ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Stanisław Kozanecki

Temat Miesiąca

Triumf grabarzy

NPW 11-12, 2000

Po upadku sowieckiej twierdzy marksizmu wielu naiwnym, szczególnie na Zachodzie, zdawało się, że wraz z sowieckim komunizmem umiera także marksizm. Niestety. Wybór p. A. Kwaśniewskiego na prezydenta jest nowym triumfem tego prądu ideowo-politycznego. Dowodem żywotności tej formacji jest fakt, że potrafiła dostosować się do zmienionej sytuacji, tworząc nurt, który nasz wybitny poeta Zbigniew Herbert nazwał neokomuną. Ten termin posiada jednak dużą wadę: nie oddaje faktycznego obrazu tej formacji. Trzy pierwsze litery tej nazwy, tzn. neo, oznaczają napływ  nowych sił. Chodzi o prąd ultraliberalny („ultra”, a więc skrajny), skrajny aż do absurdu w swym liberalizmie, tak ekonomicznym, jak „moralnym”, a co najważniejsze, przesiąknięty prawie do dna trockistowskim nurtem marksizmu.
 
Przydomek „neokomuna” nie mówi więc, co i kogo termin „neo” oznacza. Tylko ci wśród nas, którzy są obeznani z arkanami polityki, wiedzą, że trockistowski nurt marksizmu jest nie „bratem”, ale wrogiem marksizmu w wydaniu sowieckim. Dzisiejsze „małżeństwo” zachodnioeuropejskich ultraliberałów z członkami byłej PZPR było możliwe dzięki temu, że tacy jak Geremek, Michnik, Olechowski, Urban [...] to resztki prądu trockistowskiego, który ostał się w marksizmie sowieckim. W tym „małżeństwie” to nie prosowiecka komuna gra pierwsze skrzypce. Grają  bogaci i wpływowi przybysze z Zachodu, w oparciu  o miejscowe resztki prądu ideowego, któremu przewodzi Geremek, szara eminencja, rzeczywisty sternik  Polską. Kwaśniewski jest jak kwiatek na pokaz: przystojny, młody, uśmiechnięty, władający obcymi językami, mąż ładnej i bogatej żony, uznany za „swojego” przez tych, co piją i kłamią, a na dodatek przez pewnych , tzw. „postępowych” duchownych, którzy – po jego „pielgrzymce” nie tylko do Częstochowy, ale nawet do Rzymu – zaczynają wierzyć w cud nawrócenia „tego byłego grzesznika”. Ot, osobistość idealna dla otrzymania głosów zabłąkanych, zdezorientowanych i ogłupianych tak przez telewizję, jak i przez talent Michnika.
 
Spotkał się więc wreszcie „brat z bratem”. Stalin zabił Trockiego, ale trockizm nie tylko żyje, ale w wielu krajach naszej cywilizacji kwitnie. Wielu byłych członków PZPR poszło za Geremkiem i Michnikiem czy to ze względu na ideowe przekonania, czy  przez oportunizm, czy też po prostu,  by żyć w dużo lepszych warunkach niż reszta społeczeństwa. Byłoby jednak wielkim błędem – i w dzisiejszej sytuacji niewybaczalnym – by wszystkich byłych członków PZPR (a tym bardziej wszystkich członków SLD) odsądzić  od czci i wiary, tym bardziej że wielu z nich – nie orientując się w arkanach polityki – nie zdaje sobie sprawy, co to za jedni i dokąd  wiedzie nasz kraj kosmopolityczny trockizm. Dlatego termin „neokomuna”, mimo głębokiego szacunku do Zbigniewa Herberta, sugerowałbym zastąpić dużo głębszym i sięgającym w naszą historię terminem: neo-Targowica. Dlaczego? To bardzo proste:
 
– Targowica dwieście lat temu poddała się politycznym wpływom potężnej Moskwy. Neo-Targowica dzisiaj poddaje się wpływom bez porównania bardziej potężnego Ośrodka niż dawna Moskwa, mianowicie Kapitałowi, który – również pod pięknymi hasłami pomocy  odbiera nam krok po kroku nie tylko kierownictwo polityczne naszej Wspólnoty, ale – pracując w rękawiczkach – ograbia nas bez nadmiernego hałasu materialnie i w dodatku zatruwa naszą kulturę namiastkami „kultury” kosmopolitycznej;
 
– Tamci nie byli dość silni, by przyciągnąć na swoją stronę większość rodaków: neo-Targowicy wszystko idzie jak z płatka. Odnoszą triumfy;
 
– O tamtych było wiadomo, komu służą. Było więc względnie łatwo zmobilizować przeciw nim społeczeństwo, tym bardziej, że ci ze Wschodu różnili się od nas  cywilizacyjnie. Istniała więc u nas niemała doza odrazy do wszystkiego, co wpływa do Polski ze Wschodu;
 
– Neo-Targowica nie wiadomo, komu faktycznie służy. Wiadomo tylko, że służy jakimś siłom anonimowym, nieuchwytnym, a więc niekaralnym, a potężnym, bo ogarniającym całą naszą cywilizację. W dodatku te ich idee wpływają do nas z Zachodu, a więc z miejsc uważanych jeszcze w Polsce za istny raj na ziemi. Także stąd ich powab.
 
Jakaż w tym wszystkim doza niezmierzonej naiwności u moich rodaków!
 
W konsekwencji neo-Targowica jest bez porównania bardziej niebezpieczna niż ta pierwotna, sprzed dwustu lat, tym bardziej że  wielokrotnie oszukiwani, zdezorientowani, zaślepieni, zmęczeni nie zdajemy sobie jeszcze sprawy z trwania  ideowej wojny, w której chodzi o to  „być czy nie być” naszej tożsamości tak narodowej,  jak kulturalnej.
 
Czy ten triumf grabarzy naszej narodowej tożsamości będzie dla nas elektroszokiem? Śmiem twierdzić, że tak. Nasza wygrana, mimo chwilowej ślepoty, będzie możliwa, ale dopiero: primo     po poznaniu  i wad swoich i przeciwnika; secundo –  po znalezieniu metod i dróg, którymi trzeba będzie kroczyć,  i tertio  – po zastosowaniu owych rozwiązań.
 
Fakty i zjawiska, które tu wyliczam służą lepszemu poznaniu owych  zalet i wad:
 
– Oni, tzn. kosmopolici z polskimi paszportami mają ideał, którym jest stworzenie jednego  państwa o wymiarach panziemskich,  przez stopniowe likwidowanie wszystkich państw, narodów, kultur, religii jako  podmiotów w międzynarodowej współpracy. My, niestety – nasiąknięci ich perfidną propagandą – nierzadko zapominamy o roli i wadze idei, tego duchowego motoru ideałów. Co gorsze, zaczynamy uznawać ich sposób myślenia za „normalny”, a czasami nawet za „postęp”, podczas gdy oni robią postęp, ale w burzeniu podstaw naszej cywilizacji. W tej dziedzinie musimy pojąć różnicę w zasadach ich i naszych i  wrócić do duchowego motoru, jakim jest chrześcijańska wizja Europy Jutra.
 
–Nie tylko my, ale i oni różnią się między sobą. Wiąże ich jednak w sposób wystarczający wspólny cel. Dlatego, by się  do niego zbliżyć przy okazji wyborów idą razem, wykazując tym samym dojrzałość, której nam brak. My,  mimo posiadania wspólnego celu, także tu mamy dużo do nadrobienia.
 
– Oni od dawna zrozumieli decydującą rolę i wagę  pieniądza w systemie demokratycznym. „Droga do władzy wiedzie przez władzę nad pieniądzem” – lubił powtarzać Rothschild. Dziś są w posiadaniu kolosalnych pieniędzy, potężnej siatki organizacyjnej i długiego szeregu fundacji i tworów rzekomo filantropijnych, propagujących ich „braterstwo” i ich „liberalizm” (braterstwo, ale tylko w stosunku do ich „braci”; liberalizm, ale tylko dla tych, którzy myślą ich kategoriami).  M u s i m y   więc stworzyć system, który pozwoli nam – także na odcinku ekonomicznym – należycie się im  przeciwstawić. Będzie to  trudne, bardzo trudne, ale bez posiadania tej broni zostałoby nam tylko uciekać się do rewolucji. A taka droga nie jest naszą drogą. Pierwszym krokiem w tym kierunku byłoby skupienie się na akcentowaniu problemów gospodarczych (np. społeczna gospodarka rynkowa) oraz szeroko budowanej koalicji miasta ze wsią.
 
– Oni mają w swych rękach mass media (telewizję, prasę wraz ze środkami jej dystrybucji, e-mail, radio, sondaże), a to jest wielka siła. My mamy tylko jej zaczątki. Wprawdzie zrobiliśmy już na tym odcinku spore postępy, ale ciągle niewystarczające. Te nasze wysiłki trzeba co najmniej podwoić.
 
– Oni obsadzili administrację swoimi ludźmi nie tylko na najwyższych szczeblach, ale także na średnich. Tylko rzetelną, i mrówczą pracą nad własną jakością – tak moralną, jak intelektualną – i przez szkolenie  kadr potrafimy im tą przewagę odebrać.
 
– Oni są realistami, a więc dążą do celu etapami. My ciągle w pogoni za abstrakcyjnym ideałem wyznajemy zasadę „wszystko albo nic”. Nawet od ludzi nam ideowo bliskich wymagamy, by byli wprost idealni, zapominając pytać się samych siebie o własną jakość. W dalszym ciągu pokutuje w nas skandaliczna treść tej rzekomo patriotycznej piosenki z XIX w.: „dziś Twój triumf albo zgon”. Innymi słowy pokutuje w nas stawianie wszystkiego, nawet istnienia swojej ojcowizny, na jedną szalę. Albo wszystko, albo nic. I to z miejsca. Istne szaleństwo (a może tylko romantyczna wizja rzeczywistości?).
 
– Musimy schować do tylnej kieszeni osobiste ambicje i nauczyć się odróżniać problemy pierwszoplanowe od drugo- i trzeciorzędnych. Kładźmy nacisk na te obydwie wady, bo w tej dziedzinie jesteśmy na poziomie szkoły podstawowej, a winniśmy być na poziomie uniwersyteckim.
 
– Musimy nauczyć się odróżniać kolor różowy od czerwonego i przestać mylić wilki z owieczkami. Musimy zwalczać w sobie naiwność i nadmierną dobroć, które kazały nam nie tylko przebaczać, ale i zapominać (!!) te niezliczone zbrodnie, jakie oni mieli i dalej mają na sumieniu.
 
Gdzież ta Polska, faktycznie demokratyczna i sprawiedliwa, o którą walczyły pokolenia?!
 
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę chociażby na cztery, bynajmniej niebłahe przyczyny triumfu grabarzy:
 
– Pierwsza to rygorystyczny podział na prawicę i lewicę, który był w pełni aktualny 200 lat temu w czasie rewolucji francuskiej, a który dzisiaj na wielu odcinkach ma znaczenie drugorzędne, a na jednym, zasadniczym, w ogóle nie ma racji bytu. Mamy tu na myśli stosunek do dwóch w pełni przeciwstawnych wizji Europy Jutra. Zwolennicy, jak i przeciwnicy tych dwóch wizji znajdują się i na prawicy, i na lewicy. Wmawianie naiwnym i zdezorientowanym, że „podzielona” prawica jest za przeszłością, a „zgodna” lewica za „świetlaną przyszłością w Europie Federacji”, jest uprawianiem odwiecznej i ohydnej metody rzymskiej „dziel i rządź”. Ta ich metoda ma jeden cel: dzielenie prądu patriotycznego.
 
– Druga, nie mniej skandaliczna i amoralna metoda polega na używaniu terminu „skrajna prawica” na określenie autentycznej i umiarkowanej prawicy, terminu „prawica” na określenie  pseudoprawicy, tzn. do elementów podszywających się pod prawicę (np. Hall i kilku innych) i wreszcie terminu „centrum (a nawet „centroprawica”) dla specjalnie zrobionej mieszaniny, w której dominuje „liberalna”, antypaństwowa, antynarodowa, antypatriotyczna i ateistyczna UW oraz jej krewni. Te sztuczne nurty,  zmieniając co kilka lat nazwy i kolory grają rolę nowoczesnych koni trojańskich, wykonujących polecenia swych  „braci” z Europy Zachodniej.
 
Gdy zmęczonemu zbyt twardym życiem i zdezorientowanemu społeczeństwu od dziesiątek lat powtarza się w kółko same kłamstwa i przeinacza rzeczywistość, to wreszcie mimo woli większość społeczeństwa (a więc ci, którzy decydują o wynikach wyborów!!) jest przekonana, że jest tak, jak mówi telewizja. Wystarczy wówczas kierownictwu „demokratów” nagłośnić te opinie przez podległe im liczne sondaże i sprawa jest załatwiona.
 
– Trzecią przyczyną jest pewien absurd, który miesza społeczeństwu w głowie, a więc je dezorientuje. Chodzi o łączenie dwóch przeciwstawnych pojęć: „polski” oraz „komunista” – w jednym termin: polsko komunista (czyli polski kosmopolita). Toż pojęcie „polski” i pojęcie „komunista” (czyli „kosmopolita”) są przecież sobie w pełni przeciwstawne! Celem Polaka jest obrona i utrzymanie naszej tożsamości i naszej kultury, a więc  i s t n i e n i a   wielowiekowej Polski, podczas gdy celem ideowców marksistowskich, reprezentowanych u nas przez komunistów i kosmopolitów, jest stopniowe unicestwianie narodów, a Polski na pewno w pierwszej kolejności.
 
W dwudziestoletnim okresie niepodległością między pierwszą a drugą wojną światową mieliśmy w Polsce ok. 30% mniejszości narodowych. Odróżnialiśmy pojęcie „przynależności państwowej” od pojęcia „przynależności narodowej”. Nie zmuszaliśmy więc Ukraińców, Niemców i Żydów, by byli Polakami po prostu przez szacunek dla ich tożsamości. Czemu zniesiono ten uczciwy i logiczny system? Komu zależy na mieszaniu pojęcia „przynależność narodowa” z pojęciem „przynależność państwowa”? Jeśli mam być szczery i nie uciekać przed prawdą, to muszę powiedzieć, że istnieje jeden jedyny naród na świecie, który ma interes w mieszaniu tych dwóch pojęć.
 
By być w zgodzie z logiką i rozumem, trzeba więc mówić „kosmopolita z Polski” (ideowy komunista jest także kosmopolitą), podkreślając tym samym tę kapitalną różnicę między nimi a nami. Mieszanki kulturowe i cywilizacyjne nigdzie nie zdały egzaminu. Musimy więc żyć jedni obok drugich.
 
– Czwarta przyczyna: trzeba dzisiaj zwrócić uwagę na proces dla naszej Wspólnoty bardzo niebezpieczny: tam, gdzie jakiś nurt ideowopolityczny dochodzi do władzy, to obok ideowców skupia się wokół niego, jak szarańcza, cała masa oportunistów cisnących się „do żłobu” po prostu dlatego, by moralnie wegetując, żyć dostatnio. Tak było w sowieckiej Rosji, tak jest w Polsce. Ta masa rozlewa się głównie w Centrum, istnej wylęgarni dwulicowych oportunistów (pisałem kiedyś o jakże szkodliwej roli zbyt obszernego Centrum).
 
Oto główne cienie rzutujące na polską rzeczywistość. Nie jest dziś dobrze. Jest źle, ale w naszej historii mieliśmy okresy, w których było jeszcze gorzej, dużo gorzej. A jednak nie daliśmy się. Wystarczy przestać bujać w obłokach, przestać psioczyć, nie zamykać oczu na rzeczywistość,  zareagować na nią w należytej i wyważonej proporcji. Przyjdzie nam to tym łatwiej, że są już narody (Dania, Austria), które są dla nas przykładem, bo tę grę przejrzały.
 
A my kiedy to zrozumiemy?
 
Triumf grabarzy?
 
Tak, wygrali bitwę, ale nie wojnę.

 
Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW