ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Elżbieta Holz

 

Oświata, Kultura, Wychowanie 

KUC czy PONY?

CYWILIZACJA ŁACIŃSKA a współczesne postawy polskiego środowiska jeździeckiego.

NPW 1-2, 2002

•  Rys historyczny 

Część I

Służalcze i bezkrytyczne postawy wobec norm tzw. europejskich, lekceważące nieliczenie się z przeszłością oraz tradycją polskiej, narodowej kultury doprowadziły do tego, że – historycznie ujmując – w niedalekiej przeszłości kuc został zamieniony na pony. W obliczu tego faktu „proponuję” – idąc za ciosem – również konia przerobić na horse, bo na zdrowy rozsądek taki powinien być, wynikający z konsekwentnej logiki, kolejny krok władz sportowych naszego jeździectwa, „dostosowujący” nas (bo teraz wszystko się „dostosowuje”) do tzw. prawa europejskiego.

Teraz do rzeczy. Przed dwoma laty, pod koniec kwietnia 1999 r., Walny Zjazd Polskiego Związku Jeździeckiego uchwalił wyrugowanie ze swojego oficjalnego nazewnictwa polskiej nazwy kuc i zastąpienie jej angielskim słowem pony. Osobiście w zjeździe tym nie uczestniczyłam, a o wyniku obrad dowiedziałam się podczas odprawy technicznej Zawodów Ogólnopolskich Kuców w Kielcach (wtedy mówiło się jeszcze po polsku). Pamiętam, że po usłyszeniu wieści przywiezionych z Warszawy przysiadłam z wrażenia, ale zamiast zaniemówić, skwitowałam je głośno: No to nareszcie jesteśmy w Europie! Domyślałam się przecież, że autorzy tej niedorzeczności właśnie w ten oryginalny sposób próbowali dosłużyć się wejścia do Europy.

Sceptycy, którzy z uporem widzą Polskę poza nawiasem naszego kontynentu, zapominają, że istniała tu ona – początkowo w raczkującej, kształtującej się przez kilka stuleci (licząc do chrztu św.) politycznej nazwie i formie, ale na pewno od czasu, kiedy na gruzach Cesarstwa Rzymskiego, od V w. po Chrystusie, zaczęły powolutku tworzyć się zręby nowoczesnej wspólnoty ludów europejskich. Tzw. euroentuzjaści czasami zapominają, że to nie gdzie indziej, ale u nas właśnie, bo w Kutnie, znajduje się centrum Europy!

Polska już u zarania swoich dziejów wniknęła w struktury cywilizacji łacińskiej, w której władza nie uzyskała glejtu do wywyższania się ponad prawo, postawione miała wymagania moralne, a w życiu prywatnym i zbiorowym zobowiązana była (i jest) kierować się tymi zasadami wobec każdego, bez względu na urodzenie, wiek, płeć, rasę, narodowość itp. (Cywilizacja żydowska np. dopuszcza stosowanie innej etyki wobec Żydów, a innej wobec gojów, czyli nie-Żydów). Być w Europie oznaczało dotychczas zawsze: budować prawo moralne, a u korzeni całej Europy znajdowało się, kształtujące jej genealogię i nienaruszalną podstawę, nauczanie Chrystusa. Dzisiaj prawo Boskie zastępuje się prawem ludzkim, stanowionym, obarczonym balastem ułomności całej człowieczej natury.

Zachód nie był żywiołem jednostajnym, mieszały się tu różne cywilizacje, i to w granicach nie tylko samych państw, okolic, lecz nawet rodów, ponieważ wielu władców nęcił bizantynizm, w którym religia pozostawała na usługach władzy, co oczywiście bardzo ją pociągało. (Pomysł, żeby zostać jednocześnie głową Kościoła i państwa Henryk VIII zaczerpnął – zamieniając religię katolicką na anglikanizm – właśnie od cesarzy bizantyńskich. Bizantynizm zresztą rozgościł się w Europie Zachodniej do dziś na dobre).

Cywilizacja łacińska wytworzona przez Kościół rzymskokatolicki (nazwa jej pochodzi od języka przejętego od starożytnego Rzymu, który stał się na Zachodzie językiem kościelnym,  a zarazem językiem powszechnym nowej cywilizacji), brała za podstawę życia publicznego zasadę dwoistości władzy: duchownej i świeckiej. Przejęła po Rzymianach wszystko, co po nich pozostało dobrego i co można było pogodzić z chrześcijaństwem, m.in. jednożeństwo, nienaruszalność własności prywatnej, praworządność (czyli zasadę, że również władzę państwową obowiązuje prawo, poczucie porządku, bezpieczeństwa i stabilizacji) oraz dorobek literacki, kulturalny i naukowy.

Otóż tej to cywilizacji całe pokolenia Polaków (i nie tylko) zawdzięczają wykształcenie się poczucia osobistej i narodowej godności, która teraz, jak policzek, musi odbierać problem braku poszanowania mowy ojczystej i zaśmiecania jej wyrazami w rodzaju pony. To również ona wpoiła we mnie zasady, które stały się głównym motywem decyzji o powstaniu tego artykułu.

Jakże inaczej moja reakcja musiałaby wyglądać, gdybym wychowała się wśród ludów turańskich (mongolsko-moskiewskich), gdzie życie człowieka warte było tyle, ile kaprys władcy, co wymuszało postawy służalstwa, uniżoności, wysługiwania się władzy i czołobitności, a jednocześnie wytwarzało podstępność, przebiegłość oraz zakłamanie. Tendencje te – przez Ruś – przedostały się na grunt europejski, ścierając się z zachodnimi od średniowiecza do dziś, bardzo mocno w okresie powojennym, w czasach komunizmu, a także – jak pokazuje praktyka – obecnie (stanowiąc konsekwencję spadku po nim oraz bizantyńskich wpływów ze zliberalizowanego Zachodu).

Tak się zwykle składało, że każdy język zapożyczał rozmaite słowa z innych języków. Działo się tak zawsze na pograniczu dwóch kultur, podczas ekspansji, czy to pokojowej, czy to wojennej. Cywilizacja – choćby najeźdźcy – stojąca kulturowo wyżej lub zwyczajnie inna, powierzała swoje zdobycze, opatrzone gotowymi nazwami. To nie przypadek, że trzy czwarte polskiej tytulatury kościelnej wywodzi się z Czech. Takie słowa, jak: opat, przeor, mnich, biskup, dziekan, proboszcz, kapłan, pop oraz inne przywędrowały z orszakami czeskich duchownych, których ogromne zaangażowanie uniemożliwiło zresztą napór niemczyzny w mozolnie budowanym młodym państwie polskim. Było to w czasie, kiedy książę Mieszko ziemie swoje poddał Stolicy Apostolskiej (uznając tym samym prymat łacińskiej cywilizacji), a rok 966 i dzień przyjęcia chrztu św. zapisał się jako najważniejsza data naszej historii. Jej pozytywne, wiekopomne skutki odczuwamy zresztą w każdym z nas do dziś, choć nie wszyscy o tym pamiętają lub w ogóle nie zdają sobie z tego sprawy.

Znane, do dzisiaj stosowane miano starosty (np. starosty roku) również nie ma polskiej proweniencji, choć na tyle zrosło się z naszą kulturą, że za takie zaczęło uchodzić. Urząd ten, siłą swoich żołnierzy, wprowadził do nas król czeski i polski Wacław II (panował od 1300 do 1305 r.; syn jego, Wacław III, do 1306 r.), ponieważ zamierzał w ten sposób osłabić znaczenie dotychczasowych urzędników polskich. Rządy swoje oparł wyłącznie na niemieckim patrycjacie miast i na niemiecko-czeskich oddziałach wojskowych. Tytuł starosty przyjął się i całkowicie spolszczył. Jako urząd zniknął dopiero w 1950 r. podczas reformy administracyjnej, a wraz z nim o wiele starszy i rdzennie polski tytuł wojewody. (Powróciły obecnie, w czasach III, odrodzonej Rzeczypospolitej). A tak  á propos, powojenna okupacja sowiecka, ubrana w pozory legalnej władzy ludu, oryginalnością, jak widać, w żaden sposób się nie wyróżniła. Miała swoich antenatów w bardzo odległej przeszłości, m.in. w postaci okupacji czeskiej.

Wszystkie wieki obfitowały w zapożyczenia. O tym, ile ich się nawarstwiło, wystarczy się przekonać, otwierając Słownik wyrazów obcych. Najwięcej zapożyczeń pochodzi z kręgu śródziemnomorskiej cywilizacji antycznej oraz z cywilizacji średniowiecznej, łacińskiej, będącej jej spadkobierczynią.

Może ciekawiej pod tym względem wypadł wiek XVII. Osadził u nas słownictwo z kultury bądź co bądź egzotycznej, wschodniej. Co prawda, już w średniowieczu szły do nas przez Ruś zapożyczenia ze Wschodu, zwłaszcza nazwy strojów i materiałów (np. jarmułka czy bisior), ale główna fala orientalizmów przybyła w XVII stuleciu. Była odzwierciedleniem stosunków politycznych, handlowych, kulturalnych i wojennych, wynikających z geograficznego sąsiedztwa z narodami Wschodu: Tatarami oraz Turkami. Oto przykłady wyrazów najbardziej spolszczonych: buhaj – byk; ciura – pachołek; jasiek – poduszeczka; juki – tłumoki; kaftan – szata wierzchnia; kajdany – pęta; kaleka – chromy, żebrak; kary – czarny; kozak – najemny wojownik; tapczan – ława, prycza; torba – worek; ułan – szlachcic tatarski; wojłok – podkład pod siodło, gruba odzież.

Zapożyczenia, które się przyjęły, były słowami używanymi przede wszystkim do określania pojęć dotychczas nie istniejących lub też wzbogacającymi i urozmaicającymi rodzime. To jednak nie to samo, co wyrzekanie się znaczeń od dawna ukorzenionych, od stuleci okrzepłych na gruncie ojczystego języka – na rzecz obcych chwastów, co powinno się uznać za karygodne, oburzające, wręcz za postępek o charakterze zdrady narodowej.

Czy musimy przeżywać kolejną falę snobizmów oraz zauroczeń, szukających nobilitacji w modzie na obczyznę? Mam nadzieję, że nie grożą nam niedorzeczności, które w przeszłości poniżały mowę ojczystą służalczym zapatrzeniem się we francuski, niemiecki, nie mówiąc o łacinie, przeszukujące z upodobaniem i zawłaszczające zakazane zaułki narodowego języka. Szczególnie odpychająco wyglądało to w dobie saskiej, gdy na dworze królewskim, zwłaszcza za Augusta II, oraz w obrębie samej arystokracji, nie poczuwającej się – poza wyjątkami – do prawdziwej łączności z narodem i państwem, język polski popadł w ogromne lekceważenie i zepchnięty został przez panoszącą się wtedy powszechnie francuszczyznę. To żadne pocieszenie, lecz wspomnę, że klasa feudalna innych krajów – jeśli chodzi o niektóre grupy magnaterii – wcale nie była bardziej patriotyczna, tak samo w nieokiełznany sposób zwracała uwagę na dobra doczesne i grzeszyła sprzedajnością.

A dzisiejsza moda na wszędobylsko panujący nam język angielski? Należałoby się zastanowić, czy to nie z tego nurtu wyrosły postawy w stosunku do mowy ojczystej niechętne i czy to nie na tej również płaszczyźnie udało się polskiego kuca wyrzucić poza nawias oficjalnego nazewnictwa Polskiego Związku Jeździeckiego?

Trzeba było narodowej niedoli, żeby język ojców na powrót stał się jak klejnot cenny, czemu wyraz dawali wszyscy patriotycznie i postępowo ukierunkowani twórcy. Dosłownie rzeki niezgłębionej troski spłynęły falami ku jego ochronie, kiedy podczas zaborów znalazł się u progu całkowitego unicestwienia (wierzyli w to i w tym kierunku działali zaborcy). Przecież w przeszłości to się już zdarzało. Wyginęły całe narody. Wystarczy przypomnieć przypadek Prusów, wytępionych niemal doszczętnie przez krzyżackie zagony (resztki ich schroniły się w Polsce, na Litwie i Rusi, czego śladem był u nas szlachecki ród Prusów, Krzyżacy zaś przywłaszczyli sobie ich nazwę, wołając siebie panami pruskimi), albo też bezwzględną kaźnię Słowian Połabskich pod pozorem nawracania, których resztki zachowały się w niegdysiejszych Łużycach Słowiańskich (obecnie germańskich).

Karol Libelt – wielkopolski filozof, społecznik i publicysta okresu zaborów – w rozprawie O miłości ojczyzny pouczał:

Narodowość jest sercem, język jest krwią ojczyste ciało narodu opływającą [...]. Wytocz z człowieka krew, a ubiegnie z nią i życie jego, wytocz z narodu język, a ubiegnie z nim żywot jego. Naród żyje, dopóki język jego żyje...

Te przykładne, porywające postawy widoczne były przez cały okres Polski podległej. Lucjan Rydel w 1909 r. głosił:

Między tymi skarbami, których jak oka w głowie strzec jest powinnością Polaka, trzeba położyć na równi z ziemią praojców – praojców mowę. To święte dziedzictwo i z przeszłością nas łączy, i między sobą rozdartych jednoczy – i łańcuchem zostać ma wiążącym dzisiejsze i przyszłe pokolenia, jeśli im tę spuściznę nie naruszoną przekażemy.

Należałoby obecnie odszukać w sobie to przesłanie, niezwykle trafnie i zwięźle ujęte w słowach testamentalnej Roty Marii Konopnickiej: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy, odpierając powracające jak natrętny grzech idee kosmopolityzmu. Jego oblicze, ujawniające się współcześnie najjaskrawiej w postkomunistycznych i liberalnych trendach, cechowały zazwyczaj zachowania sfer tzw. wyższych.

Dzisiejsza odmiana kosmopolityzmu jest tym bardziej niebezpieczna, że wiąże się z negacją albo pomniejszaniem znaczenia już nie tylko lokalnych tradycji oraz więzów, ale w ogóle przekonań narodowych, traktując je z pogardą i nie licząc się z przeszłością, językiem, kulturą i najbardziej żywotnymi interesami własnej ojczyzny.

Kosmopolityzm jest równoznaczny z rezygnacją i wyrzeczeniem się idei cywilizacji łacińskiej.

Znakomity, światowej miary historyk polski Feliks Koneczny (w czasach komunizmu jego nazwisko było systematycznie i skutecznie we wszystkich oficjalnych publikatorach pomijane), zajmujący się badaniem wielości cywilizacji i będący odkrywcą wielu stron tego zjawiska, napisał:

Historya nie wykazała dotychczas poczucia narodowego poza cywilizacją łacińską.

Wysnuwa się z tego prosty wniosek: kto walczy z narodem, walczy z łacińską cywilizacją, kto zaś zwalcza cywilizację łacińską, ten nieuchronnie stoi po stronie likwidacji narodu i w ogóle zjawiska wynaradawiania. Feliks Koneczny definiuje naród jako zrzeszenie cywilizacyjne [całkowicie dobrowolne, przyjęte przez dorosłe, dojrzałe jednostki, trwające minimum przez kilka pokoleń – E. H.], posiadające ojczyznę i język ojczysty.

Bo istotnie, docenić naród, jego istotę i to, co się nań składa, może tylko ten, kto zna jego genezę.

Otóż w naród mogą się zmienić wyłącznie społeczeństwa – po uprzednim całkowitym wyemancypowaniu się rodziny oraz po przejściu na odrębne od prywatnego prawo publiczne – posiadające ogół dostatecznie świadomy, wykształcony, wpływowy, który nie był, jak pisze Koneczny, przez państwo pochłonięty, lecz gdzie państwo pozostawiało mu swobodę rozwoju. Naród nie mógł powstać w cywilizacjach, które tłamsiły wolną wolę jednostek (cywilizacja egipska, później bizantyńska), ponieważ warunkiem jego wytworzenia była wolność (dzisiaj tak powszechnie mylona z samowolą), dobra wola, stała chęć rozwoju i doskonalenia oraz... historia. Następowało to bowiem w ciągłym trudzie kolejnych pokoleń, podejmujących własne, niezależne decyzje, którym przyświecała ta sama idea, wiodąca ku górze, dźwigająca ku wyższym pułapom duchowym. Naród więc – powtórzę – mógł się wykształcić tylko w wyniku swobodnego wyboru, w warunkach prawdziwej wolności, a z kolei tylko cywilizacja łacińska tę wolność gwarantowała. Wniosek nasuwa się sam: kto uderza w naród, ten godzi w pojęcie samej wolności, która ten naród zdolna była ożywić, kto zaś uderza w kulturę narodu – którego najistotniejszą częścią jest język (w tej chwili szczególnie nas zajmujący) – ten bije w naród.

Nasze jeździeckie środowisko doświadcza dzisiaj także napływu obcych wyrażeń. Przypatrzmy się chociażby znanym wszystkim czapsom czy sztylpom. Które dziecko zajmujące się jeździectwem jeszcze kilkanaście lat temu, nie mając kontaktu z krajami Zachodu ani dostępu do starej, fachowej polskiej literatury, wiedziało, że istnieją specjalne ochraniacze zakładane na łydki jeźdźca, uniemożliwiające obtarcia i ułatwiające powodowanie koniem? Jeździliśmy w oficerkach „po dziadku” albo w nowych – jak kogo było stać – sprawionych u przedwojennych fachowców. Dzisiaj butów z cholewami używa się praktycznie wyłącznie podczas „gali” jeździeckich, na co dzień korzysta się zaś z owych ochraniaczy łydek (z ang. czapsów, z niem. sztylpów). Obce nazwy zostały wchłonięte przez potoczne słownictwo (oby tylko nie przedostały się do literatury!), bo skoro koniom zakładamy ochraniacze na nogi, to mają prawo razić – ochraniacze ludzkich nóg.

Czy komuś przyjdzie na myśl jakaś rodzima, rozsądna nazwa (chociaż może to być trudne – jak trudny jest problem ze znalezieniem polskiego odpowiednika angielskiego wyrazu weekend, który zdążył już zakazić nasze słownictwo) lub być może wystarczy, że odnajdzie starą? Bywały przecież barwne, w dawnej Polsce „uprawiane” słowa do określania przedmiotów po dziś używanych, jak chociażby zapomniany, przepięknie brzmiący staropolski pątlik, nazywany teraz powszechnie siateczką do włosów (zakładaną tak chętnie przez dziewczęta, zwłaszcza podczas zawodów w ujeżdżeniu), a zdobiący ongiś głowę nie tylko białogłowy.

Może budzić podziw fakt, jak stare i przedwieczne są początki naszej mowy ojczystej. Prof. Tadeusz Lehr-Spławiński twierdzi, że u przedproża naszej ery, kiedy wzdłuż osi Bugu przełamywał się podział na Słowiańszczyznę Zachodnią i Wschodnią nastąpiło prawdopodobnie także utrwalenie większości starych, słowiańskich nazw geograficznych, przede wszystkim rzecznych. Wisła Warta, Wida, Świder i inne to nazwy, które pamiętają czasy sprzed narodzenia Chrystusa i są tak samo zamierzchłe, jak zamierzchła jest Słowiańszczyzna Zachodnia. Niemi świadkowie naszej przeszłości...

Prastara jest nasza historia, starsza niż chrzest Polski i do końca ciągle nie odkryta. Czy warto się z nią targować i odrzucać doświadczenia uwiarygodnione przez stulecia? W imię niepewnej, z pozoru kolorowej przyszłości? A swoją drogą ciekawa jestem, co władze PZJ na to, że obowiązuje Ustawa o języku polskim z dnia 7 X 1999 r., nakazująca urzędowy powrót do polskiego nazewnictwa wszędzie tam, gdzie jest to możliwe? Czyż to nie oznacza, że określenia takie, jak: Komisja Pony albo Zawody Ogólnopolskie Pony są w Polsce nielegalne? (Byłoby dobrze, gdyby na ten temat wypowiedzieli się prawnicy – poczuwający się do odpowiedzialności za nas, czyli naród, nie ci, którzy na dźwięk słowa uczciwość potrafią publicznie zanieść się śmiechem, czego byłam świadkiem!). Obyśmy bronili ojczystego języka z potrzeby serca, nie zaś z powodu ustawodawczych nakazów; byśmy nie byli jak te niechlubne głosowania sejmowe, podczas których nie liczą się Dobro i Prawda, lecz to, iloma głosami dysponują poszczególne grupy interesów i komu uda się na własną korzyść wyłuskać najwięcej kruczków prawnych!

Argument siły charakterystyczny był zawsze dla bizantynizmu. Cywilizację łacińską charakteryzowała siła argumentu, czyli zgodność z prawem moralnym, któremu dobrowolnie się poddawano. Nasi przodkowie, dla których Bóg, Honor i Ojczyzna stanowiły trzy podstawowe imponderabilia, nie mieliby problemu, na korzyść której mowy rozstrzygnąć: rodzimej czy obcej?

Dzisiejsza rzeczywistość, zdeterminowana pojęciem źle rozumianej wolności, stworzyła podwaliny obrazoburczych postaw negujących wszystko, co dotychczas uchodziło za niepodważalne i święte. Niesławnej pamięci róbta, co chceta – czyli liberalizacja bez ograniczeń, oraz gruba kreska – nie poparta skruchą i zadośćuczynieniem, dotarły nie powstrzymane do wszystkich zakamarków współczesnego życia.

To właśnie te postawy kazały zapomnieć o przeszłości, z której przemawia doświadczenie i mądrość pokoleń, nęcąc brakiem szacunku wobec wartości, a także intelektualną beztroską oraz nonszalancją.

Wielokrotnie poddawano nas próbom upokarzania i wynaradawiania. Jednak przemoc zawsze pozostawała wyłącznie przemocą i świadectwem o tym, który się jej imał, ponieważ nie można poniżyć narodu, który nie poniża się sam! Apeluję gorąco, by tego nie czynić. Oddajmy Bogu – co boskie, a cesarzowi – co cesarskie: niech Polak mówi po polsku, Niemiec – po niemiecku, a Anglik po angielsku. Cdn
.

Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW