ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Kazimierz Murasiewicz

Polityka i Strategia

Między iluzją a zdradą


NPW 5-6, 2003
 

Słuchając wypowiedzi poprawnościowych polityków i massmedialnych dziennikarzy, trudno oprzeć się wrażeniu, że polskie „elity” dźwigające z mozołem odpowiedzialność za kraj oraz kadra polskojęzycznej prasy, radia i telewizji zobowiązana dziennikarską etyką do rzetelnego informowania społeczeństwa ogarnięte zostały unijno-europejskim amokiem.

 

Tak jak przez minione dziesięciolecia PRL-u byliśmy przekonywani co do zalet ustroju socjalistycznego i stale rosnącej we wszystkich dziedzinach przewagi wspólnoty socjalistycznej (Układu Warszawskiego, RWPG), tak obecnie rządzący i wysługujący się im dziennikarze uświadamiają nam dobrodziejstwa liberalizmu i atuty kolejnej „jedynie słusznej” wspólnoty międzynarodowej (NATO, UE). A cały proces indoktrynacji wraz z nachalną propagandą nie zmieniają tonu od roku 1989, bez względu na to, jaka opcja polityczna pozostaje aktualnie u władzy.

 

W naganianiu Polaków do kolejnej mutacji raju na ziemi biorą udział byli aparatczycy PZPR-u wysokiego szczebla, przed rokiem 1989 bezdyskusyjnie przekonani o wyższości socjalizmu i istnieniu raju na Wschodzie, agenci tajnych służb trudniący się utrwalaniem socjalizmu i uzależnianiem Polski od ZSRR tudzież publicyści głoszący apoteozę ówczesnego porządku. „Elity” czasów minionych, oddające wówczas swe siły dla uzależnienia Polski od Wschodu, m.in. w ramach wspólnotowych instytucji, obecnie przekonują nas o konieczności uzależnienia nas od Zachodu i struktur tamtejszej wspólnoty.

 

To cudowne przepoczwarczenie się komunistów w demoliberałów, piewców gospodarki nakazowo-rozdzielczej – w czcicieli wolnego rynku, miłośników byłego ZSRR i socjalistycznej wspólnoty – w euroentuzjastów i agitatorów unijnych, nie będzie dziwić, gdy nazwie się sprawy po imieniu: zdradą (politycy) i służalczością (dziennikarze). Mamy tutaj do czynienia z ciągłością tego typu postaw. Zdrajcy obojętne jest, na rzecz kogo zdradza własne państwo, zawsze na rzecz aktualnie silniejszego. Sługusowi nie robi różnicy, komu służy, byleby gwarantowało mu to utrzymanie się u szczytów swojej profesji.

 

Zdziwienie staje się uzasadnione, gdy rozpatruje się euroentuzjazm wśród czołowych postaci niegdysiejszej opozycji antykomunistycznej. Zaskoczenie i niedowierzanie wobec postawy tego środowiska jest o tyle na miejscu, że owa opozycja zdobywała poparcie w narodzie m.in. dzięki mocnemu akcentowaniu kwestii niepodległości i suwerenności Polski. W przypadku byłej opozycji antykomunistycznej mamy do czynienia z odrzuceniem postawy niepodległościowej na rzecz przyzwolenia na uzależnienie od obcych struktur. Prace nad Konstytucją III RP (dopuszczającą ograniczenie suwerenności) sygnalizowały zachodzący w tym środowisku podział. Z upływem czasu następowało poszerzanie się grona aprobujących umniejszenie państwowości polskiej o kolejne grupy niepodległościowców.

 

Przejście niepodległościowców do obozu dawnych przeciwników (jeśli wręcz nie wrogów) i kosmopolitów, tj. formacji nigdy nie związanych z narodem i jego wolnościowymi aspiracjami, wpisują się w ekwilibrystykę zdrady. W odróżnieniu od ciągłości zdrady ekskomunistów i wyrachowania kosmopolitów tutaj mamy do czynienia z przeistoczeniem się patriotyzmu w internacjonalizm nowego typu. O ile ekskomuniści dokonali obrotu o 180 stopni – z uzależnienia wschodniego na zachodnie, a ideologicznie z obrońców ludu na stróżów finansjery, o tyle eksopozycjoniści dołączyli do nich poprzez obrotowe zastąpienie idei niepodległościowej na wasalną. Tę postawę dostrzec można wśród przedstawicieli wszystkich nurtów tzw. centroprawicy.

 

O ile zaprzaństwo ekskomunistów łatwe jest do pojęcia (ale nie do usprawiedliwienia), o tyle trudniej zrozumieć motywy takiej samej postawy u eksopozycjonistów. Nie może tego tłumaczyć niewiedza, gdyż dysponują i wiedzą, i wykształceniem. Nie da się tego zasłaniać dobrymi chęciami, które później ktoś (UE) niecnie i znienacka wykorzysta, gdyż działalność polityczna polega m.in. na zabezpieczeniu własnego państwa przed zakusami obcych grup interesu. Sami „bohaterowie” relatywizmu politycznego tłumaczą swoją postawę politycznym pragmatyzmem i umotywowanym brakiem (?) alternatywy dla Polski poza UE. Takie usprawiedliwienie świadczyłoby co najwyżej o braku samodzielnej myśli politycznej, co już samo w sobie dyskredytuje polityka. Niemożność zdobycia się na własne, oryginalne rozwiązania polityczne, alternatywne wobec narzucanych z zewnątrz, dowodzi, iż ów pragmatyzm ma wymiar kunktatorski. Dostrzegając siłę unijnej propagandy i węsząc osobiste profity, ów prywatny pragmatyzm nakazuje eksopozycjonistom iść w ślad za ekskomunistami, aby i dla siebie coś uszczknąć z lukratywnych koncesji przygotowanych dla renegatów z nowych landów w eurokołchozie. Nie pierwszy to przypadek osobliwego pragmatyzmu w naszej historii. Targowiczanie też byli pragmatyczni – w ten sam sposób. Używając poprawnościowego języka – „patriotyczni inaczej”. W przypadku eksopozycjonistów może dziwić, iż w sprawach polskiej racji stanu stanęli w jednym szeregu z ekskomunistami. Nie wzbudza ich nieufności nawet fakt, że to ci sami ludzie, którzy wpychali nas nie tak dawno w sowieckie objęcia, teraz bez żenady pragną uzależnić naszą przyszłość od nowych eurosowietów. Być może patriotyzm byłych opozycjonistów ograniczał się do sfery werbalnej.

 

Dołączenie eksopozyjonistów do ekskomunistów, w połączeniu z nachalną propagandą na rzecz UE, skutkują dezorientacją społeczeństwa. Iluż naszych znajomych, ludzi na co dzień poczciwych, ulega mirażom dobrobytu, czekającego tylko na nasze „tak”!

 

Jeśli dodać do tego zaskakujące stanowisko niektórych hierarchów Kościoła, to dezorientacja przeciętnego obywatela oscyluje miedzy akceptacją iluzji a zwątpieniem. I trudno dziwić się zagubieniu naszych rodaków. Przywykliśmy, że hierarchia kościelna identyfikowała się z narodem – z jego niepodległościowymi aspiracjami i te dążenia wspierała. Nikt już dzisiaj nie pamięta losu kilku biskupów z czasów Insurekcji Warszawskiej. A szkoda. Może przy lepszej pamięci historycznej nie padłoby bałamutne: „Jeśli nie UE, to Władywostok”.

 

Jednak polityka w sferze międzynarodowej jest sztuką prowadzenia własnych interesów. Jak to w interesach bywa, górą jest zawsze interes silniejszego. Opowieści o równości można między bajki włożyć, czego dowodzi historia ludzkości od najdawniejszych czasów po współczesność. Tak więc jeśli  UE, to naszą „szansą” jest rola kolonii: rynku zbytu dla ich produktów, rola taniej siły roboczej w obcych firmach, w „zrekonstruowanych” na rzecz obcych firm naszych przedsiębiorstwach, swobodnie działających według norm „wolnego rynku”. Jeśli UE, to uzależnienie polityczne wynikające z zależności gospodarczej. Tych wątpliwości naszych „zysków” można by przytoczyć wiele. Czy euroentuzjaści o nich nie wiedzą?

 

Akurat braku wiedzy czy rozumu nie da się autorytetom (?) proeuropejskim zarzucić. Jeśli więc nie jest to niewiedza, to mamy do czynienia ze zdradą i szerzeniem iluzji. Bez względu na historyczne podziały polityczne. Agitatorami eurokołchozu kierują różne motywy – od zabezpieczenia swoich osobistych interesów po dopuszczenie do wspólnych geszeftów dla nielicznych polskich rekinów finansjery i po gwarancje dla interesów swoich grup. Czasem wręcz przeciwnych, jak np. możliwość zmiany ustawy antyaborcyjnej według życzenia SLD i UP lub tolerowania istnienia Kościoła według marzeń hierarchów. Różni ludzie i różne grupy dopatrują się słusznie lub nie realizacji swoich celów. Nie dziwi więc brak zasadniczego pytania: jaka UE? Do jakiej Unii tak spieszno naszym „elitom”? A jest to pytanie zasadnicze dla naszego bytu narodowego, zwłaszcza wobec naszej słabości, a siły naszego zachodniego sąsiada (tzw. „partnera strategicznego”).

 

Brak samodzielności w myśleniu politycznym przejawia się u nas nieobecnością alternatywnych propozycji wobec wciskanego nam przez renegatów i iluzjonistów członkostwa Polski w UE. A te alternatywy to już inny temat.

 

 

Między naiwnością a iluzją

 

Dla osób interesujących się polityką jest oczywiste, że po upadku bloku sowieckiego Polska potrzebowała nowego samookreślenia swojej polityki zagranicznej. Jednak nasza słabość gospodarcza z jednej strony i brak samodzielności politycznej sił rządzących Polską po 1989 r. z drugiej, doprowadziły do wpychania nas w struktury zachodnioeuropejskie – NATO i UE. Przywiązanie do zależności od obcych spowodowało reorientację ekip rządzących, bez względu na historyczne konotacje – jak ongiś po wskazówki podróżowano do Moskwy, tak obecnie jeździ się do Berlina (choć teoretycznie stolicą nowego euroraju jest Bruksela). Co gorsza, rządzący  z pomocą polskojęzycznych mediów wpierają nam, że nie ma innej alternatywy, bo „jeśli nie UE, to...”.

 

Jedną z form odpowiedzi przeciwników nowej wasalizacji Polski jest odwoływanie się do historycznych zaszłości. A oto nasze zasługi wobec Zachodu – Wiktoria Wiedeńska, „Cud nad Wisłą”, nasz wkład  w koalicji antyhitlerowskiej. Z tych onegdajszych naszych wobec Europy zasług ma ponoć wynikać wdzięczność Zachodu w stosunku do Polski – dozgonna i gwarantująca nam zabezpieczenie naszych interesów. Historia (w tym i Polski) uczy jednak, że wdzięczność w polityce jest zjawiskiem nieznanym. Po Wiktorii Wiedeńskiej nastąpił I rozbiór Polski, poprzedzony okupacją Spisza przez Austrię, uratowaną przed Turkami przez Jana III Sobieskiego. W 19 lat po „Cudzie nad Wisłą”, powstrzymującym pochód armii sowieckiej w głąb Europy, Zachód nie wsparł nas w obronie przed najeźdźcami. Jako sojusznik aliantów zostaliśmy po II wojnie światowej sprzedani Sowietom. Tuszowanie obecnej naszej niemocy zasługami przodków może powodować jedynie rozdrażnienie adresatów i zamiast godnej uwagi racji politycznej przypomina skamlenie obitego psa.

 

Odmiennym sposobem zapobieżenia uzależnieniu ze strony UE jest poszukiwanie innych, jakoby korzystniejszych międzynarodowych struktur polityczno-gospodarczych. Aktualnie jedyna taka propozycja dotyczy NAFTA – unii gospodarczej pod przywództwem USA. Na korzyść powiązania Polski z NAFTA przemawia większe niż w odniesieniu do Niemiec oddalenie, a więc i nadzór nad nami mógłby wydawać się łagodniejszy. Jednak w czasach komputeryzacji, internetu i księgowości kreatywnej (rozwiniętej szczególnie mocno w USA) ten argument wydaje się mocno naciągany. Polscy entuzjaści NAFTA słusznie natomiast podkreślają, że nasze uzależnienie od USA nie zagraża naszej niepodległości i stanowi posiadania terytorialnego w takim stopniu jak w przypadku UE, czyli Niemiec, nie istnieją bowiem między nami historyczne animozje, roszczenia terytorialne, zagrożenie bezpośrednią kolonizacją. Będąc bezpośrednim i samodzielnym wasalem USA, poprzez NAFTA a z jednoczesnym odrzuceniem członkostwa w UE, Polska zyskałaby silnego protektora (seniora według norm średniowiecznych) w odniesieniu do Niemiec, co przy naszej słabości nie byłoby bez znaczenia.

 

Takie rozwiązanie kwestii zagrożenia niemieckiego, skrytego pod szyldem UE, wydawałoby się pożądane. W tym jednak jest ambaras, aby dwoje chciało naraz. Stanom Zjednoczonym potrzebne jest nie tylko polskie mięso armatnie, ale i silni sojusznicy, czego o nas powiedzieć się nie da. USA potrzebują też znaczących rynków zbytu dla swoich towarów, a te znaleźć mogą nie u nas, ale w Rosji i Chinach. W tych też krajach i na Bliskim Wschodzie mogą zapewnić sobie potrzebne surowce. Tak więc interesy amerykańskie są związane z Polską w mniejszym stopniu niż z tymi krajami lub naszymi sąsiadami (Rosja, RFN) i USA nie będą osłabiać swoich z nimi relacji dla nas. Tak realnie przedstawia się nasza przydatność w NAFTA z punktu widzenia USA.

 

Kontynuując natomiast wątek naszych interesów, wypada zauważyć, że zamieniając UE (czyli dominację Niemiec) na NAFTA (czyli protektorat USA), pozostalibyśmy de facto w sferze oddziaływań globalistycznych. Zarówno UE, jak i NAFTA są strukturami kreującymi globalizm – jak na razie tylko na odcinku europejskim  lub amerykańskim. Cel jest jednak ten sam (równie utopijny) – opanowanie całego świata pod względem gospodarczym, militarnym i politycznym. Skoro obawiamy się globalizacji w wymiarze europejskim, to zastąpienie jej odmianą amerykańską przypominałoby wypędzanie jednej choroby przez inną. Zarówno w przypadku UE, jak i NAFTA uzyskalibyśmy status neokolonialny, gdyż globalizm polega na tworzeniu nowych kolonii na rzecz międzynarodowego kapitału. To, że również w środowiskach kreatorów globalizmu nastąpi sprzeczność interesów, może stanowić pewną i dla nas nadzieję, ale to kwestia przyszłości – wpierw trzeba będzie przebrnąć przez ciężki okres kolonialnej dominacji Niemiec lub USA.

 

Przeciw naszej obecności w NAFTA (co nie oznacza aprobaty naszego członkostwa w UE) przemawia awanturnicza polityka USA, dążących do hegemonii nad całym światem. Po 11 listopada 2001 r. Stany Zjednoczone poczuły się zagrożone w pozycji jedynego supermocarstwa. Oto jedyna światowa potęga zadrżała od uderzenia grupki terrorystów. Czy w takiej sytuacji można mówić o supermocarstwowości? Aby wiarę w nią odbudować, trzeba było przez wiele miesięcy podgrzewać atmosferę w samych Stanach, strasząc swoich obywateli coraz to nowymi zagrożeniami i domniemanymi atakami. Trzeba było znaleźć nowego wroga USA (co ma oznaczać, że i całego świata) – słabego militarnie, ale bogatego „choćby” w ropę naftową. Irak doskonale tę rolę spełnia, w przeciwieństwie do Korei Północnej – militarnie silnej, ale gospodarczo nieprzydatnej. Supermocarstwo potrzebuje udowodnić swoją siłę w przewadze nad słabszym przeciwnikiem. Wojna ze słabszym nie tylko nakręci koniunkturę rodzimemu przemysłowi zbrojeniowemu, ale zabezpieczy też kontrolę nad dodatkowymi źródłami ropy naftowej oraz da poczucie siły i podniesie poziom zaufania wobec własnego państwa wśród Amerykanów. Co najmniej trzy w jednym. Wojna z Koreą Północną niczego nie gwarantuje, a dodatkowo zakłócałaby stosunki z Chinami. Jeżeli wspominam o niektórych aspektach polityki USA, to dlatego, że wchodząc do NAFTA, bylibyśmy z nią jeszcze bardziej związani i zobowiązani do bezwarunkowego popierania USA w wojnie z Irakiem, która rozszerzyć się może na wojnę ze światem islamu. To nie będzie wojna cywilizacji łacińskiej z cywilizacją islamu, lecz nowej, nie do końca jeszcze ukształtowanej cywilizacji hedonistyczno-materialistycznej, libertyńskiej i ateistycznej z cywilizacją islamu. Czy takie starcie jest w naszym interesie? Jakie skutki dla nas mogłoby przynieść silne zaangażowanie się po stronie USA (co nie oznacza wspierania islamu)?

 

A tak na marginesie. Świat w dalszej (raczej) perspektywie czeka konflikt między biednym Południem a bogatą Północą. Zapowiedzią konfliktu na skalę globalną jest już teraz nasilająca się migracja z Południa na Północ. Jeśli kraje Północy nie zdobędą się na pomysł rozwiązania napięć gospodarczych, to przyszłe pokolenia czeka katastrofa na niewyobrażalną dotąd skalę. Obecne działania polityki amerykańskiej mogą jedynie przyspieszyć wybuch. Globalizacja w obecnym jej kształcie, narzuconym przez światową finansjerę, nie jest rozwiązaniem tego problemu, a jedynie jego pogłębieniem. Ale to odrębny temat. Jeżeli tutaj zwracam na niego uwagę, to tylko po to, aby uwidocznić, że nie jest w naszym interesie wikłanie się w awanturniczą politykę USA.

 

Zakładając oddanie się pod opiekę USA, trzeba również brać pod uwagę jeszcze jedną istotną kwestię: jakie siły mają decydujący wpływ na politykę tego kraju? Otóż jest oczywiste, że o gospodarce, finansach i polityce USA decyduje lobby żydowskie. Stąd bierze się wrogość USA do świata arabskiego, prąca nawet do wojny w interesie Izraela, i lobby finansowo-gospodarczego USA. To, że ten interes może okazać się krótkowzroczny i kosztowny, to już inna sprawa. Trzeba jednak mieć na uwadze, że jeśli postawimy na bliską współpracę z USA, o naszej przyszłości będzie decydować lobby żydowskie. Już obecnie w trakcie podróży prezydenta lub premiera RP obowiązkowo organizowane są spotkania ze środowiskami żydowskimi w USA. Liczne organizacje żydowskie w USA będą zgłaszać jeszcze większe żądania rewindykacyjne wobec mienia żydowskiego istniejącego w Polsce przed II wojną światową. Gromadzone dotychczas przez te organizacje fundusze poprzez naciski na rządy i instytucje, m.in. Niemiec i Szwajcarii, mają zabezpieczyć byt ziomkom z Izraela w przypadku głębszego konfliktu ze światem arabskim, stworzyć im możliwość osiedlania w innych, odleglejszych od rejonu walk krajach. Pozostając w orbicie decydujących wpływów USA, byłaby Polska zobowiązana wypłacać Żydom odszkodowanie (za zbrodnie niemieckie i zniszczone ich mienie podczas II wojny), uczestniczyć w wojnie z Arabami i przyjąć nową falę osiedleńców jako wracających do siebie (!?). Tak więc roszczenia niemieckie zostałyby zastąpione roszczeniami żydowskimi.

 

W świetle przytoczonych wyżej argumentów zmiana naszego członkostwa z UE na NAFTA niczego nie rozwiązuje. Łudzenie nas zbawiennym członkostwem w NAFTA jest czczą naiwnością lub snuciem iluzji. Musimy przyjąć do wiadomości, że sami winniśmy zadbać o swoje interesy. Nie wyręczą nas ani Niemcy, ani USA – chyba że we własnym interesie. A ten wcale nie musi być tożsamy z interesem polskim. Każde państwo samo dba o swoje interesy, a każdy silniejszy partner w stosunkach międzynarodowych próbuje narzucić słabszemu swoją wolę w imię swoich interesów. Skoro ani UE, ani NAFTA nie gwarantują nam bezpieczeństwa i pomyślności, to trzeba zdobyć się na samodzielną myśl polityczną i zarzucić czepianie się cudzych klamek. Ale to już inna historia.


Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW