliskiego temu, co w naszych czasach bywa nazywane „etyką naturalną”
albo „etyką niezależną”. Takie systemy bywają upragnione przez tych,
którzy chcieliby zademonstrować, że nie potrzeba im żadnego
nadprzyrodzonego Objawienia, aby wiedzieć, co jest dobre, a co – złe
(por. Księga Rodzaju 3:5). O ironio: dzisiaj jednak zakaz
aborcji, jak też zakaz eutanazji bywa zwalczany w imię „świeckości”
prawa państwowego! Owe zakazy bywają też zwalczane w imię „Europy” –
podczas, gdy o ile „Europa” ma być nie tylko zwykłą nazwą, ale ma
posiadać wydźwięk aksjologiczny, powinna mieścić w sobie także m.in. te
zakazy! Europa będąca ostoją „cywilizacji śmierci” to nie jest Europa!!
Dopiero po setkach lat spotkanie świata helleńskiego ze światem Biblii
(z mozaizmem a potem z chrystianizmem) sprawiło, że to, do czego
najwybitniejsi spośród pogan doszli wysiłkiem własnych umysłów, okazało
się posiadać sankcję nadprzyrodzoną w postaci przykazania „NIE
ZABIJAJ!” Ci, którzy chcieliby w „majestacie prawa” kwestionować
te podwaliny naszej europejskiej kultury, stawiają siebie nie tylko
przeciwko Dekalogowi, przeciwko religii objawionej, ale cofają Europę
do barbarzyństwa jeszcze dawniejszego niż to, któremu stawiali czoła
apostołowie Jezusa Chrystusa. Kto zaś powiada, że „Europa” to
swoboda dla aborcji i dla eutanazji, ten – poza wszystkim – po prostu
nie wie, co mówi!
Powrót do strony
głównej
Archiwum
Powrót
do strony głównej NPW
|