ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Mieczysław Kroker

 

Temat miesiąca

 

Unia – straszak czy strach?

 

NPW 5-6, 2002

 

Człowiek ma to do siebie, iż obserwując świat, pyta, czemu jest tak, a nie inaczej.  Można powiedzieć, iż pytania te mnożą się, w miarę jak oddalamy się od granicy, poza którą pozostała PRL, a zbliżamy do Kanaanu, jaki jawi się nam w obietnicach, perswazjach, trochę pogróżkach, a zwłaszcza w obdarzaniu wątpiących i bojących się cenzurką ciemnogrodu czy zapydziałego polskiego zaścianka.

A więc niech i ten głos będzie z zaścianka, bo tych oświeconych, co już wiedzą z góry, ile czego i komu przybędzie, jest do obrzydzenia za wielu. Przypomina się propaganda sprzed pół wieku i więcej: jak dobrze ci będzie, Polaku, kiedy pojedziesz na roboty do Reichu, a jak nie zechcesz, to i tak pojedziesz, tylko w innym wagonie, na innym wikcie. Kiedyś nazywało się to „jedź z nami do Niemiec”, dziś: do UE, ale o to samo chodzi.

Powiedzą: ksenofobia, bo na każdy autonomiczny głos jest od razu gotowa nalepka kwalifikująca go do kosza. Ale to nie ksenofobia, tylko takie same obawy przez nimi, jak u nich przed nami. Jedne i drugie uzasadnione. Ale tam za Odrą i Pirenejami wolno tak myśleć i mówić, bo to ludzie dojrzali, opieczętowani  unijnymi metkami, a tu, do Odry, to tłum dopraszający się łaski. Najgorzej, że wielu doprasza się w postawie stojącej, jak przystało istocie zwanej pithecanthropus erectus, mało tego, stawiają warunki. Tak nie można, bo p. Verheugen się marszczy, wzrusza ramionami, uśmiecha pobłażliwie. A dlaczego? Bo winni są ci, którzy ośmielają się wątpić we wspaniałomyślność nowych panów. Zatem dopóki stoją wyprostowani – nic z tego. Na kolana! Na czworaki! I to nie tylko prezydent, premier czy kto tam jeszcze antyszambruje, ale wszyscy. Zamknąć usta tym, którzy jeszcze ośmielają się choćby tylko pytać, a co dopiero oponować.

I co? Czy można by nie pójść? Bardzo wątpliwe. Bo z czymże zostaniemy? Zakłady pracy przykładnie zlikwidowane, 1/5 zdolnych do pracy zamieniona w tłum rozpaczliwie szukający sposobu na przeżycie dnia. Człowiek głodny zrobi wszystko, pójdzie nawet na czworakach, byle dać dziecku jeść. Tak to jest. W ciągu blisko 12 lat odzyskanej niepodległości od RWPG trening coraz bardziej o chlebie i wodzie, by tę nieboszczkę zastąpić inną panią, schorowaną, w stanie uwiądu starczego, ale póki co, bogatą, którą stać na przysposobienie sobie niewolników. Jak w starożytnym Rzymie, gdzie tłumy wyzwoleńców obsługiwały nielicznych rozleniwionych i umierających z przejedzenia i gnuśności panów. Cóż z tego, że ich ci niewolni w końcu ostatecznie złożyli do grobu, kiedy sami zarażeni byli tą samą chorobą.

To oczywiste, że Zachód nas potrzebuje. Ale nie takich, jakimi jesteśmy. Przede wszystkim za wiele nas. Tyle służby nie potrzebują. Poza tym mamy przyjść bez bagażu, a wciąż – mimo ogromnych zniszczeń, dokonanych własnymi rękami – jeszcze coś tam mamy, co IM może psuć interes. A zatem czyścić podwórze, wszystko na śmietnik, z tego śmietnika może się jeszcze pożywić wielu nędzarzy. Takie biedaszyby, niekoniecznie węglowe. Wszystko jest zaplanowane. Nieważne, jaka ekipa. Ta różowoczerwona jeszcze szybciej się z tym upora. Oszukani łatwowierni szybko zapomną o obietnicach. Pozwolą sobie wmówić, że niewykupienie leku, bo zbyt drogi, to dobrodziejstwo, bowiem szybciej pozbędziesz się trosk. I uwierzą, bo komuna dawała, może i tym razem...? Dawała, ale pałą, i teraz dać może, a póki co, zamknie usta tym, co zbyt jasno i głośno mówią. Przecież jest doświadczenie, są starzy spece od cenzury, konfiskat. Spokojna głowa. Ktoś powie: bredzi! Ale przecież ani jedno słowo nie jest tu zmyślone. Słuchajcie TV!

Trzeba czyścić podwórze dla nowych panów. A tu jeszcze tyle śmiecia! Fabryk nie ma, to prawda, nędzarzy w bród, też prawda. Ale jest  Radio Maryja. Radyjo – jak wymyśliło pewne beztalencie kabaretowe, na post najmowane, by umartwiać nałogowych oglądaczy. Tak, a w ogóle jest Kościół, istny wrzód na tym ciele noworodka europejskiego. I tylko tu, bo na starczych zwłokach konającej Europy już go wygnieciono. Zatem trzeba to schorzenie wyleczyć, by nie zaraziło truchła. I wzięli się za Kościół. W tej chwili wypróbowali nową broń: egzekucję przed wyrokiem, ba, przed dochodzeniem. A po cóż to? Przecie Mietkowski, Różański, Radkiewicz mawiali: byle posadzić, a powód się znajdzie. Po cóż mówić o perfidii mediów i różnych naganiaczy? To też stare historie. Mamy dziś spis „luminarzy” kultury i intelektu, którzy w czasach Stalina na piśmie domagali się wykonania wyroku śmierci na niewinnych ofiarach zbrodni sądowych. Kto się tym przejmuje? Dać takiemu order, nagrodę państwową, może Nobla? Wszystko to jawne. Nie udawajcie, że nie wiecie. Kto chce wiedzieć, ten wie. Dzisiaj nie zadadzą sobie jednak trudu, by zmontować taki proces jak bpa Kaczmarka w 1953 r. Po prostu wykończą. Nie władze, broń Boże, ani służby takie czy inne. Przecież jest pod dostatkiem osobników bez charakteru, którzy podejmą się każdej brudnej roboty. Niestety takich, głównie takich, którzy wylewają rzekomo katolickie, a przecież krokodylowe łzy. Historia to pamiętliwa pani, choć – jak dziś widać – bezsilna to pamięć. Ale pamięć. Dlatego pamiętajmy, kto, gdzie i kiedy. Sprawiedliwość w taki czy inny sposób upomni się o swoje.

Nie to jednak stanowi tu sedno sprawy. Wracamy do naszych przygotowań i do tego wrzodu, który trzeba wycisnąć. Tak, bo a nużby naród do końca nie zgłupiał! I jak tu potem sfałszować referendum? Wprawa, co prawda, jest ale kłopotu wiele. Czy nie lepiej spaskudzić jedyny autorytet, który jeszcze może próbować obrony? Kościół, rzecz jasna, ale tym razem nie taki, jaki był w czasach Prymasa Tysiąclecia. Kościół wielu opcji na górze, ale da Bóg, jednego ducha w członkach, w ludzie. Przypomnijmy sobie, kto to pluł na ten pogardzany Kościół ludowy, a tęsknił do katolicyzmu „intelektualnej elity” (pożal się Boże!). Gdyby się wtedy, w czasach Soboru i Gomułki, to udało, dziś byłoby już luźno w kościołach polskich, a droga do UE gładka i bliska. Aliści nie udało się wtedy, bo był Ktoś, kto miał rozum i serce. A dziś? Cóż, musimy ufać, że w tej katolickiej mniejszości tkwi pierwiastek zdrowia. Czy zdoła nas uratować? Czy zwycięży życie czy też jego grabarze w rozmaite ustrojeni szaty? Jedno jest pewne, tamci z Brukseli nie podpiszą tego ostatniego rozdziału negocjacji, obejmującego potencjał ducha, tożsamości, poszanowania dla Dekalogu i wszystkich wartości, jakie z niego wynikają, przede wszystkim życia, znienawidzonego przez cywilizację śmierci, której siedlisko jest tam, dokąd, jak ćmy do świecy, wielu zmierza. Nie podpiszą, póki choć cień tego istnieje. Nie ma w tym żadnej demagogii. Tak po prostu jest. Inna rzecz, czy o tym wypada mówić. A jednak mówmy, choć nie wypada

 

Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW