|
|
ARCHIWUM |
|
Jan Rusek
Temat Miesiąca Nie ma warunków, na jakich Polska mogłaby przystąpić do Unii Europejskiej.
NPW 1-2, 2002
Głównym procesem dziejowym, któremu podlega dziś Polska, jest ścieranie się dwóch tendencji: jedna prze do wcielenia Polski do Unii Europejskiej, druga jest temu przeciwna. Stosunek do tego procesu jest najważniejszym (choć nie jedynym) kryterium oceny, swego rodzaju papierkiem lakmusowym, tego, z kim mamy do czynienia, tak w odniesieniu do poszczególnych osób, jak i partii politycznych.
Ważność tego procesu wynika z położenia geograficznego Polski oraz z lekcji płynących z historii naszych stosunków z zachodnim sąsiadem. W tym względzie sytuacja Polski jest wyjątkowa, nie można jej porównywać z sytuacją żadnego innego państwa w Europie. Niemcy to naród niezwykle dynamiczny, stale dążący do rozszerzenia swego Lebensraum. Ich państwo powstało w r. 843 z części państwa Karolingów. Wschodnie krańce tego państwa sięgały wtedy po Łabę. Sto lat później zmagać się z nimi musiał Mieszko I już na rubieżach Odry. Tak rozpoczął się Drang nach Osten, rozumiany przez Niemców (po dzień dzisiejszy) jako kulturelle Mission. Roztropność kazała Mieszkowi przyjąć chrześcijaństwo nie od Niemców, ale od Czechów. Zorganizowane państwo potrafiło się bronić, czego przykładem było pokonanie Hodona pod Cedynią. Odtąd Polska postrzegana jest jako przeszkoda w niemieckiej ekspansji na wschód. Próby pokonania tej przeszkody mają już tysiącletnią tradycję. Zmieniają się metody, cel pozostaje ten sam. Zainstalowanie się zakonu krzyżackiego w Prusach wzmogło zagrożenie do tego stopnia, że obrona przed nim była możliwa dopiero po zjednoczeniu sił z ówczesnym państwem litewsko-ruskim (także zagrożonym przez Krzyżaków) i osadzeniu Jagiełły na tronie krakowskim w r. 1386. To pociągnięcie Polaków wprawiło w zdumienie ówczesną Europę. Przyniosło wiktorię grunwaldzką w r. 1410. Tak pisał o niej Bobrzyński w Dziejach Polski w zarysie: "Na polach Grunwaldu rozstrzygnąć się miał wielki bój pomiędzy światem germańskim, zorganizowanym przez zakon krzyżacki, a światem słowiańskim, w którym Polska pierwsze zajmowała miejsce". Później zagrożenie ze strony prącej do Bałtyku Moskwy doprowadziło do jeszcze ściślejszego zjednoczenia Litwinów i Rusinów z Polakami, które w 1569 r. przybrało postać unii lubelskiej. Nasi praojcowie wiedzieli, że tylko broniąc się, można przetrwać.
Walka o naszą ziemię nie ustała ani na chwilę. A mimo to po ostatniej wojnie Polska wróciła na ziemie piastowskie. Z przyznanych Polsce w traktacie poczdamskim ziem pozostający tam Niemcy (w liczbie 3 mln) podlegali wysiedleniu do zachodnich stref okupacyjnych Niemiec. Decyzję o wysiedleniu Alianci uzasadnili tym, aby nigdy więcej z Niemiec nie mogła wyjść pożoga wojenna. Utrzymanie tych ziem w polskim władaniu jest więc naszym zobowiązaniem wobec Europy i świata. Zobowiązaniem w interesie pokoju, zatem także w interesie samych Niemców. Równocześnie, z polskiego punktu widzenia, był i jest to akt sprawiedliwości. Wszak niemieckim celem w drugiej wojnie światowej było unicestwienie państwa i narodu polskiego. Wysiedlanie rozpoczęli sami Niemcy wobec Polaków z Pomorza, Śląska czy z Zamojszczyzny. Przyznanie nam nabytków terytorialnych stanowi tylko niewspółmiernie małą rekompensatę, a nie zemstę, za gehennę drugiej wojny światowej. Wyzucie nas z Kresów Wschodnich jest zupełnie odrębną sprawą.
Tymczasem Drang nach Osten trwa, zmieniają się tylko metody. Mieszkający na Pomorzu Zachodnim alarmują, że już połowa ziemi nie jest w naszym ręku. Wprowadzane jest prawo, które zmusi nas do sprzedaży ziemi już po kilku latach dzierżawy. Będąc w Unii, sprzedaży ziemi nie moglibyśmy w żaden sposób kontrolować. Przejściowy okres ochronny, choćby nawet 18-letni, jest tu bez znaczenia. Wyrok zostałby podpisany. W ONZ, gdy ważyły się losy NRD, wielki kanclerz zapewniał, że Niemcy podpiszą układy ze swymi sąsiadami, rozwiewające ich obawy o swe bezpieczeństwo. A co mamy? Do podpisanego przez Skubiszewskiego układu dołączono niejawny dokument, który może zostać wykorzystany przy kwestionowaniu trwałości stosunków własnościowych na części terytorium Polski. Do Berlina wróciła i stolica, i pomnik Fryderyka II, grabarza Polski. A to Adenauer powiedział, że kto przeniesie stolicę do Berlina, ten wznieci ducha Prus (MP, 4.02.2001). W Szczecinie stacjonują ponownie oddziały Bundeswehry. Z której strony grozi Szczecinowi niebezpieczeństwo? Za to za Odrą nie zgodzono się na przywrócenie mieszkającym tam Polakom statusu mniejszości narodowej (posiadanego do września 1939 r.).
Tak dochodzimy do sprawy Unii Europejskiej. Unia ta budowana jest na bazie czterech podstawowych wolności: wolności przepływu kapitału, towarów, usług i ludności. Ta ostatnia rozumiana jest jako prawo do zakupu ziemi i osiedlania się. Siła nabywcza Niemców jest co najmniej stukrotnie wyższa od tejże Polaków. Zestawiając razem przepaść finansową pomiędzy Niemcami i Polakami, gwarantowane w UE prawo do przepływu ludności i pamiętając o Drang nach Osten, wejście Polski do UE równać by się musiało skazaniu nas na wyzucie z własności, najpierw na Ziemiach Odzyskanych, a potem w całej Polsce. A bez własności człowiek staje się niewolnikiem. Jakiekolwiek okresy przejściowe są tu bez znaczenia. Co to jest 18 lat w historii narodu? To mniej niż jedno pokolenie. Wynik końcowy byłby przesądzony. Niestety, już obecnie ponad 75% banków jest w nie naszych rękach. Ale mając suwerenne państwo, możemy mieć nadzieję, że wreszcie doczekamy się myślącego po polsku parlamentu i rządu, i że wydarty nam majątek odzyskamy. Wchodząc do UE, nadziei takiej byśmy się pozbawiali.
Niektórzy powiadają, że da się wynegocjować takie warunki zakupu ziemi przez obcokrajowców, które zapobiegną rugom Polaków. Nie ma to żadnego umocowania w faktach. Wszak już dziś podporządkowujemy po kolei wszystkie regulacje prawne do tych obowiązujących w UE. Można sobie wyobrazić, co by się działo, gdybyśmy chcieli bezterminowo utrzymać jakąś regulację prawną, która by była niekorzystna dla najsilniejszego państwa UE. To jest niemożliwe. Ale ważniejszy jest inny aspekt tej sprawy. Jakie jest morale ludzi głoszących takie poglądy. Jest w UE jasno sprecyzowana zasada wolności przepływu ludzi. Państwo-kandydat przystępując do UE podpisuje się pod tą zasadą. Jednocześnie miałoby ono trzymać w zanadrzu inne regulacje prawne, które tą zasadę miałyby uczynić pustą? To hipokryzja w czystej postaci. Przyszłość miałoby się budować na tym, żeby jeden chciał oszwabić drugiego? W tym względzie Polacy nie byli, nie są i nie będą specjalistami.
Zwolennicy osiemnastoletniego okresu ograniczenia dostępu obcokrajowców do naszej ziemi twierdzą, że okres ten nie wziął się z kapelusza. Jest on, ich zdaniem, potrzebny do tego, aby siła nabywcza Polski zrównała się z siłą nabywczą słabiej rozwiniętych krajów UE. To zdumiewające. Czyżby sądzili oni, że na naszą ziemię czyhają Portugalczycy, Hiszpanie czy Grecy? Wykupem naszej ziemi zainteresowane jest najsilniejsze państwo UE, leżące tuż za miedzą. Czy to, że ziemia ta będzie nie dziesięć, ale pięć razy tańsza niż w Niemczech, istotnie zmniejszy zagrożenie przed wyzuciem nas z niej ? Chłopie polski: mając ziemię, jesteś Rolnikiem, nie mając jej, będziesz niewolnikiem.
Czy Polska może odnieść korzyści z przystąpienia do UE? Nie. Bajki, którymi raczono rolników o dopłatach, już się zdezaktualizowały. Skutki podpisanego przez ówczesnego premiera Olszewskiego Układu Stowarzyszeniowego są dla Polski fatalne. Takiej mizerii, jakiej obecnie doświadczamy we wszystkich dziedzinach życia społecznego, nie było nawet za PRL. Premier mówi o grożącym państwu bankructwie. Że jest to możliwe, świadczy przykład Argentyny. Tam stopa bezrobocia osiągnęła 20%. U nas jeszcze wynosi 18%. Tam państwo nie ma jak spłacać odsetek od 160-miliardowego zadłużenia. Nam jeszcze coś zostało do "prywatyzowania" i jeszcze spłacamy odsetki od 65-miliardowego zadłużenia. Co będzie za rok?
Rolnicy nie mają gdzie sprzedać płodów ziemi. To samo dotyczy producentów przemysłowych. Już sto lat temu pisał Bobrzyński: "Przemysł polski, jeżeli wskutek współzawodnictwa z zachodnim nie miał zupełnie upaść, potrzebował rozsądnej ochrony; rzeczy, których wyrób dał się na miejscu równie łatwo i tanio dokonać, potrzebowały ceł protekcyjnych wobec podobnych wytworów zagranicy". Obecne otwarcie naszych granic na niekontrolowany zalew towarami obcymi wygląda na jakiś sabotaż. Czegoś podobnego nie ma nawet w gospodarce amerykańskiej. Klauzulą najwyższego uprzywilejowania manewrują zgodnie z aktualnymi potrzebami ich gospodarki. Ciągle słyszymy o napięciach amerykańsko-europejskich na tle ochrony własnych rynków. Tylko dla nas najlepsza ma być niekontrolowana konkurencja. Będąc poza UE, możemy to zmienić. W Unii już nie. W Unii skazani zostaniemy na bycie rejonem upośledzonym, bez własności. Czy są przykłady, że tak się może stać ? Ano weźmy przykład Izraela. Na początku XX w. Żydzi stanowili niewielki odsetek ludności Palestyny. Ruch syjonistyczny uruchomił płynącą z całego świata strugę pieniądza na wykup arabskiej ziemi. Tak, po raptem 50 latach, powstało państwo mające bezwzględną przewagę nad Palestyńczykami. Czyż Niemcy nie dysponują wystarczającymi zasobami finansowymi, aby uczynić to samo w Polsce ? Czy organizowane przez Hakatę rugi pruskie i los Drzymały nie powinny być ostrzegającym nas mementi?
Polacy winni żyć w przyjaźni ze wszystkimi narodami, w tym także z Niemcami. Jest to możliwe! Ale zawładnięcie przez nich naszą ziemią odnowiłoby urazy z przeszłości. Czyż trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć tego skutki? Czyż nie podobne podłoże miał w XV w. antyniemiecki ruch husycki w Czechach? Czy inne jest podłoże konfliktu w Palestynie? Czyż nie lepiej, tak dla Polaków, jak i Niemców, współpracować po partnersku, dla obopólnej korzyści, zamiast podejmować kroki zgubne dla słabszej ze stron? Czyż nie lepiej współpracować jak sąsiad z sąsiadem, przyjaciel z przyjacielem?
Docierające do opinii publicznej odpryski informacyjne o toczonych z Unią rokowaniach świadczą o niezwykłej wadze, jaką Unia przywiązuje do możliwości zakupu naszej ziemi. Jaka jest tego przyczyna? Czyż Unia potrzebuje naszej ziemi, bo jej obywatele są głodni? Przecież Unia nie wie, co zrobić z górą masła i mięsa! Tam rolnikowi nie wolno wyprodukować więcej, niż wynosi przyznany mu kontyngent. Czy nie wolno nam pytać, o co więc chodzi? Rzecz oczywista: chodzi o wyzucie nas z własności, aby uczynić z nas niewolników. Wszak nie ma wolności bez własności. Niestety, jest to trend światowy: jedni chcą panować nad drugimi. Aby przetrwać jako naród wolny, mamy prawo się bronić.
Często wysuwanym argumentem za wstąpieniem do UE jest to, że poza nią nie mamy widoków na postęp, zwłaszcza gospodarczy. Widoki na postęp mają nam zapewnić rządy brukselsko-berlińskie. Poglądy takie wyrażają niewiarę w nas samych, niewiarę w to, że potrafimy się rządzić sami. Że musimy otrzymywać dyrektywy z zewnątrz. Jest to spuścizna 50 lat komuny. Rządzący nami czekali na polecenia z Moskwy. Dziś jedyne, co mogą nam zaproponować, to wejście do UE, gdzie znów wystarczać będzie tylko wykonywać polecenia, tym razem z Brukseli lub z bliższego Berlina. Kiedy się z tego otrząśniemy? Kiedy zrozumiemy, że nikt niczego nam nie da za darmo. Owszem, że trzeba bronić tego, co się ma. Że dobrowolne oddanie się w niewolę nie jest żadnym rozwiązaniem. Takie projekty były już w naszej historii. Oto co pisał Bobrzyński o osiemnastowiecznym planie Czartoryskich oddania Polski Moskwie: "Zrozumieć go można przypuszczając rozumowanie, że Polska wskutek swego wewnętrznego rozstroju niezawisłość swoją polityczną musi bądź co bądź wkrótce utracić, lepiej więc, żeby zrzekła się jej dobrowolnie, a raczej uznała swoją faktycznie już istniejącą od Rosji zawisłość, ażeby za to weszła w skład Rosji cała, niepodzielna, z rządem silnym autonomicznym, zbudowanym po zgwałceniu anarchii za pomocą Rosji". Efekt tego typu planów znamy już z historii: niewola trwająca cały XIX w. Już Spartakus marzył o tym, aby jego syn mógł urodzić się wolnym. Tym marzeniem kierowali się Polacy, podejmując walkę o niepodległość w powstaniach i wojnach światowych. Także moje, urodzone tuż po wojnie pokolenie wierzyło, że jak na imperium rzymskie, przyjdzie kres także na ciągle świadczące nam "pomoc" imperium radzieckie. Ale półki sklepowe zapełniły się dopiero wtedy, gdy ta "pomoc" się skończyła. Dziś dokładnie taką samą pomoc świadczy nam Unia Europejska. Po dziesięciu latach tej "pomocy" słyszymy od premiera Millera, że państwu grozi bankructwo. Prawie 80% banków jest w obcych rękach. Realizują one politykę w interesie swoich państw, a nie Polski. Który z tych banków sfinansuje inwestycję, która mogłaby stanowić konkurencję dla firmy z ich macierzystego kraju? Poseł Kaczyński mówi, że teraz jest to już płacz po rozlanym mleku. Mamy to mleko wylać do końca i całą Polskę zaprzedać poprzez wstąpienie do UE? Już zaczynamy nie mieć wpływu na naszą gospodarkę, a mielibyśmy ten wpływ mieć będąc w UE? Kto się tam będzie z nami liczył? Czyż nie lepiej wypowiedzieć Układ Stowarzyszeniowy i zacząć prowadzić polską gospodarkę w naszym interesie? Czy rząd nie mógłby wtedy zażądać od instytucji państwowych prowadzenia wszystkich operacji finansowych wyłącznie w bankach czysto polskich? Byłby to początek odzyskiwania Polski.
Mówią niektórzy, że Polska w UE ma zapoczątkować odnowę kościelną. Kto będzie słuchał i naśladował tego, kto zaprzedał swą ojczyznę? Poza tym, jak ta odnowa miałaby wyglądać? Mieliby ojcowie opuszczać swe rodziny i wyjeżdżać za pracą do UE? To miałoby być programem dla katolickiego Narodu? Kto może snuć takie plany? Pisał Bobrzyński o jezuickich planach nawracania za Zygmunta Wazy na katolicyzm innych narodów: "Czyż Polska miała w tym najmniejszy interes, aby znienawidziła ją Moskwa, ażeby na nią rzuciła się odległa i spokojna Szwecja, ażeby przez pognębienie protestantyzmu w Niemczech, Czechach i Węgrzech wzrosła i tak już groźna habsburska potęga? Toteż podobną politykę wskazać, o widocznie niemożebną rzecz kazać się kusić, naród na stracone stanowisko popchnąć mogli ci tylko, którzy dla swoich celów narodu tego i jego przyszłości nie wahali się na chwilę poświęcić". Pamiętajmy o tej opinii, gdy znów w jakimś wywiadzie usłyszymy z ust kolejnego euroentuzjasty, że argumenty przeciwników przystąpienia Polski do UE są "płytkie".
Raczej pokażmy, że potrafimy u siebie żyć po katolicku, że potrafimy się uporać z korupcją i niemocą prawa. To zostałoby zauważone i byłoby najlepszym wkładem do budowy chrześcijańskiej Europy i świata. 22 grudnia o godzinie-7.30-w radiu, przedstawicielka Transpanency International (TI) podawała przykłady bulwersujących opinię społeczną spraw umarzanych następnie z niezrozumiałych powodów przez prokuraturę i sądy. Przedstawicielka ta uznała tak prokuraturę, jak i sądy za na tyle skorumpowane i niezdolne do samooczyszczenia się, że proponuje rozwiązanie obecnego korpusu prokuratorskiego i sędziowskiego. Na zarzut, że byłoby to niekonstytucyjne, odpowiada, że uczynił to już kiedyś de Gaulle i Piłsudski i że ten, kto tego dokona, zasłuży sobie na miłość. Wobec przytaczanych przez przedstawicielkę TI przykładów wypada się zgodzić z jej diagnozą. Ale proponowana przez nią jednorazowa akcja mogłaby uzdrowić sytuację jedynie na krótki czas. Tymczasem potrzebne jest rozwiązanie systemowe, działające stale. Takie właśnie rozwiązanie odnajdujemy w programie Przymierza Ludowo-Narodowego: wybieralność prokuratorów i sędziów. Oczywiście, tak tryb wyboru, jak i warunki które spełniać by musieli kandydaci, pozostaje do dopracowania. Ale zasada systemowa jest w tym programie jasna. Dotychczasowe rozwiązania konstytucyjne czynią bowiem immunitet niezawisłości prawem do bezkarności.
Spójrzmy na inny przykład okazywanej nam przez UE "pomocy". Roczna składka Komitetu Badań Naukowych (KBN) wpłacana do Brukseli wynosi 160 mln euro. Ponieważ 50% tej kwoty uzyskujemy z funduszu PHARE (Poland Hungary Assistance to Restructuring their Economies), więc KBN de facto wpłaca do Brukseli 80 mln euro. Polscy naukowcy składają wnioski o wsparcie przedkładanych projektów badawczych. W ten sposób nauka polska odzyskuje 10 (dziesięć) procent wpłacanej przez KBN kwoty. Zatem udział KBN w finansowaniu nauki unijnej wynosi (netto) 72 mln euro rocznie. Ile to jest? Mamy w Polsce około 300 wyższych uczeni: dużych, małych, szczątkowych. Jeden zestaw złożony z notebooka i rzutnika komputerowego kosztuje około 18 tys. złotych. Czyli za jedną jednoroczną składkę każda z 300 statystycznych uczelni mogłaby otrzymać 50 wspomnianych zestawów komputerowo-rzutnikowych. A trzeba wiedzieć, że nie każdy wykładowca ma do takiego sprzętu dostęp. Taki jest polski sponsorship nauki unijnej przez nasz KBN. Tymczasem wszystkie statystyki wykażą, a media obwieszczą, że to nauka polska otrzymała od Unii 80 mln euro. Timeo Danaos et dona ferentes!
|
|