|
|
ARCHIWUM |
|
Zygmunt Zieliński
Życie Religijne
Sformułowanie zawarte w tytule jest w każdym przypadku prowokacyjne. Dla wierzącego jest po prostu herezją, dla niewierzącego – nonsensem, bowiem na czym polega niewygoda czegoś lub KOGOŚ, kto nie istnieje? A jednak gołym okiem widać, że nawet dla ateisty Bóg czy też wynikająca z wiary w Niego rzeczywistość jest problemem. Dlaczego niewierzący nauczyciel nie może znieść krzyża w klasie (ostatnio głośna jest sprawa w Niemczech), choć powinien, będąc w mniejszości, okazać tolerancję wobec większości uczniów i rodziców, którzy chcą, by krzyż pozostał na miejscu? Dlaczego władza spełnia żądanie jednego obywatela, gwałcąc prawa pewnej zbiorowości? Oczywiście odpowiedzi można tu dać wiele, ale istotne jest tylko to, że po prostu symbol nie istniejącego Boga jest nawet dla takiego człowieka monitem nie do zniesienia. Najbardziej zabobonni są zdeklarowani ateiści. Można by na ten temat opowiadać przezabawne historie, ale nie w tym rzecz. Usuwanie Boga z obszaru życia publicznego trwa od dawna. Od jak dawna, to nawet trudno powiedzieć. Wszakże problem prywatyzacji religii to twór kierunków zmierzających do budowy własnego światopoglądu, opartego na innych przesłankach niż religijne, potrzebujących w tym celu niejako wykarczowania wszystkiego, co na tym – jak to w USA się określa – Public Square, czyli na płaszczyźnie publicznej, nosi cechy zależności od religii. Ogólnie rzecz biorąc, są to kierunki materialistyczne, zatem w równej mierze liberalizm, co marksizm i jego pochodne. Mając to na uwadze, rozumiemy współczesność bez ulegania złudzeniom, dziś tak powszechnym i dezorientującym nawet ludzi o skądinąd ustalonych poglądach. Np. wczoraj (3 I 2002) pokazywana w TV wizyta premiera RP w Watykanie – wydarzenie w kategoriach dyplomatycznych zrozumiałe, jednak w oprawie pewnej prywatności, bo przecież w otoczeniu rodziny, dla wielu nabiera cech gestu osobistego p. Leszka Millera, co z kolei rzutuje na pewne preferencje w stosunku do ugrupowania przez tegoż pana reprezentowanego. Innymi słowy zmyłka, która może się przydać, skoro się okaże, że rząd i parlament nie zdobędą sympatii społecznej. Tak być nie musi, ale może. Premier szedł zresztą śmiało za ciosem, zapraszając Ojca Świętego do Polski. Przydałoby się, rzecz jasna, bowiem przy tej okazji można by Panu Bogu jakąś świeczuchnę zapalić, wszak koszt mały, albo żaden, a publika znowu radowałaby się symbiozą papieża z lewicą postpeerelowską. Dziwne tylko, iż nie pomyślano o skutkach małpich gestów niektórych „polityków”, nie tak dawno próbujących ośmieszyć papieża. Sprawa dość pochyła, bo niektórych aktorów kaliskich wygłupów nie mogłoby zabraknąć przy powitaniu Ojca Świętego. W Polsce wiele jest możliwe, np. te same tłumy, które wiwatują na rzecz papieża, pod niebiosa wynoszą także tych, którzy go znieważają. Ale w Rzymie wyczuwa się tę sytuację chyba z większym realizmem niż nad Wisłą. Chodzenie na ustępstwa w procesie dechrystianizacji – nie wahajmy się używać tego określenia w odniesieniu do Polski – nie jest modne w środowiskach, które mogą chodzić z odkrytą twarzą, bez kominiarek. Mam przed sobą życzenia (z USA, od pewnej instytucji niepaństwowej, zajmującej się programem studiów), które nadeszły po Bożym Narodzeniu, ale właściwie nie mają z nim nic wspólnego. Na ozdobnej karcie znajdują się symbole: chrześcijański, żydowski, islamski, hinduistyczny, konfucjański i buddyjski, a treść życzeń jest następująca: „Niech każdy człowiek pozna miłość i dobro, które przychodzi poprzez pokój i braterstwo. Życzenie na ten okres i na zawsze... Pokój”. Otóż takie życzenia można było z powodzeniem sformułować w dobie panowania Dziadka Mroza, wszak pokój, braterstwo ludów to były fałszywki serwowane naiwnym przez Sojuz. Ale są to też klasyczne hasła masońskie. Jak łatwo w życzeniach wysyłanych w okresie Bożego Narodzenia wymanewrować na aut jego treści, a podłożyć inne. To tylko jeden przykład. Po inne warto iść na gwiazdkowe zakupy. Ale to wszystko nic w porównaniu do propozycji zreformowania podstaw filozoficznych ludzkiego bytowania. Nie mówimy o teologicznych, bowiem faktycznie ten i ów mógłby powiedzieć, iż należy jednak dążyć do uznania takich przesłanek, np. w określeniu kryteriów wartości fundamentalnych, które byłyby do przyjęcia bez względu na światopogląd. Wydaje się, że wartością absolutną także w sensie filozoficznym jest prawda. Najprościej można to wyrazić stwierdzeniem, iż to samo nie może być zarazem prawdziwe i nieprawdziwe. Nie jest to wcale oczywiste dla wyznawców relatywizmu, niekoniecznie zresztą filozoficznego. We współczesnej filozofii można jednak spotkać poglądy idące w odrzuceniu obiektywnej prawdy aż do negacji jakiejkolwiek prawdy – poza tą, która jest owocem ustaleń międzyludzkich. Ostatnio przyznano w Niemczech (po raz pierwszy) Nagrodę Mistrza Eckharta filozofowi amerykańskiemu Richardowi Rorty, który porzuca przede wszystkim tradycyjne myślenie, zakładające, iż istnieje coś „pozaludzkiego”, do czego ludzie w swym życiu winni się stosować. W przyszłości wykluczyć tu należy zarówno Boga, jak i rozum, a pozostawić wszystko rezultatowi porozumienia międzyludzkiego, co w praktyce oznacza skrajny pragmatyzm. Komentator opisanego wydarzenia, Alexander Riebel („Die Tagespost”, nr 148 z 11 XI 2001), słusznie zauważa, że w przeciwieństwie do laureata Nagrody Mistrza Eckharta można mieć nadzieję, że filozofia mimo wszystko nie porzuci drogi poszukiwania prawdy. Rorty ma niby na myśli prawdę w oderwaniu od systemów, w których jej problem się pojawia, ale w rzeczywistości chodzi mu konkretnie o chrześcijaństwo, które uwiera go jako zwarty i konsekwentny, jeśli chodzi o pojęcie prawdy, system. Uważa on, iż system ten musi zniknąć z powierzchni ziemi, ilustrując ten pogląd słusznym zresztą przekonaniem, iż chrześcijaństwo nie może ingerować w sferę czysto biologiczną, do jakiej należy np. technika genowa. Nie trzeba dodawać, do czego prowadzi zwolnienie hamulca obiektywnej moralności w przypadku wszelkich manipulacji w dziedzinach podległych prawom natury, przez człowieka zaledwie rozpoznawanych. Rorty to w końcu tylko filozof, którego nauczanie podzieli los tych, co przed nim i po nim zapełniali i będą zapełniać półki biblioteczne. Nie zreformuje on świata, tym bardziej jego Stwórcy, może jednak zamącić w głowach, i to nie tylko tym, którzy na taki zamęt z niecierpliwością czekają, ale także Bogu ducha winnym, poddawanym praniu mózgu przez tzw. autorytety. Nie wolno też zapominać, że dzięki „ewangelii nieładu intelektualnego” w rodzaju tu wspomnianej rodzą się prawa sankcjonujące perwersje, obalające Dekalog i stwarzające nieziszczalne przecież aspiracje człowieka do stania się panem stworzenia. W sumie jednak w świecie o tak dalekosiężnych perspektywach więcej jest smutku niż radości, która mogłaby być w zasięgu ludzkiej ręki, gdyby nie rezygnacja z bycia człowiekiem i tylko człowiekiem. Pociechą jest fakt nigdy nie dość, mimo wysiłków, przesłonięty fałszywymi obietnicami „ewangelistów relatywizmu”, mieszczący się w ludzkim pragnieniu szczęścia. Nie może być ono podobne przysłowiowym gruszkom na wierzbie. A jest tak wtedy, kiedy człowiek przestaje postrzegać ramy swego istnienia, kiedy spełnia się biblijna pokusa: będziecie niby bogowie (Genesis). Jedni w to do dziś wierzą – lub gotowi są uwierzyć – i dla tych Richard Rorty jest autorytetem. Inni rozpoznają pokusę i nawet jeśli byli na drodze do uległości wobec niej lub nawet już się jej poddali, szukają drogi wyjścia godnej człowieka, który nie zrezygnował ani z Boga, ani z własnego rozumu. Jako przykład warto tu przytoczyć pewną modlitwę. Zastąpił nią przemówienie na otwarcie Senatu stanowego w Kansas, USA pastor Centralnego Kościoła Chrześcijańskiego, senator Joe Wright. Oto jak się modlił: Ojcze Niebieski, przychodzimy przed Ciebie dziś, by prosić Cię o przebaczenie i szukać Twych wskazań i przewodnictwa. Wiemy, że Słowo Twoje powiada: „Biada tym, którzy nazywają zło dobrem”, ale tośmy właśnie uczynili. Zagubiliśmy naszą równowagę ducha i sprzeciwiliśmy się naszym wartościom. Wyznajemy to. Ośmieszyliśmy absolutną prawdę Twego Słowa i nazwaliśmy ją pluralizmem. Wykorzystaliśmy ubogiego i nazwaliśmy to loterią. Nagradzaliśmy próżniactwo i nazwaliśmy to dobroczynnością. Zabijaliśmy naszych nienarodzonych i nazwaliśmy to wyborem. Strzelaliśmy do aborcjonistów i uważaliśmy to za usprawiedliwione. Zaniedbywaliśmy wychowanie naszych dzieci, a nazywaliśmy to budowaniem godności własnej. Nadużywaliśmy władzy, a nazywaliśmy to polityką. Pożądaliśmy własności naszych sąsiadów, a nazywaliśmy to ambicją. Zatruwaliśmy powietrze bezbożnością i pornografią, a nazywaliśmy to wolnością słowa. Wyśmiewaliśmy odwieczne wartości naszych przodków, a nazywaliśmy to oświeceniem. Odnajdź nas, o Boże, i poznaj
dzisiaj nasze serca; oczyść nas z każdego grzechu i uczyń nas wolnymi.
Prowadź Znaleźli się tacy wśród parlamentarzystów, którzy na znak protestu przeciwko tej modlitwie opuścili salę, ale na 5000 listów nadesłanych w związku z wystąpieniem pastora tylko 47 ustosunkowało się do niego negatywnie.
Nie trzeba dodawać,
iż przytoczona modlitwa odkrywa choroby mniej lub bardziej wszystkich nas
gnębiące. Rozpoznanie ich jednak możliwe jest tylko w perspektywie Prawdy
od człowieka niezależnej, której źródłem jest Bóg. Czy zatem jest On
niewygodny czy po prostu boimy się spojrzeć Prawdzie w oczy?
|
|