Trzeba sobie powiedzieć spokojnie, bez patosu, bez biadolenia, że
langsam aber sicher tracimy naszą tożsamość. Tracimy ją – chwilowo –
prawie bez reakcji. Dlaczego? Czy dlatego, że ten proces zdaje się nam
nieodwracalny? Czy dlatego, że jesteśmy przeświadczeni, że walcząc i
tak przegramy? Czy też dlatego, że społeczeństwo w swej masie nie
ma chwilowo sił na należytą reakcję?
Szukając odpowiedzi na te pytania, nie od rzeczy będzie sięgnąć
pamięcią do przeszłych rozbiorów.
Sprawcami pierwszego, drugiego i trzeciego rozbioru były trzy
sąsiadujące z nami państwa ze swą potęgą militarną i dominującą
rolą na kontynencie europejskim. Realizowanie rozbiorów szło im
tym łatwiej, że panował u nas rozkład w wielu dziedzinach. W dodatku
reszta Europy zachowywała się obojętnie. Zajmowanie naszej ziemi przez
obce wojska, wprowadzanie obcej mowy i obcych
systemów administracyjnych to wszystko były akty otwarte, widoczne dla
wszystkich. Zmuszano nas przy tej okazji do podpisywania aktów „zgody”.
Obce wojsko, policja i administracja zachowywały się często brutalnie.
To wszystko nie mogło nie wywołać reakcji, tym bardziej że w ostatnich
dekadach przed rozbiorami miała już miejsce wyraźna odnowa tak moralna,
jak polityczna, czego najlepszym dowodem było uchwalenie sławnej
Konstytucji 3 Maja, pierwszej tego rodzaju konstytucji w Europie. Było
więc na czym się oprzeć.
Poprzez cały XIX w. odnowa i duch walki o Ojczyznę – mimo
przegranych powstań – postępował, i to na wielu odcinkach. Dzięki temu
już około trzydzieści lat przed wybuchem pierwszej wojny światowej,
powstawały i organizowały się pod zaborami nowoczesne nurty
ideowopolityczne, samodzielne, niezależne od linii politycznej Rosji i
Niemiec.
Dzięki tym wyjątkowej miary wysiłkom patriotycznym pięciu, a nawet
sześciu kolejnych pokoleń weszliśmy w drugą wojnę światową psychicznie
zjednoczeni i gotowi bronić naszej niepodległości i naszej
niezależności. Wola samostanowienia o swym losie – istniejąca po
stuletniej niewoli – zasługuje na głęboki szacunek. Przyszłe pokolenia
poprzez wieki na pewno będą mogły na nich się wzorować.
Po trzech rozbiorach mogliśmy ze spokojnym sumieniem zaśpiewać...
Polska nie zginęła.
Weszliśmy w wojnę, dowiadując się siedemnaście dni po jej wybuchu (17
września 1939 r.), że miesiąc wcześniej podpisano w Moskwie akt
czwartego rozbioru. Ta nowa tragedia nie załamała nas, a przeciwnie,
jeszcze bardziej wzmocniła i zjednoczyła. Okazaliśmy się duchowo silni,
bezprzykładnie silni. Żołnierzem broniącym naszego Wspólnego Dobra stał
się nie tylko ten z karabinem w ręku, ale prawie każdy chłop, robotnik,
inteligent. Nasze wojska zdobywały pozycje, których wojska innych
państw sprzymierzonych zdobyć nie potrafiły (Monte Cassino). Nasza
Armia Krajowa była wielokroć większa i sprawniejsza niż wszystkie inne
podziemne organizacje militarne krajów przez hitlerowskie Niemcy
okupowanych, razem wzięte. Nie wydaliśmy również swojego „Quislinga”.
To chyba najlepszy dowód naszej wyjątkowości tak moralnej, jak
politycznej.
W 1945 r. zniesiono rozbiór. Polska na papierze stała się niepodległa,
ale za poniesione kolosalne ofiary obdarzono nas sowiecką dominacją. Na
jak długo, nikt nie wiedział.
W wytworzonej sytuacji skazani byliśmy na toczenie innego rodzaju wojny
z ideologią komunistyczną. Ustawiono nas na pierwszej linii frontu,
zatem w sytuacji bez porównania gorszej niż kraje Europy Zachodniej,
np. Francja czy Włochy. Mimo że ta wojna miała być bezkrwawa,
przez jedenaście lat, aż do Gomułki, byliśmy skazani na jakże krwawe
ciosy reżimu stalinowskiego. Ilu wspaniałych patriotów skończyło życie
w więzieniach czy na katorgach! Wojna z sowieckim marksizmem niszczyła
z kolei nasze struktury duchowe przez równanie w dół, przez
demoralizacje, przez sianie donosicielstwa, przez uczenie ludzi
kłamstwa i dwulicowości, które stało się u wielu rodaków ich drugą
naturą. Degenerując masy, system sowiecki tworzył istną armię
oportunistów, gotowych do wszelkich ustępstw czy zwrotów. Ta ostatnia
kategoria była i w dalszym ciągu jest gotowa na wszystko.
I rzeczywiście przeżyli, ale głównie ci najbardziej cwani, sprytni i
dwulicowi. Niebawem, za kilka miesięcy, po wyborach, ta kategoria
degeneratów będzie nami znowu w pełni rządzić. Na szczęście
przeżyło także część uczciwych ludzi, którzy nie dali się
zdemoralizować. Rozumie się, że zasługują na jakże głęboki szacunek.
Wyszli jednak bardzo często tak duchowo i fizycznie osłabieni, że
dzisiaj już nie mają dosyć sił, by efektywnie reagować. Nieraz brak im
nawet wiary w cokolwiek i w kogokolwiek. Cóż się dziwić?!
W tej mgle jedenaście lat po wojnie zabłysła iskra nadziei z dojściem
do władzy Gomułki. Niestety, nie była to iskra, bo już po kilku
miesiącach stało się oczywiste, że nie ma mowy o jakiejś zasadniczej
zmianie.
I znowu mija 15 lat – aż do rozruchów na Wybrzeżu. I ciągle się
nie dajemy.
I znowu mija 10 lat – aż do 1980 r. I ciągle się nie dajemy.
Lublin, Szczecin i wreszcie Gdańsk – oto etapy następnego zrywu
po Lepsze. Bez przesady można i trzeba stwierdzić, że znowu cała Polska
postawiła na Solidarność”, w głębokim przekonaniu, że chodzi o
faktyczną wszechpolską solidarność, a więc, że tym razem znajdujemy się
na właściwej drodze ku Polsce sprawiedliwej, takiej, o jaką walczył
łańcuch pokoleń.
Niestety, znowu okazało się, że chodzi o jeden z najbardziej
tragicznych szwindlów w naszej tysiącletniej historii. Kierownictwo
Związku „Solidarność”, związku zrzeszającego wielomilionową masę
patriotów, krok po kroku, czarując i oszukując ludzi pięknymi hasłami,
jak np. Aby Polska była Polską, zostało opanowane przez najbardziej
zaciekłych wrogów nurtu patriotycznego, mianowicie elementy
kosmopolityczne, w których dominowali dawni przywódcy PZPR o obliczu
trockistowskim. (Znajomość niebezpieczeństwa grożącego Polsce ze
strony marksistów prosowieckich jest należyta, natomiast znajomość
niebezpieczeństwa grożącego Polsce ze strony marksistów
protrockistowskich pozostawia bardzo dużo do życzenia). Szwindel
polegał na podawaniu się za demokratów, co naiwna masa rodaków,
politycznie nie dość uformowana i w dodatku praktycznie pozbawiona
własnych środków przekazu, uznała za dobrą monetę. Nawet część
hierarchii Kościoła pod wpływem książki Michnika, sugerującej dialog,
poszła na tę przynętę. Wydałem wówczas pozycję w języku polskim i
francuskim pt. Polska 1980-1982 – światła i cienie, w której
zwróciłem uwagę na to skandaliczne zakłamanie. Pozwolę sobie
powiedzieć, że w prasie nie tylko polskiej, ale także
zachodnioeuropejskiej byłem pierwszy, który zwrócił uwagę na ten iście
diaboliczny manewr. Prawicowa prasa belgijska zareagowała bardzo
pozytywnie. W polskiej nie znalazłem ani jednej wzmianki. Ślepy
entuzjazm dominował. Ten apel, niestety, pozostał bez skutku. Kropla
prawdy w oceanie kłamstw nie mogła zaważyć na opinii publicznej.
Wspomagani pieniędzmi i propagandą szerzoną przez radio, telewizję i
liczną prasę lewicowo-liberalną Zachodu, ci różowi „demokraci” i
„liberałowie” (liberałowie, ale tylko i wyłącznie dla
politiquement correct myślących ich kategoriami) mają dzisiaj w swym
ręku w Polsce prezydenta, większość w ciałach ustawodawczych i
wykonawczych, miażdżącą przewagę we wszystkich środkach przekazu,
banki!
I tak pod ich dowództwem zaczyna napływać do Polski kapitał
spekulacyjny w ilości, która – nagle wycofana, jak np. w Korei
Południowej – jest zdolna doprowadzić kraj do kryzysu o skutkach
nieobliczalnych. Ta metoda „trzymania nas za gardło” zmusza dziś
Polskę do pójścia drogą, którą międzynarodowy anonimowy kapitał nam
wskazuje. Kto za tym anonimowym kapitałem stoi, kto tym kieruje? Każdy
wie, ale milczy, bo gdy śmie mówić, to zostanie postawiony pod ścianę z
napisem „skrajna prawica” i skazany na polityczną śmierć.
I oto stoimy w obliczu nowej tragedii – piątego z kolei rozbioru
Polski, tragedii, z której naród nie zdaje sobie jeszcze sprawy.
Wyczerpani – tak psychicznie, jak materialnie – wtłoczeni w mgłę
niezrozumiałych przemian ekonomicznych i politycznych związanych z tzw.
globalizmem, sami zaczynamy krajać społeczeństwo na plasterki, tworząc
podziały, które w dzisiejszej sytuacji są absurdalne. Podziały na tych,
którzy ongiś oddali się w służbę sowieckiej Rosji (czy to z życiowej
konieczności, czy przez oportunizm, czy wreszcie z powodów
ideowych), i na tych, którzy temu byli przeciwni; na tych, którzy
uwierzyli, że tylko Ameryka będzie zdolna nas uratować, i tych, którzy
ratunku nie spodziewali się już znikąd; na tych, którzy – głównie przez
nienawiść do Rosji – wpadli w ramiona Niemiec, i na tych, którzy nie
mogli uwierzyć w zanik imperializmu germańskiego; na tych, którzy
stawiali na ratunek ze strony Kościoła, i na tych, którzy robili
wszystko, co tylko możliwe, by wpływ Kościoła na nasze społeczeństwo
zmniejszyć, a nawet go unicestwić... itd.
I to wszystko w sytuacji ekonomicznej godnej poziomu co najmniej
Trzeciego Świata.
Przy takiej fali niepowodzeń i trucizn, jak się dziwić, że naród
tylekroć zawiedziony, chwyta się rzekomo ostatniej deski ratunku, jaką
widzi w tworzącej się wspaniałej, bogatej, demokratycznej, liberalnej
Europie?! Ludzie nie potrafili jeszcze zrozumieć, że ta wspaniała, bo
bogata, demokratyczna i liberalna Europa rozbiera nas powoli (tak jak
my zdzieramy np. łupinę z cebuli) z pieniędzy, z ziemi, z fabryk, z
godności, zatruwając nas równocześnie tymi wszystkimi truciznami,
których na Zachodzie jest w bród. To nie przeszkadza im równocześnie
czarować nas wywieszaniem naszych flag, słuchaniem na baczność naszego
hymnu Jeszcze Polska nie zginęła. Jak tu z tym walczyć? My od
wieków nauczyliśmy się walczyć głównie szablą czy karabinem. Naszym
motorem było serce, zapał, inteligencja, wiara w bronioną sprawę, wola
zwycięstwa, no, i wreszcie (ale – niestety – nie zawsze) chłodne
rozumowanie.
Oni zaś operują bronią, której my nie znamy albo nie mamy. W dodatku
naszego wroga nie widzimy. On jest niewidoczny. On jest nieuchwytny. On
jest dla profana bezimienny.
Ich broń to: posiadanie kolosalnej masy pieniądza, co określamy słowem
kapitał, ideologie (trockizm i ateizm), chytrość, inteligencja i
podwójne oblicze, decydujący wpływ na rządy w wielu państwach
europejskich i w Stanach Zjednoczonych oraz mass media. Ta
ostatnia broń robi spustoszenia bez porównania większe niż armaty,
czołgi, samoloty, a nawet broń atomowa, bo niweczy albo przewraca do
góry nogami sposoby myślenia, a więc rozumowania, a w konsekwencji
działania u milionów ludzi. W tym szachrajstwie pomaga im sam system
demokratyczny, w którym wystarczy (poprzez radio, prasę i telewizję)
przekonać połowę głosujących, by móc przejąć władzę. Wówczas już
„prawnie” robią, co chcą.
Sytuacja jest więc dzisiaj taka, że ONI w praktyce – powtórzmy – mają w
ręku władzę tak ustawodawczą, jak wykonawczą, kolosalny kapitał (tak
własny, jak publiczny), mass media, prezydenta i wreszcie
poparcie kapitalistów i mass mediów Zachodu. MY – pozostawieni
sami sobie, coraz częściej pozbawieni nawet duchowej pomocy Kościoła,
atakowani przez kręgi szowinistyczne wywodzące się „spośród starszych
braci” w sposób coraz bardziej nachalny, bezczelny i wprost
skandaliczny, w większości nie zdajemy sobie jeszcze sprawy, że na
naszych oczach nasi wrogowie, przy neutralności rządów na pierwszy rzut
oka nam przyjaznych, realizują piąty rozbiór Polski odmiennymi metodami
niż poprzednie, wykradając „legalnie” nam nasze bogactwa i zatruwając
naszą tożsamość, naszą osobowość, wszystko tworzone wysiłkiem pokoleń
od tysiąca lat.
Jak się tu bronić bez posiadania tych nowoczesnych broni, i to tak się
bronić, by wygrać?
Cytuję dosłownie to, co napisałem prawie dwadzieścia lat temu w
przedmowie do wyżej cytowanego studium Pologne 1980-1982 – Lumieres et
Ombres:
Nie staniemy się niezależni i
niepodlegli, a więc nie przestaniemy być zależni i podlegli tak długo:
– jak długo jakość naszej kory
mózgowej nie będzie wyższa lub co najmniej równa jakości mózgów naszych
wrogów;
– jak długo nie będziemy
politycznie dojrzali;
– jak długo będziemy
ekonomicznie słabi;
– jak długo nie będzie miała
miejsca odnowa moralna.
Czy te refleksje pomogą nieco Czytelnikowi – tak w kraju, jak i w
rozproszeniu – w wyborze właśnie tej jakże kamienistej drogi?