|
|
ARCHIWUM |
Elżbieta Holz
Oświata, Kultura, Wychowanie
KUC czy PONY? CYWILIZACJA ŁACIŃSKA a współczesne postawy polskiego środowiska jeździeckiego Część III
NPW 5-6, 2002
Minęły właśnie dwa lata od momentu, kiedy Walny Zjazd Polskiego Związku Jeździeckiego usunął polskiego kuca na śmietnik historii (?), – dając tym wyraz pogardy wobec dorobku rodzimej kultury, i w jego miejsce „wywyższył” angielskie słowo pony. Wszak język, stanowiący najbardziej żywotną i nierozłączną część każdej kultury, jest razem z nią pierwszym i podstawowym dowodem tożsamości oraz niezależności narodu! O tym, niestety, po prostu zapomniano.
Żeby przyjrzeć się z jeszcze jednej strony zjawisku wywłaszczania polszczyzny (które w rzeczywistości nie dotyczy wyłącznie naszego środowiska), rozpocznę od wycieczki w przeszłość.
Rozumiem, że powstania narodowe to odległe historie, ale wystarczy zajrzeć do odpowiedniej literatury, aby się przekonać, jak często różne zjawiska lubią się powtarzać i dowiedzieć się, iż represje zaborcze dotyczyły szczególnie właśnie naszego ojczystego języka. Jakby to w nim tkwiła jakaś niesamowita moc, nieokiełznana potęga, zdolna zniszczyć najwięcej szyków najeźdźcy.
I tak np. powstanie styczniowe „zaowocowało” w Kongresówce tym, że z końcem 1864 r. wyrzucono język polski z urzędów, zlikwidowano polskie szkoły. Doszło do tego, że nie wolno było odezwać się po polsku do żadnej osoby noszącej mundur, choćby to był tragarz kolejowy. Zakazano surowo zajmować się oświatą ludu wiejskiego.
Na Litwie nie wolno było mówić po polsku w miejscach publicznych. Zabroniono drukować książki litewskie czcionką łacińską i polecono wydawać je abecadłem rosyjskim, czyli tzw. grażdanką, stworzonym i wprowadzonym za Piotra I (zamiast alfabetu cerkiewno-słowiańskiego), opartym na cyrylicy alfabecie rosyjskim. W praktyce oznaczało to całkowite pozbawienie Litwinów wszelkich książek, nawet do nabożeństwa, ponieważ wieś litewska znała tylko łacińskie (polskie) abecadło.
W Warszawie zakazano w końcu nawet opiekunom chorym w szpitalach mówić do nich po polsku. W zakładzie głuchoniemych wprowadzono nauczanie rosyjskie.
Zabór pruski najsilniejszych represji doświadczał po wygraniu przez Bismarcka wojny z Francją i po jej klęsce pod Sedanem 2 września 1870 r. Walki zakończyły się ostatecznie pokojem, zawartym dopiero 10 maja 1871 r., oddającym Niemcom dwie prowincje francuskie: Alzację i Lotaryngię. Reaktywowane zostało, zniesione w 1806 r. cesarstwo niemieckie pod hegemonią pruskich Hohenzollernów (Habsburgowie, dotychczasowi cesarze, zostali całkowicie wykluczeni z Rzeszy Niemieckiej). Spowodowało to kolejny wzrost pychy i buty pruskiej, do takiego stopnia, iż pozwoliła ona Bismarckowi w parlamencie niemieckim ogłosić cyniczną zasadę swojego postępowania: siła przed prawem.
Bez pardonu używał jej przeciwko bezkarnie zagarniętej Polsce. Ustawy, jakie przeciw nam wprowadzono w zaborze rosyjskim, zaprowadzono także w pruskim. Nie dość na tym. Zabroniono przebywać w Wielkopolsce Polakom urodzonym w innych zaborach i wydalono ok. 40 tys. osób bez względu na wiek i płeć. Były to tak zwane rugi pruskie. Wydano ustawę o wywłaszczaniu Polaków z ziemi, ustanowiono specjalną rządową komisję kolonizacyjną w celu sprowadzania niemieckich osadników na polskie grunty. Wreszcie zakazano Polakom stawiania sobie domów na własnej ziemi bez zezwolenia rządu, a władze pruskie nigdy takich pozwoleń nie udzielały.
Lecz w pewnej ważnej sprawie wszyscy zaborcy do szczętu się przeliczyli. Widząc ciemnotę ludu wiejskiego i niechęć chaty do dworu, zakładali, że wystarczy zniszczyć ziemiaństwo, a naród polski sam się zaprzepaści. Rozumiała to doskonale i szlachta, toteż wspólnie z inteligencją prowadziła wśród chłopów tzw. pracę u podstaw, czyli prace patriotyczne oraz oświatowe.
Najskuteczniejszą bronią okazała się polska książka – z jej dostojną siłą, nieposkromioną a stateczną, trafiającą w dusze jak zaczarowany grom, nie mógł sobie z nią poradzić najgorszy nieprzyjaciel. Nie odniosły skutku konfiskaty, zamykanie pisarzy i redaktorów gazet do więzień, zarażonych odwagą, dźwigających pióra przywykłe do zdolnych, niepokornych rąk. Literatura polska docierała, gdzie trzeba, i czyniła, co trzeba. Naznaczona charyzmatem głębi i dojrzałości duchowej na skalę, jakiej nie widział cywilizowany świat, rozkwitła tak wspaniale, że przemieniła się w jedną z najpiękniejszych i najlepszych w całej Europie. To zaprawdę cud opatrznościowy, że byli z nami tacy pisarze, jak Adam Mickiewicz, Cyprian Kamil Norwid czy Juliusz Słowacki, a przecież blasku dodawała im jeszcze ogromna plejada innych, prawdziwie wielkich gwiazd.
Historia poucza, czego może dokonać siła słowa poddana woli utalentowanego pisarza. Badacze literatury polskiej wielokrotnie cytowali list Ślązaka, który dzięki Krzyżakom Henryka Sienkiewicza powrócił do polskości:
Byłbym został niemcem a i dzieci moje tyż, a mam ich aż 11. Ale ksiądz mi dali pańskie „Krzyżaki”. Dopiero ci zobaczyłem, jak oni nas tumanią. Oho – teraz my wiemy, a i dzieci tyż wiedzieć będą: kto my. Więc pokornie kłaniam się panu i powim, choćbyście kazali w ogień, to pójdę w ogień.
No i proszę, czego może dokonać słowo. Mądre, nieposkromione, szlachetne polskie słowo.
Nasza książka wykrzesała z siebie taką moc, iż okazało się, że do polskości zaczął przyznawać się lud z okolic, które przed wiekami zerwały związek z Polonią. Wróciła z zupełnie własnej woli kraina śląska, oderwana od macierzy w przeważającej większości już w XIV stuleciu. Niemczona potężnie przez Habsburgów, pozbawiona zupełnie szlachty, ze zniemczonymi miastami, była totalnym pogorzeliskiem polskości. Przynajmniej przekonani o tym byli najeźdźcy. Ale pozostał tam lud, o którym zaborcy sądzili, że z nim najprościej się rozprawić. Gdy król pruski Fryderyk II odebrał Habsburgom cały niemal Śląsk w trzech wojnach śląskich, prowadzonych w latach 1740–1763, nastąpiło tam istne tępienie polskości.
I, o dziwo, w ostatnim pokoleniu pod zaborami cały lud tej krainy sam ogłosił się polskim. Podobnie rozbudziła się ludność Kaszub, w znacznym stopniu Warmii, najmniej może na Mazurach pruskich, ale w swoim czasie i tu oświata polska poczyniła swoje.
Jak w obliczu takich faktów wygląda wystąpienie o zamianę polskiej nazwy kuc na obcojęzyczną? Czy to nie szyderstwo z utrudzonej, uciemiężonej Ojczyzny naszej i naszych rodaków? Czy pamięć trudnej przeszłości tak szybko w nas umarła? „Obstawmy” przyszłość! A co z prawdą, że historia magistra vita est? Nie powinna historia być nauczycielką życia, bo tak przyjemnie szarga się świętości, chociaż pogrzebane – pogrzebią pogromców! Więcej nawet – Świętości nie ma! Posłuchajcie, czego niechlubnymi swoimi czynami nie wstydzą się głosić niektórzy Polacy. A może nie Polacy? Może oni tylko mówią po polsku?
Obrona nazwy kuc nie jest tylko uporem dla samego uporu, ale koniecznością obrony polskiego stanu posiadania na bodaj najważniejszym polu, jakim jest mowa i kultura ojczysta. Potęgi i mocarstwa upadają, ale pozostaje naród, który nie wyrzeka się własnych wartości; pogardzany – potrafi zachować swoją tożsamość. Z tym pozornie lekkim faktem nie mógł się w Polsce nigdy uporać żaden uzurpator.
Może nie wszyscy dzisiaj wiedzą, że stolica obecnych Niemiec, Berlin (słowiańska Brenna), leży w kraju Stodoran, że Łaba i Sala to też słowiańskie rzeki, a słupy graniczne kazał wbijać Chrobry właśnie wzdłuż tych rzek. Obodrzyce zaś siedzieli tam, gdzie dziś znajduje się Lubeka, a Brandenburg (Zgorzelec) i Meklemburg hołdowały Krzywoustemu i należały do państwa polskiego!
W ciągu trzystu lat od czasu, kiedy pierwsi piastowscy książęta obwarowali się na gnieźnieńskiej Górze Lecha, nieporównanie silniejsi Niemcy wessali wszystko aż po Odrę (potem poszli i dalej, ale na szczęście historia ich cofnęła!), a ludność słowiańska, która przeżyła, przyjęła język i obyczaj najeźdźcy.
Za przykład niech posłuży przypadek Obodrzyców, których książęta sami się zniemczyli i przystąpili do Rzeszy Niemieckiej, po tym, gdy w połowie XII w. ich kraj obsadziły załogi niemieckie, rugując dotychczasowe, polskie zwierzchnictwo lenne Piastów. Ci połabscy (słowiańscy) książęta nazwali się następnie książętami meklemburskimi i – jako najstarsza dynastia europejska – panowali w Meklemburgu do 1919 r., a prawdopodobnie żyją jeszcze do dziś.
Zgermanizowanie Połabia wystarczyło, żeby kolejne wieki okryły kirem zapomnienia rodowód tych ziem, przepadłych w nieświadomości kolejnych pokoleń, odkopany ponownie dopiero w latach poprzedzających II wojnę światową, przez Józefa Kisielewskiego w książce pt. Ziemia gromadzi prochy.
To również ta wojna ujawniła prawdę, że – jak pisze jeden z polskich historyków – Jedynym naszym dziedzictwem, którego istnienia najgorszy wróg zaprzeczyć ani przekreślić nie może, jest fakt egzystencji narodu i międzynarodowy problem państwa polskiego, zajmującego określone miejsce w Europie i posiadającego odrębną kulturę i język [dopowiedzenie – E. H.].
Uformowany i okrzepły w dobie piastowskiej naród i jego państwo, o zdecydowanym, polskim, katolickim obliczu, przetrwał najgorsze burze dziejowe. Jak się okazało, tego wielkiego minimum nie zdołały zniweczyć ani mocarstwa rozbiorcze, ani Rzesza Adolfa Hitlera.
Tym bardziej nie powinni uczestniczyć w tym nasi rodacy! Kto lekceważy ten wielki dorobek pokoleń, niech się zastanowi, czy tak naprawdę zasłużył na zaszczytne miano Polaka. Lecz aby tak się mogło stać – potrzeba odwagi. Bo żeby umieć uznać swój błąd, należy stanąć przed nim w ciszy serca, w prawdzie, w pokorze, a na to codziennie trzeba się rodzić wielkim – nie małym!
Natrafiłam swojego czasu na wywiad udzielony „Naszemu Dziennikowi” przez honorowego przewodniczącego Rady Języka Polskiego przy Polskiej Akademii Nauk, Walerego Pisarka. Wynikało z niego, że atak na mowę ojczystą jest obecnie skandaliczny i zaskakujący. W artykule zatytułowanym: Pierwszy rozbiór polszczyzny profesor ujawnia: Są tacy, którzy twierdzą, że każdy język, kultura, poczucie narodowe – są śmiertelne i wcześniej czy później zginą. Odpowiadam zatem, że człowiek też kiedyś umrze, a jednak kiedy coś dolega, leczy się. Naszym obowiązkiem jest przedłużać choćby w nieskończoność nasze poczucie narodowe, istnienie polskości jako takiej [...] Nawet najbardziej pożyteczne rozwiązania nie mogą deptać wartości, takich jak kultura, poczucie tożsamości narodowej, które – kto wie, czy nie są najcenniejsze [podkreślenie – E. H.].
Gdy skończyłam pisać ten artykuł, poprosiłam o jego przeczytanie kilka obdarzonych przeze mnie szacunkiem osób, niekoniecznie takich, które na co dzień we wszystkim ze mną się zgadzają i wyznają takie jak ja poglądy. Jedna z nich oznajmiła, że powinien to być artykuł dyskusyjny. Czytelnik sam sobie odpowie na postawione w tytule pytanie. Równocześnie jednak zadeklarowała: oczywiście – kuc. Tak samo, tzn. że kuc, mówiły zresztą wszystkie inne osoby, proszone przeze mnie o opinię, nawet takie, które wcześniej nie miały wyrobionego zdania na ten temat.
Otóż stwierdzam – i bynajmniej nie jest to podyktowane pychą ani stanem uwielbienia wobec własnych, przez siebie głoszonych teorii, że tu... spierać się nie da, bo dyskutować po prostu nie ma już o czym. Kuc – czy pony? Na to pytanie odpowiedziała za nas dawno historia, uznając takie, a nie inne słowo, akceptowane być może dłużej, niż sięga pamięć naszej państwowości, przez ostatnie, polskie tysiąc lat i jeśli liberalizm ma się w tym zasadzać (jesteś mniej liberalna niż Miodek – powiedziała osoba zacytowana wyżej), że płynąc z prądem, muszę się wyzbyć pamięci o mojej przeszłości – to ja grzecznie dziękuję, wypadam z kolejki, a „pomówienie” to uznaję za zaszczyt, szeregujący mnie do wspólnoty ludzi wiedzionych tym samym nurtem, podobnie jak ja czujących i jak ja myślących.
Nie mogę się powstrzymać, żeby na zakończenie nie przedstawić Państwu urokliwego krajobrazu języka polskiego, podziwianego oczami cytowanego wcześniej Lucjana Rydla. Oto jego zwięzła, historyczną klamrą zapięta panorama mowy ojczystej, wypływająca z samych głębin serca wrażliwego Polaka:
Język [...] taki bywał zawsze – jak i myśmy bywali. Surowy był i nieużyty, gdy twarda ręka polska po raz pierwszy od pługa i miecza sięgała po pióro. Przyswajał sobie łatwo i polszczył śmiało wyrazy obce, nadając im rodzime piętno, gdyśmy narody ościenne pod skrzydła Rzptej brali i czynili z nich koronnych synów ojczyzny. Rozkwitł w powagę, bogactwo i dostojną prostotę, gdy naród wstępował w złoty wiek swojego żywota; więc i język wtedy z siebie dobył spiżowe dźwięki zygmuntowskiej poezji. Gdy się rozprzęgały nasze prawa i kaziły nasze obyczaje, on też rozprzęgał się w sobie i kaził. Nadętej pysze i lekkomyślnej swawoli odpowiedział jak echo nadętością próżnych wyrażeń i swawolą stylu. Gdyśmy w przeddzień upadku w przeszczepieniu zachodniej Oświaty i pojęć zachodnich na grunt nasz zdziczały szukać jęli ocalenia, i on oczyścił się i nabrał zachodniej ogłady. A potem był nam jak harfa nad wodami rzek babilońskich zawieszona, z których zabrzmiał wieszczów żal i pobudka bojowa i psalm nadziei.
Jakże nam teraz, po tym, co się stało, spojrzeć w milczące oczy przodków naszych, którzy męstwem, trudem i poświęceniem pokolenie dzisiejsze wprowadzili w XXI wiek?
Jak nas oceni ojczyste, „stare” tysiąclecie, dźwigające dorobek wiekopomnych dokonań, osiągniętych wysiłkiem polskich umysłów, rąk i serc – by wsparło się na nim (jak od stuleci – my na Chrystusie) wspólne dziedzictwo ludów Europy?
Czy dostrzeże w nas pustych, próżnych profanów sytej współczesności, którym spuścizna ojców darmo się dostała, a której pozbawieni – o czym pozapominali – nie mogliby stać się tym, czym ich kształtowały stulecia chrześcijańskiej, zachodniej przeszłości: dumnymi, światłymi, z przeogromnym poczuciem godności własnej i cudzej, miłującymi nad wszystko piękno, prawdę i dobro – Polakami?
Wybierzmy przyszłość! – żeby nie dostrzec zawodu przeszłości? A może echem, jak wyrzut sumienia, niech wybrzmi nam w sercach wołanie z Nagłowic:
... niechaj narodowie wżdy postronni znają,
Iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają.
Kto wie, może nadejdzie godzina, w której język polski, jak dostojna królowa, zasiądzie wśród katedr uniwersytetów świata, a Polska, niczym gwiazda, znowu zajaśnieje narodom Europy?
Czy taka będzie wola Boska i nasza?
Prawdziwym błędem nie jest ten, który się popełnia, lecz ten, którego nie chce się naprawić. Jest czas, w którym można jeszcze wszystko odwrócić. Oby nadszedł ten czas...
Pędź, kucyku, pędź, nadzieję nam nieś...
Posłowie
Dźwigamy w sobie spadek narodowy, czyli historię własnego narodu, bez względu na to, czy to się komuś podoba, czy nie. O tym, jacy jesteśmy – zdecydowali kiedyś nasi przodkowie. Ich życie powszednie, codzienne, złe – dobre wybory wniknęły piętnem w nasze charaktery niczym odbita od brzegu, odarta z wyboru, powracająca ku morzu niestrudzona fala. Niesiemy w sobie ich tęsknoty, obyczaje, zdolności i upodobania oraz potężne poczucie wzajemnej jedności, które wyszło z faktu nie czego innego, ale... pokrewieństwa.
Kiedyśmy powstawali, dzieje naszych rodzin rozbiegały się w granicach rodów, potem plemion, w jakie te rody się rozrastały, następnie ludów, w które plemiona się wiązały, i nareszcie krajów. Istniało przecież coś, co je spajało: były to więzy krwi, pamięć wspólnych dokonań i wspólnie przeżytej przeszłości oraz język – łączący tych, którzy są, z tymi, którzy przyjdą, i z tymi, których już nie ma.
Jeśli to dziedzictwo zostanie odrzucone, ustaną więzi i naród się rozpadnie!
Dlatego tak ważne jest, żeby bronić każdego, choćby najmniejszego bastionu ojczystego języka, wpisując się w łaskawą pamięć potomnych oraz zyskując wdzięczność ludzi żyjących.
Czy probierzem obecnych, nieskoordynowanych decyzji stanie się wówczas, kiedy w otchłani wieków nasz czas „gdzieś” przepadnie, powiedzenie: Prawy jak Polak? Nadeszła w końcu godzina, w której to od nas zależy, jak zagrają kuranty narodowej przyszłości i w jaki sposób następne pokolenia je odczytają, zapisane w odwiecznym dyktandzie polskiej – i nie tylko polskiej – dumnej, niezniszczalnej, wszechludzkiej historii!
Mamy pośród swych krain Wielkopolskę i Małopolskę. Lecz Wielka jest tylko Polska Wspólna, odarta z brudów i nieuczciwości, zasobna w prawość, mądrość, męstwo i wiarę!
|
|