Edward Prus
Polacy i Polonia na świecie
Requiem nad zamordowanym polskim siołem
NPW 3-4, 2001
Huta
Pieniacka (Pieniacka Huta). Nazwy tej miejscowości nie ma w żadnej
encyklopedii. Przed wojną wieś ta niczym szczególnym się nie
wyróżniała. Najczęściej kojarzono ją i mylono z pobliskimi Pieniakami,
od których zresztą brała swoją nazwę. To zrozumiałe, w Pieniakach
znajdowała się głośna na całą Galicję, a później Małopolskę Wschodnią,
rezydencja lidera Podolaków, goszcząca najwybitniejszych Polaków z
Romanem Dmowskim na czele. W Przewodniku po województwie
tarnopolskim czytamy:
W odległości
11 km od Podkamienia szosa na płd. zach. Pieniaki, wieś w powiecie
brodzkim leży w pobliżu źródeł Seretu [...] (mieszkańców ok. 1300, w
tym 600 Polaków, 700 Rusinów [...] Okolica górzysta na terenie
falistym, piękne lasy, rezerwat bukowy. U wstępu do wsi, po lewej
stronie gościńca pałac Cieńskich [...] Na wsi kościół
z r. 1814 r. oraz cerkiew, przerobiona z dawnej kaplicy
pałacowej. W pobliskim Majdanie (10 km na zachód drogą gminną od
Pieniak) i Huty Pieniackiej (w połowie tej drogi, tj. 5 km) ciekawe
zjawiska przyrody, a mianowicie źródła tzw. „Sine Oko” i Chowaniec,
będące lejkowatymi zagłębieniami, o przepaścistych brzegach, zapełnione
wodą o niebieskim zabarwieniu, której odpływ ginie w pokładzie kredowym.
W książce
adresowej z 1930 r. jest informacja, że Hutę Pieniacką zamieszkuje 724
mieszkańców. Zajmowali się oni uprawą roli oraz hodowlą zwierząt, także
bednarstwem, kołodziejstwem, murarstwem. Wieś miała charakter prawie
jednolicie polski. Znajdowało się w niej, jak zwykle na Kresach, kilka
rodzin mieszanych. Taką właśnie widzimy ją po spisie ludności,
dokonanym w marcu 1943 r. Informuje on, że w Hucie Pieniackiej mieszka
500 osób. Wygląda na to, że część mieszkańców wsi w obawie przed
banderowskim zagrożeniem przeniosła się do większych i
bezpieczniejszych ośrodków miejskich. Huta Pieniacka to była duża wieś,
172 numery. W lutym 1944 r. było już ich grubo ponad tysiąc mieszkańców.
Choć po
wojnie Huta Pieniacka stała się godną najwyższej uwagi, zbywana była
milczeniem. W PRL milczano, aby nie obrazić bratniego, ukraińskiego
narodu radzieckiego. Nic pod tym względem nie polepszyło się w III
Rzeczypospolitej, przeciwnie – pogorszyło! Huta Pieniacka i jej trudny
do wyobrażenia tragizm stały się tematem zaklętym, omijanym przez
środki masowej informacji, żeby nie „robić przykrości nowemu
„partnerowi strategicznemu” wydumanemu bez większej refleksji przez Z.
Brzezińskiego i B. Geremka.
Tragedia tej
podolskiej miejscowości, która rozegrała się 28 lutego 1944 r., skazana
została na zapomnienie. Choć nieszczęście, które dotknęło wieś
dotyczyło Polaków, to o sprawiedliwość i prawdę o niej upomnieli się
nie Polacy będący u władzy, lecz – najpierw szlachetni Ukraińcy z
Wiktorem Poliszczukiem na czele (w tym 95 deputowanych do Rady
Najwyższej Ukrainy), a następnie Anglicy. Brytyjski reżyser Julian
Hendy w swoim trzyczęściowym reportażu historycznym SS in
Britain (SS w Wielkiej Brytanii), wyemitowanym 7 stycznia 2001 r.
przez niezależną ITV, zwrócił uwagę świata, że Huta Pieniacka rozmiarem
swej tragedii przewyższyła czeskie Lidice i francuskie Oradour, których
nazwy są we wszystkich powojennych encyklopediach, także w Encyklopedii
powszechnej PWN. Nie ma tam jednak hasła: Huta Pieniacka. O obu
miejscowościach wyżej wymienionych miejscowościach w tejże Encyklopedii
czytamy:
Lidice, wieś
w Czechosłowacji, na zach. od Pragi; 10 VI 1942 całkowicie zniszczona
przez hitlerowców w odwet za zamach na zastępcę protektora Czech i
Moraw. R. Heydricha; mężczyzn powyżej 15 lat zastrzelono, kobiety
wywieziono do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, dzieci do Niemiec;
w odbudowanych po wojnie L. Muzeum martyrologii.
Oradour-sur-Glone
– miejscowość w środkowej Francji (Limousin) w dep. Haute-Vienne; 10 VI
1944, w czasie okupacji hitl., cała ludność (ponad 600 osób) została
wymordowana przez oddziały SS, a wieś spalona.
Zarówno
Czesi, jak i Francuzi uczcili godnie cienie poległych swoich rodaków
muzeami martyrologii oraz stosownymi pomnikami i tablicami. Biorąc z
nich przykład i wiedząc jednocześnie, że na polskie władze liczyć nie
można, grupa działaczy kresowych z
Michałem Górskim z Kielc na czele, wśród których był także autor tych
zdań, jeszcze w PRL wszczęła zabiegi w celu utrwalenia pamięci losu
mieszkańców Huty Pieniackiej. Władze polskie i radzieckie milczały.
Dopiero Gorbaczowska głasnost’ dała
tę szansę i starania Kresowian zostały uwieńczone sukcesem – bez
udziału (raczej z przeszkodą) władz polskich, poza konsulem PRL we
Lwowie Włodzimierzem Woskowskim, bez którego zaangażowania nie byłoby
to możliwe. Tymczasem dzięki uporowi inicjatorów i zdecydowanej
postawie W. Woskowskiego 28 lutego 1989 r. w miejscu, gdzie ongiś
znajdowała się polska wieś, odsłonięto uroczyście z udziałem władz
powiatowych i żyjących mieszkańców Huty Pieniackiej, Huty
Werchobuskiej, Huciska Brodzkiego, Podkamienia, Podhorzec, Malinisk,
Załoziec kompleks memorialny – okazały obelisk. Na tym
pomniku widnieje napis po ukraińsku:
28 lutego
1944 r. faszystowscy okupanci wraz z bandytami OUN zorganizowali krwawą
rozprawę spokojnym mieszkańcom wsi Huta Pieniacka, spalono 172
gospodarstwa, z rąk zbrodniarzy w ogniu zginęło ponad tysiąc obywateli:
mężczyzn, kobiet i dzieci. Ludzie bądźcie czujni, nie dopuśćcie do
powtórnej tragedii Huty i okropności wojny.
Napis nie
informuje, że chodzi o Polaków ani o tym, że sprawcami dramatu byli
ukraińscy zbrodniarze z SS-Galizien. Te fakty znalazły
jednak odbicie w przemówieniach działaczy ukraińskich: E.
M. Stepeniuk i R. Ch. Daneluka.
– Co
ci spokojni ludzie zawinili – spytała Stepeniuk – że tak po zwierzęcemu
rozprawiono się z nimi? Czyżby dlatego, że byli innej narodowości, że
chcieli żyć po ludzku?
Okrutny los
Huty Pieniackiej – mówił znów
Daneluk – podzieliły Hucisko Brodzkie, Maliniska, Zalesie, Majdan Pieniacki, setki spokojnych mieszkańców
zabitych w Podkamieniu, Palikrowach, Bołdurach itd.
Niestety,
przy biernej zupełnie postawie, a nawet obojętności władz III RP, przy
milczeniu obecnych konsulów polskich we Lwowie „nieznani sprawcy”
zniszczyli i zbezcześcili kompleks memorialny i na
jego rumowisku pozostawili „swój znak” w postaci kału. Zniknęła też
tablica, stojąca w miejscu zamordowanego
sioła, głosząca po ukraińsku:
Huta
Pieniacka. W lutym 1944 r. faszyści i banderowcy spalili 172 domy i
wymordowali ponad 1000 mieszkańców.
Przy
odsłonięciu obelisku mówiono, że każda zbrodnia musi być ujawniona. Bez
względu na to, kto jej dokonał. Przyszłości nie da się budować na
zakłamanej przeszłości. Widocznie są na Ukrainie (a także w Polsce)
osoby, które myślą inaczej.
Owa prawda,
niewątpliwie dla Ukraińców gorzka, miała miejsce 28 lutego 1944 r. W
tym dniu polska wieś Huta Pieniacka przestała istnieć. Jej zagładę
spowodowali wojacy 14 Dywizji Grenadierów Waffen SS-Galizien,
członkowie tzw. Ukraińskiej Powstańczej Armii – UPA oraz policjanci
ukraińscy w służbie okupanta, mordując od 800-1000 osób (źródła
radzieckie mówią o 1200 osobach).
Kiedy coraz
częściej pojawiały się łuny, w lasach rozszalały się watahy UPA, wioski
polskie zaczęły organizować samoobronę. Huta Pieniacka była solą w oku
rizunów: zwarta jak twierdza, Polacy z przysiółków i mniejszych
wioseczek ściągali tutaj, a wraz z nimi Żydzi. Wieś miała własną
samoobronę pod dowództwem przybyłego tu ze Lwowa Kazimierza
Wojciechowskiego „Satyra”. Przyjechał do Huty wraz z żoną Riwą,
Żydówką, i jej liczną rodziną. Oddział „Satyra” liczył 40 osób i
wchodził w skład 8 kompanii AK inspektoratu Złoczów. Oddział ten
współpracował z partyzantką sowiecką i to dzięki niej był nieźle
uzbrojony. Przekonali się o tym ukraińscy esesmani, którzy 23 lutego
1944 r. po raz pierwszy zaatakowali wieś. Samoobrona, mając wsparcie 2
plutonu AK z Huty Wierchobuskiej, podjęła skuteczną walkę, która trwała
ponad 6 godzin. Napastnicy zostali odparci. Polacy honorowo zezwolili
im zabrać z pola walki zabitych i rannych. Na terenie walk zostało
tylko pięciu poległych. Ponieważ były to pierwsze ofiary SS-Galizien, a
do tego jeszcze poległe z polskich rak, więc urządzono im w Brodach
uroczysty pogrzeb z udziałem gubernatora galicyjskiego Otto Wachtera.
Chowano tylko dwóch: Romana Andrijczuka i Ołekse Bobaka. Co się stało z
ciałami pozostałych poległych?
Teraz miało
przyjść najgorsze, ale nie z takiego powodu, jak o tym głosi pewien
„dyżurny historyk”, a za nim kilku innych: że napad na Hutę Pieniacką
28 lutego 1944 r. był „odwetem” za zabicie dwóch esesmanów i w ten
sposób z dwuznacznym podtekstem usiłuje się mord popełniony na wsi
usprawiedliwić. Wiemy już, że esesmani zginęli w walce, a „kara” za ich
śmierć nie dosięgła żołnierzy w walce, lecz bezbronne polskie dzieci i
kobiety.
Nie
wytrzymuje także krytyki pogląd, że we wsi
byli sowieccy partyzanci. Nie było ich już w czasie pierwszego napadu.
Oddział sowiecki pod dowództwem Borysa Krutikowa ze zgrupowania D. B.
Miedwiediewa przezornie, jakby uprzedzony, opuścił wieś już 22 lutego.
Do Huty Pieniackiej oddział ten oprócz broni automatycznej przyniósł
rocznego chłopczyka znalezionego na progu jakiejś chaty w wyrżniętym
Hucisku, ssał pierś martwej matki. To było 16 stycznia. Potem spłonęło wraz z innymi. Partyzanci spotkali
też dzieci polskie potopione w Sinym Oku i Chowańcu.
O zbliżającym
się śmiertelnym zagrożeniu wieś była informowana kilkakrotnie. Jednym z
informatorów był zięć niejakiego Karpluka – starosty
wiejskiego z Żarkowa. Zapłacił za to straszną cenę. Został przez
banderowców zamordowany wraz z rodziną – ale na ostatku. Musiał patrzeć
na męczeńską śmierć dzieci i żony. Była też wiadomość myląca, że to nie
Ukraińcy, lecz Niemcy mają wkroczyć do wsi, aby dokonać rewizji broni.
Razem z tym nadszedł ze złoczowskiego inspektoratu AK dziwny rozkaz,
aby nie stawiać Niemcom oporu, pochować broń, a mężczyznom polecał ujść
do lasu. Jednak tak się do końca nie stało, tylko część mężczyzn
znalazła się w lesie. Gdy zorientowano się w sytuacji, na jakąkolwiek
decyzję było już za późno. Ukraińscy esesmani w sile jednego batalionu
(niektórzy utrzymują, że trzech batalionów), wspierani przez kureń UPA
„Siromanci” oraz policjantów z Podhorzec, a także chłopców z
okolicznych siół uzbrojonych w noże i siekiery, otoczyli wieś ze
wszystkich stron.
Skąd to
kumoterstwo SS-Galizien z „konkurencyjną” UPA? Jednoczył ich cel
strategiczny ukraińskiego faszyzmu. Cel ten wytyczyła nazistowska
Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) już w 1929 r. Była nim
czystka etniczna – mord Polaków, Żydów, Cyganów, Rosjan i innych czużyńców – wreszcie także Ukraińców, którzy tej czystki
głośno nie popierali. W oparciu o tę prawdę do zagłady wsi przyłączyli
się także ukraińscy policjanci z Podhorzec, ze
swoim komendantem na czele. Jemu też polskie władze konspiracyjne
przypisywały inicjatywę napadu na Hutę Pieniacką.
Batalionami
ukraińskich esesmanów, stacjonujących dotąd w Brodach, dowodził
Niemiec, a jego zastępcą był Ukrainiec, zastrzelony przez żonę
Wojciechowskiego.
Zagłada
polskiej wsi Huta Pieniacka i jej mieszkańców – pisze autorytatywnie A.
Korman – zgotowana przez 3 bataliony ukraińskich żołnierzy
SS-Galizien, dowodzona przez niemieckich i ukraińskich oficerów, stała
się faktem. Prawie wszystkie zabudowania mieszkalne i gospodarcze legły
w gruzach i zgliszczach. Sterczały tylko kominy. Ocalało tylko kilka
budynków na przysiółku Helenka.
A dokonało
się to w sposób następujący:
Już w nocy do Żarkowa zaczęło ściągać wojsko, byli to
żołnierze SS-Galizien – relacjonuje Marian Dziuba świadek tego
wydarzenia. – Także zaczęli się krzątać miejscowi
banderowcy: Hryhorij Kocz, Josyp Kowycz, Myron Jakubowskyj, Wołodymyr
Huziuk, Hryhorij Szczerbatyj....
Niektóre
z tych nazwisk są znane od lat krakowskiemu Instytutowi Pamięci
Narodowej prowadzącemu śledztwo w sprawie opisywanej zbrodni. Znane
jest też nazwisko dowódcy akcji: hauptsturmfuhrer (kpt.) Waffen SS
Siegfried Binz z 4 pułku policyjnego 14 Dywizji Waffen SS-Galizien. Z
opisu wynika, że był niski i nosił okulary.
Wcześniej
pisałem w Rycerzach żelaznej ostrogi:
Tragedia wsi
rozegrała się [...] w ciągu zaledwie siedmiu godzin [...] .
Oto wypowiedzi świadków, które zanotował K. J. Dmytruk w książce Pid sztandarom reakciji i faszyzmu: Mieszkaniec Huty
Pieniackiej Franciszek Kobylański:
O świcie w
kierunku wsi wystrzelili dwie rakiety. Następnie rozpoczęła się
strzelanina i do Huty Pieniackiej weszli faszyści (żołnierze
SS-Galizien) i bandyci (upowcy). Wszystkich mieszkańców po 20-30 osób,
w tej liczbie kobiety, starców i dzieci, spędzili do stodół, zamknęli i
podpalili. Kto uciekał – zabijali. W ten sposób spalono żywcem i zabito
680-700 osób.
Mieszkaniec
Huty Pieniackiej Wojciech Jasiński:
Najpierw
część ludzi esesmani z dywizji SS-Hałczyna i bandyci (upowcy) spędzili
do kościoła. Później grupami wyprowadzali i zapędzali do stodół,
podpalali je, i ludzie płonęli żywcem [...]. Gdy nas prowadzili z
kościoła, tośmy widzieli, jak płonęły stodoły, w których w niebogłosy
strasznie krzyczeli nasi sąsiedzi. Zrozumieliśmy, że także i nas wiodą,
aby spalić żywcem...
Należy dodać,
że wieś została zajęta bez jednego wystrzału ze strony polskiej, co też
niemało zdziwiło „dywizyjników”, którzy spodziewali się dużego oporu.
To im dodało
odwagi – zauważa
Edward Gross. – Wkrótce cała wieś została zajęta. We wsi
zapanował krzyk przerażenia kobiet i dzieci. Ogień pożerał coraz to
nowe zabudowania.... Był to chrzest bojowy SS-Galizien! Napastnicy
strzelając na oślep do wszystkich, kto tylko był na celowniku,
popędzali ludzi w stronę kościoła, starej i nowej szkoły. Wkrótce miały
one zapłonąć oblane benzyną razem z nimi.
Obok wejścia
[do kościoła] – pisze dalej
E. Gross – siedziała na śniegu młoda kobieta z noworodkiem
lub poronionym dzieckiem na ręku. Jej lament budził litość i
współczucie, lecz nikt się nią nie zajmował, nikt nie zareagował na jej
prośby, żeby ją ktoś zabił. Konała w męczarniach....
Janek opierał
się, płakał, krzyczał i za nic nie chciał iść – cytuje
inną relację Andrzej Rybicki. – Wówczas rozwścieczony
(ukraiński) esesman chwycił Janka za nogi i z rozmachem uderzył głową
chłopca o narożnik domu. Jakiś młody chłopiec błagał i prosił, żeby go
puścili. Pacyfikator uśmiechnął się zjadliwie i machnął ręką: idź,
wypuszczam. Chłopiec obrócił się i chciał pobiec, ale esesman z dużą
siłą wbił mu bagnet w plecy.
Pod kościołem
– pisze A.
Rybicki – zginął dowódca samoobrony Kazimierz
Wojciechowski. Jak mówią świadkowie, oblano go łatwopalną cieczą i
podpalono. („Nasz Dziennik”, 9. 01.
2001). Żywa pochodnia płonęła na oczach wsi. Wcześniej jeszcze w domu
zamordowano jego żonę i ukrywających się Żydów. Riwa strzeliła do
zastępcy dowódcy pacyfikacji z polskiego wisa. Za sekundę także sama
padła.
Po strasznym
zamordowaniu Wojciechowskiego rozprawiono się z resztą domniemanych
obrońców, którzy byli bezbronni. Wystrzelano ich co do jednego z
karabinu maszynowego na placu pod kościołem.
A w kościele?
Do kościoła
zaganiano pierwsze ofiary – zeznaje przed
Jolantą Woś Stanisław Krawczyk. – SS-mani w śnieżnobiałych
kombinezonach upychali ludzi między ławkami. Przechodzili i uderzali po
głowach: trach, trach, trach. Ogłuszeni
padali pod ławki. Wówczas wganiano następnych. Trzy warstwy dygocących
ciał. Opary, słodkawomdła woń krwi. Pobici mężczyźni
wnieśli w kocu rodzącą kobietę. Położyli ją koło konfesjonału. –
Dzieciątko było już między nogami matki....
Czy chodzi o
ten sam poród, opisany przez A. Kormana?:
W nocy z 27
na 28 lutego 1944 r. Franciszkę Michalewską z domu Biernacką...
zaatakowały bóle porodowe i była przy niej położna-akuszerka. Esesmani
wtargnęli do jej domu, wyprowadzili ją wraz z położną... doprowadzili
do kościoła, gdzie posadzili ją na stopniu ołtarza, a przy niej
położną. Gdy bóle porodowe przybierały na sile, a F. Michalewska bardzo
jęczała i zaczęła rodzić, to <podszedł do niej esesman, wyrwał z
niej siła dziecko, rzucił na posadzkę przed ołtarzem i przygniótł
esesmańskim butem>. W obronie chorej wystąpiła położna. W odpowiedzi
obydwie zostały zastrzelone i ukraiński esesowiec narzucił na nie
bieliznę kościelną.
Przed
kościołem, podobnie jak w kościele, działy się sceny wręcz dantejskie –
zwłaszcza wówczas, gdy rozdzielano rodziny, wyrywano dzieci matkom, by
je na oczach rodziców mordować, matki zaś miały spłonąć żywcem osobno.
Mordercy – pisze
dalej E. Gross – po uporaniu się z dziećmi oblali obiekt
benzyną i podpalili... Mimo że ogień jeszcze buzował ... banderowcy
uznali, że już nikt się z niego nie wydostanie i odeszli. Poszli dalej
walczyć o samostijną Ukrainę.
Dopalał się
dzień Apokalipsy, banderowcy wyręczając esesmanów, wyprowadzali
partiami ludzi z kościoła na kaźń.
Byłam w
jednej z ostatnich grup dziewcząt, które wyprowadzono z kościoła –
pisze Wanda Kobylańska-Gośniowska. –
Widok, jaki ujrzałam po wyjściu z kościoła był tak przerażający, że
paraliżował wszystkie umysły – nie mogłam uwierzyć oczom i uszom.
Naokoło morze płomieni i ciemne chmury dymu oraz okropne wycie psów,
ryk krów i swąd spalonych ciał ludzkich i zwierzęcych. Nie mieliśmy
żadnych złudzeń co do czekającego nas losu, a ból po naszych krewnych
krwawił nam serca do tego stopnia, że nie reagowaliśmy na bicie nas
kolbami i kłucie bagnetami. Słyszeliśmy przy każdym uderzeniu: wże propała wasza Polszcza albo to jest
wasza Polszcza”.
Pacyfikacja
zakończyła się późnym popołudniem. Wpierw dokończono rabowania mienia i
niszczenia.
Następna
ostoja polskości na ziemi praojców znikała w płomieniach ognia i
kłębach dymu. Około godz. 17 esesmani i banderowcy uformowali kolumny
marszowe i ze śpiewem odmaszerowali do Pieniak, gdzie tamtejsi Ukraińcy
przygotowali dla nich bramę powitalną, a tymczasem „dookoła leżało
pełno ludzkich zwłok, w tym również małych dzieci, a „zwycięzcy”
przechodzili obok nich z taką obojętnością, z jaką przechodzi drwal
obok kłód drzewa po dokonanej przez niego ścince. Co najwyżej któryś z
nich rzucił okiem na „pobojowisko”, by ocenić „sukcesy” Ukraińskiej
Powstańczej Armii nad Polakami w tej wsi”.
Po wyjściu ze
wsi esesmanów, banderowców oraz policjantów z historycznych Podhorzec,
na miejscu pozostali rizuni i siekiernicy kończący plądrowanie domostw.
Z przekazu wynika, że prowodyrem tej
czerniawy był Hryćko Szczerbatyj.
Szczerbatyj
dał komendę... aby ci podpalali budynki. Wszystko spalcie! Żeby żaden kamyczek nie pozostał.
W 1981 r. w
księdze Post imeni Jarosława Hałana jest
szkic Requiem nad zamordowaną wsią, a w nim wywiad M.
Toporowskiego z H. Szczerbatym. On też pisze:
I oto siedzę
naprzeciwko Hryhorija Szczerbatego, tego samego. Siedzę i nie mogę
oderwać oczu od rąk, które polewały benzyną budynki, od rąk, które
paliły ludzi żywcem. Zewnętrznie jest niby spokojny, ale zdradzają go
wciąż te same ręce: przez cały czas w ruchu, zaciskają się. Tak, on nie
zaprzecza: była w jego życiu Huta Pieniacka, ale za inne przestępstwa
odbył już karę. Faktycznie wobec prawa Szczerbatyj jest czysty. A wobec
ludzi spalonych i żywych?
Badacze
polscy, m.in. A. Korman, oceniają, że masakry uniknęło zaledwie 161
osób – lub nieco więcej. Z tego 49 osób, które wcześniej opuściły Hutę,
15 osób ocalało na wieży kościelnej, 7 – w piwnicach kościoła, 1 w
piwnicy szkolnej, 61 osób w schronach uprzednio przygotowanych, 19 w
innych kryjówkach i 9 w wyniku desperackiej, szczęśliwej ucieczki.
I ta ocalała
garstka wraz z Polakami z okolicznych
siół, których jeszcze nie wyrżnięto, przystąpiła do pochówku.
Gdy
przybyliśmy – piszą
Bronisław Jabłoński i Antoni Orłowski z Huty Werchobuskiej –
to zobaczyliśmy straszliwy obraz tej wsi, dopalały się domy, na polach
i ogrodach można było spotkać leżących ludzi starych, i młodych,
mężczyzn i kobiety, bardzo to strasznie wyglądało... małe dzieci były
pozawieszane na płotach i leżały z rozmiażdżonymi głowami ... na
śniegu, który był przesączony krwią...
Do pochówku
wykorzystano doły po wapnie, które użyto do budowy kościoła i szkoły.
Wyścielono je słomą i poukładano na niej zwłoki lub tylko ludzkie
zwęglone szczątki, przykryto je też słomą, przysypano podolskim
czarnoziemem. Ilu ich było? Niepełny wykaz nazwisk ustalony przez
Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów
wskazuje na 800 osób. Wykaz niepełny, jest wciąż uzupełniany. Można się
spodziewać, że sięgnie on liczby 1000 osób, a nawet więcej.
Władze
konspiracyjne Polskiego Państwa Podziemnego ustaliły i podały do
publicznej wiadomości w „Przeglądzie Tygodniowym” (10-17 marca 1944 r.):
Autorem
tragedii był komendant posterunku policji ukraińskiej w Podhorcach
zawzięty wróg
polskości. Dręczyła go obronna postawa polskiej ludności Huty, wobec
której wszelki zamach skazany był na niepowodzenie, użył zatem podstępu
i... doniósł, że ludność posiada broń i przechowuje Żydów... Napad był
podobno aktem samowoli oddziałów ukraińskich SS dywizji Galicja...
Wśród zgliszcz piętrzą się stosy trupów, zbitych w jedną masę. W jednej
ze stodół stoi tam prawie jednolita masa około 80 zwęglonych trupów.
Wedle zgodnej opinii ocalałych świadków mordu napastnicy mordowali
ofiary w sposób bestialski, wśród objawów o jakich się czyta w opisach
praktyk najdzikszych plemion. Więc dzieciom żywcem rozpruwano brzuchy,
rozbijano głowy o słupy kamienne itp. Spędzonych w kaplicy-kościółku
mężczyzn, mordowano przy akompaniamencie tamt. Harmonium. Gdy
„bohaterzy” wracali po akcji przez wieś Pieniaki, tamtejsza ludność
ukraińska wystawiła im bramę triumfalną i oklaskiwała.
Ukraińscy
mieszkańcy Pieniak mówią, że esesmani mijając bramę triumfalną mieli
wyśmienite humory i zapijaczonymi głosami „derły sia na ciłi ryła”
śpiewając:
A my toju
czerwonu kałyny pidijmemo,
A my naszu
sławnu Ukrajinu, hej – hej, rozwesełymo.
Nie wszystkim
jednak Ukraińcom to się podobało. Ostro potępił mord ludności polskiej
paroch cerkwi NMP w Choroście Starym o. Iwan Doruk, ksiądz
greckokatolicki. Na kazaniu wezwał wiernych do opamiętania. Jeszcze tej
samej nocy zjawiła się na plebanii bojówka SB OUN, aby pozbawić
duchownego życia strzałem w tył głowy.
Zapytana po
wojnie w sprawie wspólnego napadu „dywizyjników” i upowców na Hutę
Pieniacką, Julia Łućka, żona O. Łućkiego, który w tym czasie był
atamanem w UPA przeto całą sprawę znała dokładnie, bez zastrzeżeń
odpowiedziała:
Likwidacja
spokojnych polskich mieszkańców nie wyłączając starców, dzieci i
chorych... Huta Pieniacka nie była pod tym względem żadnym wyjątkiem.
Nie była też wyjątkiem, gdy idzie o współdziałanie w zbrodni UPA z
esesmanami dywizji SS-Hałczyna....
Reportaż
filmowy„SS w Wielkiej Brytanii spowodował to, że także
społeczeństwo polskie dowiedziało się o tym, iż Główna Komisja Badania
Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu od lat prowadzi śledztwo w sprawie
Huty Pieniackiej – i na tym sprawa się kończy. Jak dotąd, nie
pociągnięto do odpowiedzialności sądowej, poza b. ZSRR, żadnego
ukraińskiego esesmana – nawet spośród tych, którzy byli później w UPA a
teraz mieszkają w Polsce.
Dotychczas
przesłuchano 120 świadków huteńskopieniackiej masakry, ustalono 60 osób
poszkodowanych. Tyle śledztwo, wprawdzie rozpoczęte już w 1944 r., ale
później w PRL – zaniechane. Wznowiono je w 1992 r. Śledztwem tym
kierował dr Jacek E. Wilczur z Warszawy, ale po jego odejściu z Głównej
Komisji wyraźnie przycichło. Teraz, po nagłośnieniu przez Anglików,
ożyło na nowo. Materiały zbrodni, choć skrzętnie zacierane i niszczone,
są jeszcze w archiwach ukraińskich, ale nie można na nie liczyć. Władze
ukraińskie ukryły je przed okiem polskich (i nie tylko polskich)
badaczy, a Polacy nie protestują. Wolą uniki albo udawanie, że się
zgadzają z opiniami własnych fałszerzy, udających „profesjonalnych
historyków”.
Kiedy
dziesięć lat temu w tygodniku „Tak i Nie” pisałem o mordzie popełnionym
przez wojaków SS-Galizien na mieszkańcach Huty Pieniackiej, wtedy
odezwał się z Kanady Wasyl Weryha – były podoficer tej jednostki, a
teraz sekretarz generalny Światowego Kongresu Wolnych Ukraińców.
Absolutnie zaprzeczył obecności 4 pułku SS-Galizien w Hucie Pieniackiej
– więcej, zagroził sądem za rzekome zniesławienie. Wsparli go w nagonce
na autora Rycerzy żelaznej ostrogi niektórzy polscy
politycy i publicyści, którzy również dziś grają pierwsze skrzypce.
Teraz, po emisji filmu J. Hendy’ego, po dowodach zaprezentowanych przez
licznych badaczy i po podaniu ich jako niepodważalnych w światowych
mediach, Weryha nie byłby w stanie już zaprzeczać i grozić. Dlatego
przezornie milczy. Milczą też ci dobrodzieje SS-Galizien, którzy
przyczaili się w Polsce.
Powrót do strony
głównej
Archiwum
Powrót
do strony głównej NPW
|