Tadeusz Gerstenkorn
Oświata, Kultura, Wychowanie
EGZAMINY
NPW 7-8,
2003
Maj, czerwiec i część lipca to miesiące rozlicznych egzaminów.
Termin egzamin, z łacińskiego examen, znaczy dosłownie badanie,
roztrząsanie, sprawdzanie. Dokładniej biorąc, chodzi o sprawdzanie
przez osoby kompetentne czyichś wiadomości z danej dziedziny lub też
niezbędnych umiejętności fachowych u osób starających się o uzyskanie
określonych uprawnień. Stąd też mamy na przykład egzamin do gimnazjum,
do liceum, na studia i dalej: licencjacki, magisterski, doktorski.
Spotykamy też egzaminy konkursowe do szkół specjalistycznych, np.
muzycznych, teatralnych. A więc egzamin to jakiś sprawdzian o różnej
formie: ustny, pisemny, testowy. Zdają go uczniowie, studenci,
rzemieślnicy (np. czeladnicy).
Zachodzi pytanie, czy
tak naprawdę nie zdajemy egzaminów my wszyscy, każdy z nas z osobna,
codziennie, i to przed społeczeństwem, przed Bogiem i historią. Chwila
refleksji nad tym problemem.
Egzamin życiowy zdają
młodzi ludzie, gdy decydują się na zawiązanie małżeństwa. Jest to
wzięcie na siebie odpowiedzialności nie tylko przed ukochanym
człowiekiem, ale także stwierdzenie, iż poważnie traktuje się swe
otoczenie i społeczeństwo, bowiem z tych dwojga osób powstaje zazwyczaj
najmniejsza społeczność, jaką jest
rodzina, tj. rodzice i dzieci. Stąd potrzeba instytucji świadków przy
ślubie, a także zwyczajowy udział rodziny, krewnych i przyjaciół.
Rodzice zdają egzamin codziennie, wychowując siebie nawzajem i
wychowując swe dzieci. Obecny obraz tej sytuacji nie jest najlepszy.
Duża i narastająca liczba rozwodów lub separacji, zdarzające się
przypadki aborcji, zaniedbań dzieci, które są często głodne i
opuszczone, choć nie osierocone. Brak troski odbija się na postępach w
nauce, sprzyja tworzeniu młodzieżowych grup nieformalnych, czasami
nawet przestępczych; panuje wszechwładnie slang uliczny, pełen wyrazów
i zwrotów nie nadających się do przytoczenia.
Kłopoty wychowawcze z
dziećmi zaczynają się najczęściej już w szkole podstawowej, ale
narastają zwłaszcza w gimnazjum. Zachowania części młodzieży w
niektórych szkołach są porównywalne z tzw. falą w wojsku. Zaczyna to
być nawet niebezpieczne. Jak borykają się z tymi problemami (także
dotyczącymi próbowania narkotyków) wychowawcy i katecheci, widać
wyraźnie z rozmów z nimi. Szczególnie trudny do zwalczenia jest problem
ściągania, który nie jest traktowany jako nieuczciwość (może nawet
kradzież), ale jako sport, zręczność lub umiejętność życia. Dziwne, że to wszystko dzieje się w społeczeństwie niby
katolickim, ale tyle w nim kradzieży, bandytyzmu, malwersacji i
korupcji, czyli wszelkiego rodzaju przestępczości. Przestępcy czują się
bezkarni, są wręcz bezczelni.
Nauczyciele też zdają
egzaminy, nie tylko kwalifikacyjne, ale przede wszystkim przed
powierzoną ich pieczy i kształceniu dziatwą i młodzieżą. Niektórzy są
szczególnie uzdolnieni pedagogicznie i ukochani przez swych
wychowanków. Nauczycielka pewnej łódzkiej szkoły nie gani oficjalnie
pierwszaków wobec całej klasy, ale każdemu szepcze do ucha, jakie
popełnił błędy, a głośno chwali za dobre czyny i wyniki.
Zdarza się jednak
czasami w szkole oschłość i obojętność. To źle
wpływa na uczniów i nie zachęca ich do postępów i nauki. Im dalej, tym
trudności się piętrzą. Z przerażeniem patrzę na niektórych studentów
pierwszego roku studiów. Jakim sposobem zdobyli maturę? Ich wiedza nie
przekracza czasami szkoły podstawowej. Skąd się to bierze, iż znajdują
się studenci, nawet kursu magisterskiego, którzy nie radzą sobie
zupełnie z procentami? Dotyczy to zresztą nie tylko szkół prywatnych,
choć tam jest to szczególnie zauważalne, ponieważ przymykanie oczu na
podstawową wiedzę na kierunkach i w uczelniach płatnych jest niemal
nagminne. Gdy nie chciałem się zgodzić w jednej z takich szkół na
postawienie oceny dostatecznej przy braku umiejętności obliczenia
średniej arytmetycznej z kilku liczb całkowitych na egzaminie ze
statystyki (na 2. roku studiów!), to musiałem tę szkołę opuścić. Wiąże
się to także ze sprawami wychowawczymi i zachowania studentów. Gdy nie
zgadzałem się na tworzenie z sali wykładowej widowiska uciech, to
zostałem oskarżony przez studentów o brak kultury, co zresztą
zaakceptowała szkoła. Studenci w takiej szkole mogą robić wszystko w
czasie wykładu: rozmawiać, czytać gazetę, posługiwać się telefonami,
śmiać się, obejmować itp., a przede wszystkim
mało się przykładać do nauki. Przecież płacą – to wystarcza.
Wykładowca, jeśli się chce w takiej szkole utrzymać, musi na to
wszystko zezwalać. Ocena kultury należy obecnie do studenta, on wie
wszystko lepiej. Jeśli nie umie, to ma prawo do wielu powtórek, tak aż
się egzaminator zmęczy. Jeśli zaś przypadkiem jest (o zgrozo!)
nieustępliwy, to go na zlecenie szkoły zastąpi przy nieudacznym
studencie ktoś inny. Nic zatem dziwnego, że zaistniała afera z nadaniem
tytułu magistra w zacnej Alma Mater w sposób, delikatnie mówiąc,
nieprzyzwoity. I co najciekawsze, obeszło się właściwie bez wyraźnych
skutków ubocznych dla zespołu orzekającego, a zwłaszcza
przewodniczącego. A tak naprawdę należałoby porządnie
sprawdzić także wiedzę i morale całej komisji. Ale kto to zrobi?!
Brałem długie lata
udział w tzw. wysokich radach i wiem, jak to się czasem odbywa. Jak
trzeba, to recenzje są wspaniałe, niemal piejące z zachwytu; jeśli zaś
ktoś jest niewygodny, to nawet przy doktoracie lub habilitacji można go
tak pytać jak kursowego studenta, co na myśl przyjdzie, niech się
wykazuje wiedzą nie związaną bezpośrednio z jego tematem. Ma przecież
wiedzieć wszystko, jest bowiem osobą niezbyt pożądaną, a takiej można
wykazać, że w czymś nie dostaje. Może mieć nawet dobre recenzje
znakomitych uczonych, mieć duży dorobek naukowy. To nic nie znaczy; nie
podoba się, a wysoka rada poddaje się
presji elokwentnego kolegi i głosuje po jego myśli. Kwestie
odpowiedzialności zawodowej, naukowej, a przede wszystkim etycznej, nie
wchodzą w takim przypadku w rachubę. Czyż tak trudno zauważyć, że mamy
tak mało profesorów pełnych godności, bijących z daleka wysoką kulturą,
z szacunkiem odnoszących się do kolegów, studentów i osób ubiegających
się o stopnie naukowe? Jak to możliwe, że pewne uczelniane sprawy
sporne muszą być rozstrzygane aż przez naczelne sądy, gdyż środowisko
jest szczelne i nieustępliwe, a o naprawieniu krzywd nie ma mowy.
Nadszarpnięty byłby bowiem autorytet, nawet jeśli był wątpliwy. Trudno
się zresztą temu dziwić. Szkolnictwo to przecież część społeczności, w
której dzieją się ostatnio przeróżne niedobre rzeczy; wiele organizacji
i ugrupowań politycznych się nie sprawdza, ale ogółowi to jakoś nie
przeszkadza. Poddaje się biernie propagandzie, finansowanej w dziwny
sposób lub przez osoby bardzo wątpliwe moralnie, i nawet w
rozstrzygających dla kraju momentach głosuje bezmyślnie, zakładając sam
sobie stryczek na szyję. Nie pomogą potem protesty. Władza sobie z tym
poradzi. Zatrważające jest, że niemal połowa obywateli tego kraju nie
spełniła najważniejszego wobec Ojczyzny obowiązku w ostatnim
głosowaniu. Nie czują się widocznie Polakami, los ich Matki jest im
zupełnie obojętny. Stanowią bezwolną masę, która czeka na pokierowanie
nią, obojętnie, kim będzie dowodzący i jaki los im zgotuje.
Niedawno (18 maja)
ukazał się w Przeglądzie w dziale Opinie artykuł Jacentego Wertyczki
(pseudonim) pt. Zuzanna i starcy – Polską nauką rządzą emeryci, którzy
bezwzględnie wyzyskują setki młodych uczonych. Autor twierdzi, że
„tylko w polskiej nauce możliwe jest pobieranie emerytury i jednoczesne
wieloletnie zasiadanie – bo przecież nie praca! – na kilku etatach”.
Niestety, egzamin publicystyczny nie wypadł tu dobrze. Pomijam pewną
zgryźliwość tej publikacji. Jest chyba dla każdego oczywiste, że
emerytura jest wypracowanym indywidualnym dobrem, które się każdemu
należy bez względu na to, czym się człowiek po jej uzyskaniu zajmuje.
Poza tym, jeśli ktoś po przejściu na emeryturę jeszcze pracuje (autor
to nazywa zasiadaniem), to tylko dlatego, że emerytury nauczycielskie,
a nawet profesorskie, sa niezwykle skromne, a uczony ma nieco większe
potrzeby niż pielenie ogródka czy działki lub oglądanie wątpliwej
wartości TV. Jeśli ma więc okazję, to dorabia. Zwłaszcza że nasze prawo
jest tak cudaczne, że profesor-emeryt, jeśli z łaski na uciechę jeszcze
pracuje nadal w swojej państwowej uczelni, to na cząstkę etatu, co
nawet nie pokrywa mu kosztów książek i czasopism. Może natomiast
pracować (przepraszam: zasiadać) w szkole prywatnej, ale ta zatrudnia
wówczas, jeśli jest to specjalność obecnie chodliwa, i to tylko na tzw.
pierwszy etat. Jak to jest możliwe, by mieć parę etatów – tego nie
wiem, i autor artykułu tego nie zdradza.
Jeden z podtytułów
orzeka: „szerzy się zjawisko zatrudniania na stanowiskach dzieci i
wnuków profesorskich”. Stwierdzenie to, w intencji autora naganne, nie
może być w pełni zaakceptowane. Moim zdaniem wcale nie jest źle, jeśli
jest kontynuacja zawodowej tradycji rodzinnej, tylko pod warunkiem, że
z pokolenia na pokolenie wykorzystuje się wniesione doświadczenie i
pnie się w górę zdobytą przez przodka wiedzę. Niejednokrotnie szczycimy
się rodami o wielkich tradycjach i zasługach dla Polski. Dzieci powinny
być oczywiście dumne z osiągnięć swych ojców i dziadów, ale muszą same
wypracowywać swe zasługi i stanowiska. Źle się natomiast dzieje, jeśli
osiągane jest to drogą protekcji i wymuszanych względów. Otóż gdy
przychodzi okres egzaminów, na przykład tak jak teraz, to rozdzwaniają
się niejednokrotnie telefony do egzaminatorów: Mój syn (córka, wnuk,
wnuczka) zdaje u Pana/i egzamin. To bardzo dobry student. Nie wypada,
by miał inną ocenę niż bardzo dobrą. Kto się przeciwstawi takiemu
dictum? Przecież powiązania są duże: recenzje, wpływy przy doktoratach,
habilitacjach, wnioskach profesorskich. Brak zwykłej uczciwości czy już
raczej koteria?
Przykład idzie z góry.
Więc doktorzy habilitowani, widząc piękne perspektywy zostania szybko
profesorami (zwłaszcza gdy otwiera się szansa opróżnienia fotela
profesorskiego przez starszego kolegę), na gwałt promują (koniecznie
dwóch – bo tak mówią przepisy) doktorantów, nie bacząc, czy naprawdę
poziom ich dokonań jest wysoki. A skąd się biorą setki prac wspólnych,
z których chlubią się niektórzy autorzy? Na niektórych uczelniach
ukształtował się powszechny (kompletnie nieetyczny) zwyczaj dopisywania
(niejednokrotnie wymuszonego) nazwiska kierownika katedry, który poza
zapoznaniem się z tytułem nie ma z tą pracą nic wspólnego. C’est la vie! A jak jest z tzw. konkursami? Przydałoby się
wnikliwiej na to popatrzeć. Ale znowu – kto to ma zrobić?
I ostatni podtytuł z
wymienionego artykułu: „W polskiej nauce gerontokracja skumana z
kumoterstwem i nepotyzmem przeobraża się w dynastyczność i klanowość”.
Mój Boże! Czy dotyczy to tylko nauki, czy też jest to powszechnym
zjawiskiem naszego życia społecznego i politycznego? Przecież w UE już
się szykują nowe, dobre posady. Urzędników potrzeba moc!
Jakie z tego wyjście?
Wytrwała ciężka praca, a przede wszystkim współpraca domu, szkoły i
Kościoła. Niewątpliwie będą ogromne trudności. Rodziny są często
rozbite, zapracowane, bez środków do życia. Szkoła poddana presji
ideologicznej, co kłóci się niejednokrotnie z duchem rodzinnego domu.
Katecheci nie zawsze sobie radzą z trudną dziatwą i młodzieżą. Postawy
duchownych w kwestiach narodowo ważnych nie są jednoznaczne, a kazania
bardzo rzadko mają styl księdza Skargi. To smutne, że nie jest nam
obecnie dane słyszeć patriotycznych kazań lub homilii. Pozytywne
przypadki należą do rzadkości. Społeczeństwo biednieje. Mam nadzieję,
że księżom i biskupom odnoszącym się z ufnością i nadzieją do Unii
instytucja ta wydatnie pomoże, bo nas już na to nie będzie stać po
przewidywanych podwyżkach cen i podatków. Liturgia to nie wszystko.
Nawet w czasach zniewolenia Kościół budził ducha w narodzie i go
podtrzymywał. Tysiące księży oddało za to życie w obozach śmierci. W
mediach nagłaśniani są tylko ci duchowni,
których styl myślenia nie odbiega od uznawanych politycznie kategorii.
A zatem egzaminy zdajemy
wszyscy. Anna Jenke, nauczycielka i wychowawczyni młodzieży, wielka
patriotka, pisała ze smutkiem:
My Polacy umiemy
być bohaterami w niewoli,
lecz żyć dla
Ojczyzny nikt nas nie nauczył
Egzaminy,
egzaminy. Kto je w Polsce zdaje na celująco?!
Powrót do strony
głównej
Archiwum
Powrót
do strony głównej NPW
|