Elżbieta Holz
Oświata, kultura,
wychowanie
KUC czy PONY?
CYWILIZACJA ŁACIŃSKA a współczesne postawy polskiego
środowiska jeździeckiego.
NPW 3-4, 2002
Część II
Rozpoczynając drugą część niniejszego artykułu pozwolę sobie
powtórzyć jego myśl przewodnią.
Służalcze i bezkrytyczne postawy wobec norm tzw.
europejskich, lekceważące nieliczenie się z przeszłością oraz tradycją
polskiej, narodowej kultury doprowadziły do tego, że pod wpływem grupy
nieodpowiedzialnych jednostek dwa lata temu Walny Zjazd PZJ
wyrugował ze swojego oficjalnego nazewnictwa polską nazwę kuc,
zamieniając ją na angielską pony. Szkoda, że osoby, które za to
odpowiadają, nie zdają sobie sprawy, czemu służy mowa ojczysta, i nie
wiedzą o fakcie zasadniczym, mianowicie o tym, że posługując się
językiem polskim – czujemy i myślimy po polsku. Niestety, brak szacunku
wobec własnego języka powoduje, że powoli – choć konsekwentnie –
wyrzucamy polskość z naszych serc, co stopniowo może eliminować nas
jako naród z kręgu panującej u nas od tysiąca lat cywilizacji
łacińskiej.
Trafiająca pod strzechy pisana polszczyzna spełniała
zawsze istotną funkcję narodową. Nie mniej ważny był fakt używania
narodowego języka mówionego przez autochtoniczną ludność zamieszkującą
rdzennie polskie terytoria. Od czasów średniowiecznych istniało pojęcie
jedności wszystkich ziem polskich, bez względu na to, pod jaką kuratelą
polityczną aktualnie się znajdowały. W wiekach średnich wyrażało się to
nie tylko w postawie królewskiej kancelarii; czuło w ten sposób
społeczeństwo polskie. Autor dzieła o św. Jacku Odrowążu zapisał w 1352
r., iż Jacek urodził się w prowincji królestwa polskiego, choć
miejscem tym znajdującym się w Opolszczyźnie, władał ówcześnie Karol IV
król Czech i cesarz Niemiec.
Świadkowie króla polskiego Kazimierza Wielkiego przeciwko
Krzyżakom w procesie warszawskim z 1339 r., wytoczonym im o zwrot
zagarniętego trzydzieści lat wcześniej Pomorza Gdańskiego, zeznawali,
że Pomorze jest polskie, bo tamtejsza ludność mówi po polsku i uważa
się za Polaków. W XIV w. dowodzono więc w sposób, jaki i dziś uznajemy
za pełnoprawny i pełnowartościowy. Z podobnymi argumentami udawały się
nasze delegacje w 1919 r. na kongres do Wersalu, gdzie ustalał się nowy
kształt powojennej Europy i wydobywającego się z niebytu, odradzającego
się państwa polskiego.
Może ogarnąć zdumienie, że obecnie niektórzy rodacy mają
niefrasobliwy stosunek do mowy ojczystej, co pozwala im wyrzekać się
prawa do wyrazów polskich – na rzecz określeń obcych, ich zdaniem
widocznie godniejszych, bardziej dostojnych i imponujących, jakby
względy narodowe przestały odgrywać jakąkolwiek rolę. Zatracanie
poczucia własnej wartości wynika z nieświadomości rodzimych dokonań, co
w najgorszym wypadku może prowadzić do uśpienia instynktu politycznej
niezawisłości i niedoceniania niepodległości, dla wielu pokoleń Polaków
stanowiącej podstawowy sens narodowej egzystencji i tak drogo przez
miliony okupionej. A przecież wolność nie jest darem raz na zawsze
komukolwiek udzielonym, od wszystkich wymaga poświęceń, nieustannych
zabiegów oraz mężnej, rozważnej i roztropnej troski.
Zajrzyjmy jeszcze raz w głąb naszej historii.
W XIII w. polszczyznę zaczęli wypierać osadnicy niemieccy,
masowo napływający na nasze ziemie, najliczniej na Pomorze i Śląsk.
Dotyczyło to w mniejszym stopniu wsi, za to wielu miast, zwłaszcza
większych. Fakt ten stanowił olbrzymie zagrożenie dla narodowego
charakteru polskiej kultury. Przybysze z Zachodu zaczęli zajmować górne
szczeble w miejskiej hierarchii. W wielu ośrodkach władze składały się
z kupców, wyłącznie Niemców. Przybywali do nas, porzucając obszary
bardziej przeludnione, i przynosili ze sobą osiągnięcia należące do
skarbnicy duchowej Zachodu, liczące tysiące lat rozwoju, a wywodzące
się jeszcze z cywilizacji najpierw starożytnej Grecji, a następnie
starożytnego Rzymu. I chociaż postęp był niewątpliwy, to przyjmowaliśmy
go jednak, niestety, w teutońskim opakowaniu. Dokument lokacyjny
Krakowa wydany przez Bolesława Wstydliwego w 1257 r. uczynił ze stolicy
zwykłe miasto europejskie. Ponieważ władze miejskie składały się z
kupców narodowości niemieckiej, było wiadome, że będą oni parli ku
niemczyźnie, co zresztą bez niczyjej zachęty skwapliwie czynili.
Miejskie księgi pisano w języku niemieckim, a kazania polskie
wprowadziła do krakowskiego kościoła Najświętszej Marii Panny specjalna
uchwała sejmowa dopiero w 1537 r.
Wytworzył się więc stan rzeczy niezmiernie złożony, pod
wieloma względami przypominający obecny. Z jednej strony konieczny
stawał się rozwój miast oraz zwiększenie ich politycznego znaczenia,
ale jednocześnie narodowość większości zamożnego mieszczaństwa
stwarzała niebezpieczeństwo powolnego podboju Polski od wewnątrz.
Znaczenie tego zagrożenia wystąpiło zresztą później jaskrawo w świetle
stosunków z sąsiednimi państwami.
Czy w dzisiejszej dobie wyprzedawania polskiej ziemi oraz
przemysłu, kiedy orężem przestała być broń, bo stał się nim pieniądz,
czy nie jawią się żadne nowe niebezpieczeństwa oraz zagrożenia dla
przyszłości naszej ojczyzny? Dziwi fakt, że stosunek niektórych Polaków
do mowy ojczystej – stanowiącej dotychczas przez tyle stuleci, w
czasach doli i niedoli, kamień węgielny, na którym wspierały się nasze
narodowe dążenia oraz aspiracje, dające gwarancje przetrwania w
okresach największych dziejowych opresji, że ten stosunek dzisiaj
bardzo lekko waży, jakby fatamorgana wyzierająca zewsząd z kolorowych
reklam przesłaniała nam realny obraz rzeczywistości.
A może mimo woli odzywają się skrywane głęboko, kształtowane
w dobie komunizmu kompleksy, ujawniające się teraz w decyzjach
wynikających ze ślepego zapatrzenia się w Zachód? Ciekawe, że często
właśnie ci, którzy kiedyś hołdowali Wschodowi, przełożyli dywaniki o
180 stopni i teraz równie chętnie „ustawiają się” w kierunku zachodnim.
Jedność, jaką się tłumaczą, nie może przecież
faktycznie zasadzać się w zaprzaństwie, które zaprzepaszcza dorobek
pokoleń! Nie odkrywam tutaj niczego nowego, tylko powtarzam starą
zasadę łacińskiej cywilizacji, że prawdziwa jedność opiera się na
rozmaitości, bo inaczej groziłyby nam jednakowe mundurki, jak za
czasów Mao, za co młode dziewczyny powywieszałyby nas chyba na drzewach
i... miałyby rację. Jednolitość więc nie oznacza jedności, a z kolei
jedności nie można budować poza wartościami, na pogorzelisku dobra
zweryfikowanego przez stulecia, zatwierdzonego przez dekalog.
Słowa: naród, ojczyzna, patriotyzm zniknęły obecnie niemal
doszczętnie ze wszystkich publikacji radiowo-telewizyjnych, z wyjątkiem
kilku prawicowych i katolickich mediów. (Wstyd przyznać, ale nie
wyrzekli się ich nawet komuniści, chociaż pojmowali je w swoisty
sposób). A przecież kształtowane w okresie świeżo wybudzającej się
państwowości polskiej, okrzepłe i ugruntowane w wiekach średnich, nie
wymagają dzisiaj ofiary krwi. Lecz chyląc głowy nad krwią za wolność
przelaną, nie wolno deptać i lekceważyć dorobku pokoleń. Szacunku, którego nie okażemy dziś, jutro nie wystarczy dla
nas!
Baczmy więc, jak oceniać nas będą przyszłe tysiąclecia! Niech
wezwanie Bolesława Krzywoustego do żołnierzy podczas wojny z cesarzem
nie przyniesie wstydu współczesnemu pokoleniu Polaków, traktujących
(obym się myliła!) taki sposób argumentowania jak zwykły anachronizm:
Bądźcie też teraz przygotowani ze mną albo zginąć za wolność
Polski, albo życiem jej służyć dalej!
Ileż narodowej dojrzałości widziały, dziś niekiedy traktowane
z przymrużeniem oka, ciemne czasy średniowieczne!
Przeciwnicy nazwy kuc podnoszą również ten argument,
że sponsorzy chętniej będą wspomagali dziecięcy sport z udziałem pony.
Może zabrzmi to mocno, ale pachnie mi tu srebrnikiem. O sponsorach
zresztą nie miałabym takiego zdania – będą tacy, jakimi ich
ukształtujemy. Sąd w tej sprawie oddałabym najchętniej dzieciom z
wielkopolskiej Wrześni, które w 1901 i 1902 r., podczas zaborów, za
odmowę modlenia się po niemiecku były bestialsko bite, szykanowane, a
ich rodzice zamykani do więzień. Opór tych dzieci urósł do rangi
symbolu, chociaż nie był odosobniony.
Drzymały też przypominać chyba nie trzeba. Chociaż kto wie.
Może o jego losie lepiej w ogóle nie pamiętać, bo to tylko prosty
chłop, a wolał wóz cyrkowy zamiast domu dla siebie i swojej rodziny
aniżeli w obce ręce oddać kawałek polskiej ziemi.
A nasze dzielne polskie kuce? Czy będziemy się ich wstydzili?
O ich wizerunku, o tym, jak inni będą je postrzegali, decydują osoby,
które swoją pracą i poświęceniem promują te małe, piękne i sympatyczne
zwierzęta. Ocena wypadnie chyba pomyślnie, skoro po pięciu latach
funkcjonowania – licząc od pierwszych nieoficjalnych Mistrzostw Polski,
które odbyły się w Warszawie w 1996 r. – dopracowaliśmy się osiągnięć w
tej nowej sportowej kategorii, które – mam nadzieję – w krótkim czasie
pozwolą nam zagościć na Mistrzostwach Europy. Finały odbywają się tu na
przeszkodach o wysokości do 130 cm. Polskie kucowe parkury taki
udany przejazd już oglądały. Coraz częściej rozgrywany jest na nich
konkurs „120” i to wcale nie kucami sprowadzonymi z Zachodu.
Kto w obliczu takich faktów polskiego kuca ośmieli się nazwać
konikiem dla fotografa? Jeśli nawet bywały takie
skojarzenia, to naszym obowiązkiem jest im zaprzeczyć, ujawniając
prawdę, że starty kucami to nie zabawa. Wymagają one najlepszego,
profesjonalnego wyszkolenia zarówno jeźdźców, jak i koni. Świadczą o
tym fakty. Przytoczę dwa. Zawisza Holz, trzynastolatek, na początku br.
po raz pierwszy w historii polskiego jeździectwa podczas zawodów
ogólnopolskich pokonał na kucu w bardzo dobrym stylu, bez zrzutki,
trudny, pełnowymiarowy parkur ustawiony na wysokości 130 i zaczął
regularnie jeździć konkursy 120, powoli mobilizując do tego innych.
Jego rówieśnik i kolega, Łukasz Koza, przesiadłszy się na dużego konia,
zdobył w lipcu złoto w Mistrzostwach Polski Juniorów.
Myślę, że wizerunek małego, kosmatego nicponia zewoluował już
dostatecznie daleko od wcześniejszych, prześmiewczych o nim wyobrażeń
oraz że dzisiaj śmiało można się już pochwalić wcale udanymi
egzemplarzami polskiego kuca wierzchowego, wypracowanego
przez polskich hodowców.
Jestem przekonana, że – jak mawia mój znajomy, prezentując
podczas kucowych zawodów poszczególne ekipy sportowe – przyszłe
pokolenia olimpijczyków będą płynąć ze źródła, które bije z tej nowo
narodzonej i tak doskonale rozwijającej się w Polsce kategorii
jeździeckiej.
Językoznawcą nie jestem, ale kuc wyraźnie kojarzy mi się z
kucaniem, czyli pomniejszaniem, przekształcaniem się dużego w małe.
Aleksander Brückner, znakomity badacz staropolszczyzny, kuca
nazywa konikiem, jednocześnie utrzymując, że słowo to pochodzi
od kusego. Kusy zaś, idąc tropem Słownika frazeologicznego
języka polskiego, w formie przestarzałej oznacza krótki,
np. nosić krótkie ubrania. Jeżeli komuś kuso się powodziło – oznaczało
to, że było z nim źle, że źle mu się działo lub że jest w
niebezpieczeństwie (Kuso z wami, Kiemlicze, i na gałęziach
pokończycie – pisał Sienkiewicz w Potopie). Kto wie – może
i kuca wołano kiedyś kusy, aż utarła się krótsza forma
kuc?
Kusy zatem, z którego – jak podaje Brückner – poszedł kuc,
oznacza niedostatek czegoś, pomniejszenie przyjętej ogólnie normy, coś
niewielkiego, małego, krótkiego, niedostatecznego. Kuc nie jest, jak
pragną niektórzy, wyłącznie małym zwierzęciem o konkretnym, określonym
wyglądzie, tzn. koniecznie krępym, gęsto owłosionym, z niewybujałym
ruchem i spokojnym temperamentem – jednym słowem – małym koniem
prymitywnym.
To nie nasza wina, że polskiego kuca wierzchowego,
czyli zminiaturyzowanego konia szlachetnego, zaczęliśmy hodować od
bardzo niedawna, od zaledwie paru, parunastu lat (poza wyjątkową w
zasadzie, odosobnioną inicjatywą instytucji naukowej państwa, o której
za chwilę). Takie po prostu wyrosły potrzeby, kiedy nasze dzieci
zaczęły uprawiać nie tylko rekreację, ale także sport jeździecki z
udziałem kuców, i to na profesjonalnym, bardzo wysokim poziomie.
Należałoby więc się zgodzić, że kuc to nic innego, tylko
mały, niewyrośnięty lub określonej, niewielkiej, starej rasy albo też
współcześnie specjalnie wyhodowany przez odpowiednie krzyżowanie –
niski koń. Dzisiejsze normy sportowe widzą kuca do 148 cm w kłębie bez
podków oraz do 149 cm w podkowach.
Potrudziłam się odrobinę i zajrzałam do najnowszej edycji Nowej
encyklopedii powszechnej PWN (1996 r.) pod hasło Pony.
Zupełnie wyraźnie zostało tu napisane, że pony to angielska
nazwa małych koni i jeśli ktoś zechciałby się czegoś o nich
dowiedzieć, odnosi czytelnika do hasła kuc.
Tutaj, owszem, kuc opisany jest jako grupa starych ras
niskich koni o wysokości do 147 cm w kłębie (o najmniejszych,
amerykańskich, wspomina, że mają ok. 40 cm), bardzo wszechstronnie
użytkowanych (w zaprzęgu, pod wierzch, jako zwierzęta juczne i
cyrkowe), ale również nowych, wyhodowanych na drodze krzyżowań,
zwłaszcza we Francji, w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. W Polsce –
dodaje encyklopedia – Zakład Hodowli Koni Akademii
Rolniczej w Lublinie [pod kierownictwem prof. Ewalda Sasimowskiego
– E. H.] we współpracy z rolnikami, prowadzi
doświadczalną hodowlę ogólnoużytkowych tzw. kuców felińskich i
arabokoników.
Kuce felińskie to najwcześniejsze (lecz nie
jedyne) w powojennej Polsce próby wyhodowania polskiego kuca
szlachetnego (praktyka udowodniła, że doskonale sprawdzają się
w sporcie). Aktualnie hodowlą polskiego kuca wierzchowego
para się już kilku wytrawnych prywatnych hodowców, których wierzchowce
zajmują znaczące pozycje, szczególnie podczas ogólnopolskich zawodów
jeździeckich kuców w skokach przez przeszkody – jak chociażby już
zasłużone, wielokrotnie tytułowane kuce hodowli H-S.
Zarzuty formułowane przez przeciwników posługiwania się
polską nazwą kuc przybierają czasami monstrualne formy.
Usłyszałam swojego czasu, że należy mówić pony, ponieważ taką
nazwę przyjęło najwyższe gremium Polskiego Związku Jeździeckiego, czyli
Walny Zjazd. Otóż przypominam, że pierwszy rozbiór Polski (1772) został
zatwierdzony przez jeszcze wyższy organ, bo przez polski sejm zebrany
pod przewodnictwem zdrajcy Ponińskiego i przy bezskutecznym oporze
grona patriotów kierowanych przez nowogródzkiego posła, Tadeusza
Rejtana. Podczas ostatniej sesji sejmowej, 11 kwietnia 1775 r., kiedy
król Stanisław August miał podpisywać akt rozbioru, nagle zabrakło
kałamarza. Wówczas Poniński wyciągnął ołówek i podał go królowi!
Ciekawe, dokąd by zaszło społeczeństwo polskie, gdyby bez
zastrzeżeń przyjmowało postanowienia władz takich czy innych, z którymi
rzeczywista praworządność nie ma nic wspólnego? Nierząd, który m. in.
przyprowadził Rzeczpospolitą do ponadwiekowego upadku, nie może być
tożsamy z nieposłuszeństwem wobec praw szkodliwych.
Przeglądając literaturę jeździecką, spotykałam różnie
określaną wysokość kuców (jednak nigdy nie przekraczała ona 150 cm w
kłębie). I tak np. Jerzy Zwoliński w Hodowli koni powiada, że
są to konie odznaczające się szczególnie małymi formami ciała
[to, a także wszystkie kolejne podkreślenia są moje], chociaż
można spotkać kuce o wzroście dochodzącym do 100 cm w kłębie, jak i
przekraczające wysokość 140 cm. Następnie nadmienia, że sformowanie
się odrębnych ras nastąpiło bardzo dawno, głównie pod działaniem
środowiska, ale też czasem pod wpływem doboru stosowanego przez
człowieka. Dlatego też nie można uważać wszystkich odmian kuców za
rasy prymitywne, gdyż niektóre z nich – hodowane metodycznie –
zasługują na nazwy ras kulturowych. [...] Poszczególne
rasy przybierają nazwy w zasadzie od kraju czy okolicy, w jakiej są
hodowane (np. kuc feliński; [Felin – to dzielnica Lublina – E. H.]).
W albumie zatytułowanym Konie. W królestwie zwierząt,
opracowanym przez Emilię Beaumont, pod redakcją Agnes Vanewiele mówi
się, że kucami nazywamy konie niewielkiego wzrostu, osiągające
do 145 cm w kłębie. [...] Na
świecie występuje około stu ras kuców, a najpiękniejsze hoduje się w
Wielkiej Brytanii.
Można by w tym miejscu sparafrazować nasz rodzinny żart,
który w zasadzie dotyczy czegoś zupełnie innego: My wiemy, że
Anglicy hodują piękne kuce, ale Anglicy nie wiedzą, że to samo robimy my.
Nie inaczej pojmuje kuca Eldwyn Hartley Edwards w Księdze
koni. Pisze, że wyhodowany w czasie nie dłuższym niż 50 lat w
Anglii kuc wierzchowy mierzy do 142 cm w kłębie i powstał z krzyżowania
różnych ras rodzimych, brytyjskich (kuców walijskich, dartmoor, koni
pełnej krwi angielskiej) oraz ras obcych (np. arabów).
Także Jane Kid w Ilustrowanej encyklopedii: Konie
podaje, że oficjalna definicja kuca głosi, iż jest to zwierzę o
wysokości niższej niż 14,2 dłoni, dodając również m.in., że
duże konie rozwinęły się [...] z kuców, powoli
zwiększając swój wzrost głównie dzięki sztucznemu doborowi i dobrym
warunkom chowu.
Obecnie obserwujemy zjawisko odwrotne, uwarunkowane względami
użytkowymi, kiedy hodując kuce wyłącznie do sportu, staramy się duże
konie zminiaturyzować. Zjawisko to w Europie Zachodniej zaznaczyło się
zwłaszcza po zakończeniu II wojny światowej. U nas warunki ku temu
stworzył dopiero upadek komunizmu w 1989 r., umożliwiający szeroki
rozwój prywatnej hodowli, nastawionej na aktualne, rodzące się
zapotrzebowania.
Również James Kerswell w podobnie zatytułowanym albumie
twierdzi, że kuc to nie określenie konkretnych ras, ale wzrostu konia.
Pisze on: każdego konia, którego wysokość w kłębie nie
przekracza 144 cm, można zaliczyć do kuców. Wymienia on m.in.
kuca szetlandzkiego [shetland pony – E. H.], walijskiego,
fiordinga i dartmoor. Anglicy mianem pony określają zarówno konie
prymitywne, jak i szlachetne.
Odnoszę wrażenie, że dotknięci poczuciem niższości wobec
Zachodu, niektórzy działacze naszego jeździectwa chcieliby staropolskie
określenie niskich koni zepchnąć do rezerwatu koni prymitywnych,
natomiast zwierzęta szlachetne, a przynajmniej te, które uczestniczą w
zawodach sportowych, obdarzyć również nazwą kuc, tyle że...
przetłumaczoną na język angielski. Bo czyż nie wzrasta dobre
samopoczucie właściciela, którego kuc nazywa się pony?
W tym miejscu, na zakończenie II
części artykułu, chciałabym dla ciekawości podać Państwu za M. Czapskim
(Historia powszechna konia. 1874), że kiedyś najmniejsze
konie nazywały się konikami, kosiami (wywiedziono zapewne
od kosić), kucykami, parepami, zaś mierzynem,
mierzyńcem, mierzynkiem [wyróżnienie –E. H.] zwał się koń
miernego wzrostu do zaprzęgu najzwyczajniej używany. Mówiono
również chmyz, co wyszło od gwarowej nazwy krzaków,
czyli znowu czegoś niewyrośniętego i niepozornego. (Na nic tu
wielkie, bojowe ogiery – tłumaczył w Krzyżakach Maćko z
Bogdańca swojemu bratankowi, Zbyszkowi i giermkowi Hlawie – bo
wielki zaraz w młakach ugrzęźnie, a tutejszy chmyz przejdzie wszędy,
tak prawie jako i człowiek.
Cdn.
Powrót
do strony głównej Archiwum
Powrót
do
strony głównej
|