ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Jerzy S. Kulczycki

Polityka i Strategia

Agonia Jugosławii

NPW 1-2, 2001


Znany, nieżyjący już komik angielski Kenny Ewertt kiedyś w trakcie swego występu nagle wykrzyknął: „Zbombardować Sowiecką Rosję!” Wezwanie to, poniekąd słuszne i zrozumiałe, adresowane oczywiście do NATO, ministrowie premier M. Thatcher uznali za wyjątkowo w złym guście. Obecnie wiadomo, że NATO nie miało nigdy, pod żadnym pretekstem, najmniejszego zamiaru wdawać się w konfrontację zbrojną z „Imperium Zła”.
 
Konflikt w Kosowie wzbudził jednak na ogół różne reakcje, od potępienia Serbów po niechęć i zastrzeżenia wobec Albańczyków. Tu i ówdzie oficjalne stanowisko rządów niekiedy znacznie różniło się od opinii własnych obywateli. Nie bez uzasadnionych racji obu stron.
 
Antyserbska wrzawa propagandowa wokół Kosowa nie potrafiła bynajmniej przysłonić faktu, że jeszcze w pierwszej połowie XIX w. Serbowie byli większością w Kosowie, tej odwiecznej serbskiej prowincji. Masowa imigracja Albańczyków z Albanii (i ich wysoki przyrost naturalny) spowodowała, że w dość szybkim tempie Serbowie stali się mniejszością w swojej własnej ojczyźnie.
 
Pomijając już inne aspekty tego konfliktu, było wiadomo, że stratedzy NATO wierzyli, że ich akcja zbrojna przeciw Serbom w Kosowie (i gdzie indziej) potrwa około trzech dni. Tymczasem trwała prawie trzy miesiące. Ta interwencja NATO, kosztująca zaskoczonych podatników miliardy, w ogóle nie powinna mieć miejsca, była źle zaplanowana, niekompetentnie prowadzona i zakończyła się farsą. Ugruntowała preteksty do dalszych cierpień i rozlewu krwi na całe lata.
 
Akcja NATO była nielegalna w świetle prawa międzynarodowego. Artykuł 2 Karty Narodów Zjednoczonych zabrania agresji przeciw niepodległemu państwu, jeśli nie popełniło ono agresji wobec innego państwa. Ponieważ Kosowo jest powszechnie uznawane za integralną część Jugosławii, atak NATO był aktem nie sprowokowanej agresji, także wobec własnego statutu NATO i wbrew Traktatowi Helsińskiemu z 1975 r., gwarantującemu obecne granice Europy. Artykuł 5 Paktu stwierdza dobitnie, że jest to organizacja obronna.
 
Zasadniczym celem bombardowania Serbów było zmuszenie prezydenta Milosevicia do podpisania porozumienia z Rambouillet, które - jak później ujawniono - przewidywało m.in. militarną okupację Serbii przez wojska NATO (!). Było to również wbrew Konwencji Wiedeńskiej z 1980r., która zabrania użycia siły zbrojnej w celu wymuszenia podpisania traktatu (układu) wobec jakiegokolwiek państwa. Skrajna proalbańska demagogia i wartości Nowej Lewicy, jak: doktryna międzynarodowej społeczności, postępowa wojna humanitarna przeciw rasizmowi, walka o prawa człowieka, globalizacja i inne frazesy przysłoniły aspekty prawne tego konfliktu. W istocie nie było większego międzynarodowego czy też narodowego poparcia dla tych wartości. Większość państw członkowskich ONZ (w tym nie konsultowana Rada Bezpieczeństwa) była przeciwko bombardowaniu przez 19 „demokracji” państwa prowadzącego obronną walkę z separatystami, których sam Zachód nierzadko określał jako „terrorystów”.
 
Brytyjski rząd Partii Pracy wyjątkowo dziarsko ingerował w wewnętrzne sprawy etniczne innego państwa i podżegał do konfliktu, nie mając istotniejszych interesów na Bałkanach, nie rozumiejąc przy tym sensu historycznych racji i warunków lokalnych. Tenże rząd tłumaczył powód ataku zabiciem ok. 2000 ludzi w Kosowie (faktycznie poprzez m.in. nagminne używanie wsi jako osłony i baz przez albańskich partyzantów) w ciągu 12 miesięcy. Natomiast bombardowania NATO zabiły ok. 1500 osób spośród ludności cywilnej (Serbów i Albańczyków) w niecałe trzy miesiące.
 
Dla stabilnego, najpotężniejszego militarnie paktu na świecie selektywnym celem stała się mała i słaba Serbia, przy czym jego politycy popisali się niekompetencją i tchórzostwem (bombardowanie z tzw. bezpiecznej wysokości), dowodząc w ten sposób, że wątpliwe, aby potrafili zechcieć zaatakować równego, a tym bardziej lepiej uzbrojonego i przygotowanego przeciwnika. Oficjalnie przyczyny ataku NATO na Serbię kwalifikują go przecież do akcji przeciw Rosji (Czeczenia), Chinom (Tybet), Izraelowi (Palestyna) i in. Tymczasem brytyjski „The Economist” potwierdził, że wpływowi politycy w USA chcą uczynić z NATO światowego policjanta.
 
Czołowi zaciekli „pacyfiści” i demagodzy Paktu to „Bill” Clinton i „Toni” Blair, którzy lubią pozować na wrażliwych obrońców praw człowieka. Obaj też nie posiadają żadnego doświadczenia wojskowego. Nie przeszkadza im to bynajmniej w uzurpowaniu sobie prawa agresywnego zaprowadzania „nowego ładu światowego”, fabrykując gdzie można preteksty do pouczania, pogróżek i wojskowych interwencji w imię socliberalnego internacjonalizmu.
 
W czasie wojny w Wietnamie Clinton uniknął służby wojskowej wybierając studia w Wielkiej Brytanii. Przed awanturą w Kosowie Clinton był odpowiedzialny za spowodowanie licznych ofiar cywilnych w Iraku i Sudanie w wyniku amerykańskich bombardowań. Szczególnie atak rakietowy na rzekomą wytwórnię broni chemicznej koło Chartumu był cynicznym aktem kryminalnym, manewrem mającym odwrócić uwagę opinii publicznej od afery prezydenta z Moniką Lewinsky. W rzeczywistości Amerykanie zniszczyli fabrykę kosmetyków, co potwierdziła niezależna komisja ONZ.
 
Blair był sympatykiem lewackiej organizacji CND i zawziętym wrogiem obecności „amerykańskiego imperializmu” w Wietnamie i Europie. Kilku jego kolegów, ministrów obecnego rządu „zreformowanej” Partii Pracy, było przekonanymi komunistami. Ich potencjalnie wywrotową działalność śledził z zainteresowaniem kontrwywiad brytyjski (M15), co formalnie odtajniono parę lat temu. Nie jest zatem przypadkiem odmowa brytyjskiego rządu rok temu postawienia przed sądem trzech ujawnionych agentów sowieckich (KGB i Stasi), obywateli brytyjskich.
 
NATO zbombardowało szpitale, domy, ambasady, pociągi i uchodźców, a także pomyłkowo rejony Węgier, Bułgarii i Albanii. Te właśnie bombardowania skłoniły Serbów do przesiedlenia Albańczyków, a nie na odwrót. NATO nie interweniowało, kiedy 250 tys. Serbów wyrzucono z Krainy, i przyczyniło się do wypędzenia 200 tys. Serbów z Kosowa. Skwapliwie przemilcza się na ogół liczne zbrodnie na Serbach i niszczenie ich dorobku cywilizacyjnego. Akcja zbrojna NATO nie tylko nie rozwiązała żadnego z problemów, dla których likwidacji została rozpoczęta, ale przeciwnie, wręcz je bardziej zaostrzyła.
 
Pomimo trudności i bojkotu (m.in. ze strony USA i Wielkiej Brytanii) rozpoczął już prawe Międzynarodowy Społeczny Trybunał ds. Zbrodni NATO w Jugosławii, powołany 23 maja 1999 r. w Moskwie podczas Nadzwyczajnego Soboru Słowiańskiego. Prowadzą także prace lokalne oddziały Trybunału w USA, Włoszech i Francji. Konsekwencje służbowe poniósł amerykański generał dowodzący operacją w Kosowie, a także paru wojskowych analityków z USA, odpowiedzialnych za zniszczenie ambasady Chin w Belgradzie. Ostatnio organizacja Amnesty International ogłosiła w Londynie, że NATO odpowiada za popełnienie w Serbii w dwóch wypadkach zbrodni wojennej: zniszczenie centrum telewizyjnego w Belgradzie i atak na pociąg pasażerski jadący przez most.
 
Nadal nie wiadomo, kto zapłaci za odbudowanie obiektów zniszczonych przez bomby. Wojna ta kosztowała Wielką Brytanię ok. 250 mln funtów, a tzw. „uchodźcy” z Jugosławii (Albańczycy) kosztują brytyjskiego podatnika 350 mln funtów rocznie. Aby odbudować Kosowo potrzeba 2,5 mld, a dla całego regionu 20 bln dolarów. Stopniowo Kosowo przechodzi pod kontrolę KLA, gdyż obecność wojsk NATO daje im protekcję. Jednakże NATO nie pozostanie tam na zawsze. Albańscy nacjonaliści śnią już o „wielkiej Albanii”, która obejmowałaby część Bośni i Czarnogóry. Tymczasem mogą kontynuować przemyt broni, narkotyków i nielegalnych imigrantów w całej Europie. Według Interpolu 12% kurierów szmuglujących heroinę, aresztowanych w Europie, to Albańczycy z Albanii i Kosowa.
 
Problemem Kosowa jest to, że jest regionem, zróżnicowanym etnicznie i kulturowo. Nie można też zatem stłoczyć w nim różnych narodów i oczekiwać, że będą współżyć w idealnej harmonii, Słowenia i Chorwacja to dzisiaj stabilne, prosperujące kraje. Natomiast Albańczycy z Kosowa (według propagandy NATO - „etniczni Albańczycy”), którzy są muzułmanami, powinni zostać przesiedleni do swej macierzystej Albanii. Umożliwiłoby to chrześcijańskim Serbom odzyskać swoją ojczyznę. Charakterystyczne, że wielu rozproszonych po świecie Albańczyków odmawia powrotu do swego „wyzwolonego” tak wielkimi ofiarami Kosowa, woląc nade wszystko pozostać w Australii, USA, Wielkiej Brytanii i innych krajach.
 
Podobnie rozwiązano w 1980 r. kwestię obecności 300 tys. Europejczyków w Rodezji-Zimbabwe (i nie tylko). Po wygraniu wyborów przez „Boba” Mugabe rządy kilku państw (w tym Wielkiej Brytanii i USA) i pewne międzynarodowe organizacje radziły białej społeczności dyskretne zachowanie i nieprowokowanie pod żadnym pozorem władzy czarnej większości. Najlepiej jednak, gdyby biali w Rodezji, obecni przeważnie od pokoleń, określani już jako osadnicy i kolonizatorzy, zniknęli z horyzontu, tzn. zapewne wrócili do Europy. Ówcześni obrońcy praw człowieka i różne autorytety moralne kiwały z aprobatą głowami, kiedy wydawało się, że „Bob” wspaniałomyślnie dał jednak szansę białym, co prawda bardzo uwarunkowaną, czego dzisiaj są niepodważalne, tragiczne dowody. Odniesienie się w podobny sposób do kwestii Kosowa jest jednak niemożliwe, bo przecież w „nowym ładzie” niektóre nacje są równiejsze od innych.
 
Zresztą dzisiaj nawet najbardziej demokratyczne wybory mogą być, i są, kwestionowane (np. w Austrii). Postępy globalizacji spowodowały, że o tym, czy wybory i ich rezultat może być powszechnie uznany i zaakceptowany, decyduje międzynarodowa oligarchia, złożona z ludzi bliżej nieznanych, lecz niezmiernie wpływowych.
 
Trudno nie porównać tej sytuacji z obecnym rozwojem wydarzeń na Fidżi, gdzie przedstawiciel napływowej mniejszości hinduskiej zdobył władzę w wyniku rozgrywki wyborczej. Hindusi sprowadzani tam byli przez lata do pracy na plantacjach trzciny cukrowej przez Wielką Brytanię i obecnie niewiele ustępują liczebnością rodzimej ludności. Wynik wyborów został przez tubylców zakwestionowany, gdyż naturalnie nie oddawał demokratycznie rzeczywistego stanu rzeczy w kraju i obrazował konflikt interesów, krzywdząc większość wyborców. Jednoznaczna reakcja „nowego ładu” była do przewidzenia. Australia i Nowa Zelandia potępiły „rasistowski zamach” na demokrację na Fidżi, a sekretarz Commonwealth (Brytyjskiej Wspólnoty Narodów) zagroził sankcjami i międzynarodową izolacją. Natomiast Indie wyraziły „poważne zaniepokojenie”, co oczywiście dowodzi, że państwo to praktycznie uznaje obywateli Fidżi pochodzenia hinduskiego za swych własnych. Interweniujących w wewnętrzne sprawy Fidżi w obronie interesów mniejszości hinduskiej nie obchodzi jednak fakt, że to Indie praktykują rasizm swym okrutnym systemem kast.
 
Przypomina to niedawne interwencje tych i innych państw i organizacji przejętych troską o los pokaźnej mniejszości rosyjskiej w trzech odrodzonych państwach bałtyckich. Dokonano tu jednak zdumiewającej wolty od niedawnych przecież czasów, kiedy to w Afryce i Azji obecną tam europejską ludność z satysfakcją podporządkowano dyskryminacji bezwzględnych dyktatorów z lokalnej większości.
 
W najnowszej historii Jugosławii Polska ma też swój niewielki, raczej zabawny, udział. Już po secesji Słowenii i Chorwacji i podczas nasilającego się konfliktu w Bośni MSZ w Warszawie wydało oświadczenie, wyrażające poparcie dla jedności Jugosławii, a jeszcze w połowie 1991 r. Polska nie widziała prawnych podstaw do uznania Słowenii i Chorwacji. Za rządów premier H. Suchockiej sprowadzono do Polski parę tysięcy uchodźców z Bośni. W krótkim czasie okazało się, że Bośniacy ci nie są uchodźcami, nie chcą się integrować i traktują polski azyl jako internowanie. Chcieli wracać do siebie lub emigrować na Zachód. Stopniowo obecność ich w Polsce zmalała do kilkunastu osób. Koszt tego eksperymentu, dyskretnie przemilczanego, to wiele milionów złotych, zabranych społeczeństwu. W 2000 r. oddział polskiego wojska w pokojowej misji do Kosowa został zawrócony, gdyż MSZ zapomniało o potrzebie uregulowania warunków tranzytu przez Węgry. Ulokowani w Polsce ludzie, uznani za „uchodźców” z Kosowa przez dziwoląg z czasów PRL-u w postaci Urzędu ds. Migracji i Uchodźstwa, uciekają przed polskim azylem z zamiarem przedostania się nielegalnie do Niemiec i Szwajcarii. Ci złapani przez Niemców deportowani są do Polski. Placówkę na ul. Koszykowej w Warszawie ochrania oddział żołnierzy wojska polskiego, co daje pewne pojęcie o kategorii ludzi szukających, według oficjalnej wersji, schronienia w Polsce. Czy obiekt ten strzeże się też przed migrantami z Kosowa, nie wiadomo.

 

Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW