Po upadku
sowieckiej twierdzy
marksizmu wielu naiwnym, szczególnie na Zachodzie, zdawało się, że
wraz z sowieckim komunizmem umiera także marksizm. Niestety. Wybór p.
A. Kwaśniewskiego na prezydenta jest nowym triumfem tego prądu
ideowo-politycznego. Dowodem żywotności tej formacji jest fakt, że
potrafiła dostosować się do zmienionej sytuacji, tworząc nurt, który
nasz wybitny poeta Zbigniew Herbert nazwał neokomuną. Ten termin
posiada jednak dużą wadę: nie oddaje faktycznego obrazu tej formacji.
Trzy pierwsze litery tej nazwy, tzn. neo, oznaczają napływ
nowych sił. Chodzi o prąd ultraliberalny („ultra”, a więc
skrajny), skrajny aż do absurdu w swym liberalizmie, tak ekonomicznym,
jak „moralnym”, a co najważniejsze, przesiąknięty prawie do dna
trockistowskim nurtem marksizmu.
Przydomek
„neokomuna” nie mówi więc, co i kogo termin „neo” oznacza. Tylko ci
wśród nas, którzy są obeznani z arkanami polityki, wiedzą, że
trockistowski nurt marksizmu jest nie „bratem”, ale wrogiem marksizmu w
wydaniu sowieckim. Dzisiejsze „małżeństwo” zachodnioeuropejskich
ultraliberałów z członkami byłej PZPR było możliwe dzięki temu, że tacy
jak Geremek, Michnik, Olechowski, Urban [...] to resztki prądu
trockistowskiego, który ostał się w marksizmie sowieckim. W tym
„małżeństwie” to nie prosowiecka komuna gra pierwsze
skrzypce. Grają bogaci i wpływowi
przybysze z Zachodu, w oparciu o miejscowe
resztki prądu ideowego, któremu przewodzi Geremek, szara eminencja,
rzeczywisty sternik Polską. Kwaśniewski
jest jak kwiatek na pokaz: przystojny, młody, uśmiechnięty, władający
obcymi językami, mąż ładnej i bogatej żony, uznany za „swojego” przez
tych, co piją i kłamią, a na dodatek przez pewnych , tzw. „postępowych”
duchownych, którzy – po jego „pielgrzymce” nie tylko do Częstochowy,
ale nawet do Rzymu – zaczynają wierzyć w cud nawrócenia „tego byłego
grzesznika”. Ot, osobistość idealna dla otrzymania głosów zabłąkanych,
zdezorientowanych i ogłupianych tak przez telewizję, jak i przez talent
Michnika.
Spotkał się
więc wreszcie „brat z bratem”. Stalin zabił Trockiego, ale trockizm nie
tylko żyje, ale w wielu krajach naszej cywilizacji kwitnie. Wielu
byłych członków PZPR poszło za Geremkiem i Michnikiem czy to ze względu
na ideowe przekonania, czy przez
oportunizm, czy też po prostu, by żyć w
dużo lepszych warunkach niż reszta społeczeństwa. Byłoby jednak wielkim
błędem – i w dzisiejszej sytuacji niewybaczalnym – by wszystkich byłych
członków PZPR (a tym bardziej wszystkich członków SLD) odsądzić od czci i wiary, tym bardziej że wielu z nich
– nie orientując się w arkanach polityki – nie zdaje sobie sprawy, co
to za jedni i dokąd wiedzie nasz kraj
kosmopolityczny trockizm. Dlatego termin „neokomuna”, mimo głębokiego
szacunku do Zbigniewa Herberta, sugerowałbym zastąpić dużo głębszym i
sięgającym w naszą historię terminem: neo-Targowica. Dlaczego? To
bardzo proste:
– Targowica
dwieście lat temu poddała się politycznym wpływom potężnej Moskwy.
Neo-Targowica dzisiaj poddaje się wpływom bez porównania bardziej
potężnego Ośrodka niż dawna Moskwa, mianowicie Kapitałowi, który –
również pod pięknymi hasłami pomocy odbiera
nam krok po kroku nie tylko kierownictwo polityczne naszej Wspólnoty,
ale – pracując w rękawiczkach – ograbia nas bez nadmiernego hałasu
materialnie i w dodatku zatruwa naszą kulturę namiastkami „kultury”
kosmopolitycznej;
– Tamci nie
byli dość silni, by przyciągnąć na swoją stronę większość rodaków:
neo-Targowicy wszystko idzie jak z płatka. Odnoszą triumfy;
– O tamtych
było wiadomo, komu służą. Było więc względnie łatwo zmobilizować
przeciw nim społeczeństwo, tym bardziej, że ci ze Wschodu różnili się
od nas cywilizacyjnie. Istniała więc u nas
niemała doza odrazy do wszystkiego, co wpływa do Polski ze Wschodu;
–
Neo-Targowica nie wiadomo, komu faktycznie służy. Wiadomo tylko, że
służy jakimś siłom anonimowym, nieuchwytnym, a więc niekaralnym, a
potężnym, bo ogarniającym całą naszą cywilizację. W dodatku te ich idee
wpływają do nas z Zachodu, a więc z miejsc uważanych jeszcze w Polsce
za istny raj na ziemi. Także stąd ich powab.
Jakaż w tym
wszystkim doza niezmierzonej naiwności u moich rodaków!
W
konsekwencji neo-Targowica jest bez porównania bardziej niebezpieczna
niż ta pierwotna, sprzed dwustu lat, tym bardziej że
wielokrotnie oszukiwani, zdezorientowani, zaślepieni,
zmęczeni nie zdajemy sobie jeszcze sprawy z trwania
ideowej wojny, w której chodzi o to „być
czy nie być” naszej tożsamości tak narodowej, jak
kulturalnej.
Czy ten
triumf grabarzy naszej narodowej tożsamości będzie dla nas
elektroszokiem? Śmiem twierdzić, że tak. Nasza wygrana, mimo chwilowej
ślepoty, będzie możliwa, ale dopiero: primo
– po
poznaniu i wad swoich i przeciwnika; secundo – po znalezieniu
metod i dróg, którymi trzeba będzie kroczyć, i
tertio – po
zastosowaniu owych rozwiązań.
Fakty i
zjawiska, które tu wyliczam służą lepszemu poznaniu owych
zalet i wad:
– Oni, tzn.
kosmopolici z polskimi paszportami mają ideał, którym jest stworzenie
jednego państwa o wymiarach panziemskich, przez stopniowe likwidowanie wszystkich
państw, narodów, kultur, religii jako podmiotów
w międzynarodowej współpracy. My, niestety – nasiąknięci ich perfidną
propagandą – nierzadko zapominamy o roli i wadze idei, tego duchowego
motoru ideałów. Co gorsze, zaczynamy uznawać ich sposób myślenia za
„normalny”, a czasami nawet za „postęp”, podczas gdy oni robią postęp,
ale w burzeniu podstaw naszej cywilizacji. W tej dziedzinie musimy
pojąć różnicę w zasadach ich i naszych i wrócić
do duchowego motoru, jakim jest chrześcijańska wizja Europy Jutra.
–Nie tylko
my, ale i oni różnią się między sobą. Wiąże ich jednak w sposób
wystarczający wspólny cel. Dlatego, by się do
niego zbliżyć przy okazji wyborów idą razem, wykazując tym samym
dojrzałość, której nam brak. My, mimo
posiadania wspólnego celu, także tu mamy dużo do nadrobienia.
– Oni od
dawna zrozumieli decydującą rolę i wagę pieniądza
w systemie demokratycznym. „Droga do władzy wiedzie przez władzę nad
pieniądzem” – lubił powtarzać Rothschild. Dziś są w posiadaniu
kolosalnych pieniędzy, potężnej siatki organizacyjnej i długiego
szeregu fundacji i tworów rzekomo filantropijnych, propagujących ich
„braterstwo” i ich „liberalizm” (braterstwo, ale tylko w stosunku do
ich „braci”; liberalizm, ale tylko dla tych, którzy myślą ich
kategoriami). M u s i m y
więc stworzyć system, który pozwoli nam – także na odcinku
ekonomicznym – należycie się im przeciwstawić.
Będzie to trudne, bardzo trudne, ale bez
posiadania tej broni zostałoby nam tylko uciekać się do rewolucji. A
taka droga nie jest naszą drogą. Pierwszym krokiem w tym kierunku
byłoby skupienie się na akcentowaniu problemów gospodarczych (np.
społeczna gospodarka rynkowa) oraz szeroko budowanej koalicji miasta ze
wsią.
– Oni mają w
swych rękach mass media (telewizję, prasę wraz ze środkami jej
dystrybucji, e-mail, radio, sondaże), a to jest wielka siła. My mamy
tylko jej zaczątki. Wprawdzie zrobiliśmy już na tym odcinku spore
postępy, ale ciągle niewystarczające. Te nasze wysiłki trzeba co
najmniej podwoić.
– Oni
obsadzili administrację swoimi ludźmi nie tylko na najwyższych
szczeblach, ale także na średnich. Tylko rzetelną, i mrówczą pracą nad
własną jakością – tak moralną, jak intelektualną – i przez szkolenie kadr potrafimy im tą przewagę odebrać.
– Oni są
realistami, a więc dążą do celu etapami. My ciągle w pogoni za
abstrakcyjnym ideałem wyznajemy zasadę „wszystko albo nic”. Nawet od
ludzi nam ideowo bliskich wymagamy, by byli wprost idealni, zapominając
pytać się samych siebie o własną jakość. W dalszym ciągu pokutuje w nas
skandaliczna treść tej rzekomo patriotycznej piosenki z XIX w.: „dziś
Twój triumf albo zgon”. Innymi słowy pokutuje w nas stawianie
wszystkiego, nawet istnienia swojej ojcowizny, na jedną szalę. Albo
wszystko, albo nic. I to z miejsca. Istne szaleństwo (a może tylko
romantyczna wizja rzeczywistości?).
– Musimy
schować do tylnej kieszeni osobiste ambicje i nauczyć się odróżniać
problemy pierwszoplanowe od drugo- i trzeciorzędnych. Kładźmy nacisk na
te obydwie wady, bo w tej dziedzinie jesteśmy na poziomie szkoły
podstawowej, a winniśmy być na poziomie uniwersyteckim.
– Musimy
nauczyć się odróżniać kolor różowy od czerwonego i przestać mylić wilki
z owieczkami. Musimy zwalczać w sobie naiwność i nadmierną dobroć,
które kazały nam nie tylko przebaczać, ale i zapominać (!!) te
niezliczone zbrodnie, jakie oni mieli i dalej mają na sumieniu.
Gdzież ta
Polska, faktycznie demokratyczna i sprawiedliwa, o którą walczyły
pokolenia?!
Chciałbym
jeszcze zwrócić uwagę chociażby na cztery, bynajmniej niebłahe
przyczyny triumfu grabarzy:
– Pierwsza to
rygorystyczny podział na prawicę i lewicę, który
był w pełni aktualny 200 lat temu w czasie rewolucji francuskiej, a
który dzisiaj na wielu odcinkach ma znaczenie drugorzędne, a na jednym,
zasadniczym, w ogóle nie ma racji bytu. Mamy tu na myśli stosunek do
dwóch w pełni przeciwstawnych wizji Europy Jutra. Zwolennicy, jak i
przeciwnicy tych dwóch wizji znajdują się i na prawicy, i na lewicy.
Wmawianie naiwnym i zdezorientowanym, że „podzielona” prawica jest za
przeszłością, a „zgodna” lewica za „świetlaną przyszłością w Europie
Federacji”, jest uprawianiem odwiecznej i ohydnej metody rzymskiej
„dziel i rządź”. Ta ich metoda ma jeden cel: dzielenie prądu
patriotycznego.
– Druga, nie
mniej skandaliczna i amoralna metoda polega na używaniu
terminu „skrajna prawica” na określenie autentycznej i umiarkowanej
prawicy, terminu „prawica” na określenie pseudoprawicy,
tzn. do elementów podszywających się pod prawicę (np. Hall i kilku
innych) i wreszcie terminu „centrum (a nawet „centroprawica”) dla
specjalnie zrobionej mieszaniny, w której dominuje „liberalna”,
antypaństwowa, antynarodowa, antypatriotyczna i ateistyczna UW oraz jej
krewni. Te sztuczne nurty, zmieniając co
kilka lat nazwy i kolory grają rolę nowoczesnych koni trojańskich,
wykonujących polecenia swych „braci” z
Europy Zachodniej.
Gdy
zmęczonemu zbyt twardym życiem i zdezorientowanemu społeczeństwu od
dziesiątek lat powtarza się w kółko same kłamstwa i przeinacza
rzeczywistość, to wreszcie mimo woli większość społeczeństwa (a więc
ci, którzy decydują o wynikach wyborów!!) jest przekonana, że jest tak,
jak mówi telewizja. Wystarczy wówczas kierownictwu „demokratów”
nagłośnić te opinie przez podległe im liczne sondaże i sprawa jest
załatwiona.
– Trzecią
przyczyną jest pewien absurd, który miesza społeczeństwu w głowie, a
więc je dezorientuje. Chodzi o łączenie dwóch przeciwstawnych pojęć:
„polski” oraz „komunista” – w jednym termin: polsko komunista (czyli
polski kosmopolita). Toż pojęcie „polski” i pojęcie „komunista” (czyli
„kosmopolita”) są przecież sobie w pełni przeciwstawne! Celem Polaka
jest obrona i utrzymanie naszej tożsamości i naszej kultury, a więc i s t n i e n i a wielowiekowej
Polski, podczas gdy celem ideowców marksistowskich, reprezentowanych u
nas przez komunistów i kosmopolitów, jest stopniowe unicestwianie
narodów, a Polski na pewno w pierwszej kolejności.
W
dwudziestoletnim okresie niepodległością między pierwszą a drugą wojną
światową mieliśmy w Polsce ok. 30% mniejszości narodowych.
Odróżnialiśmy pojęcie „przynależności państwowej” od pojęcia
„przynależności narodowej”. Nie zmuszaliśmy więc Ukraińców, Niemców i
Żydów, by byli Polakami po prostu przez szacunek dla ich tożsamości.
Czemu zniesiono ten uczciwy i logiczny system? Komu zależy na mieszaniu
pojęcia „przynależność narodowa” z pojęciem „przynależność państwowa”?
Jeśli mam być szczery i nie uciekać przed prawdą, to muszę powiedzieć,
że istnieje jeden jedyny naród na świecie, który ma interes w mieszaniu
tych dwóch pojęć.
By być w
zgodzie z logiką i rozumem, trzeba więc mówić „kosmopolita z Polski”
(ideowy komunista jest także kosmopolitą), podkreślając tym samym tę
kapitalną różnicę między nimi a nami. Mieszanki kulturowe i
cywilizacyjne nigdzie nie zdały egzaminu. Musimy więc żyć jedni obok
drugich.
– Czwarta
przyczyna: trzeba dzisiaj zwrócić uwagę na proces dla naszej Wspólnoty
bardzo niebezpieczny: tam, gdzie jakiś nurt ideowopolityczny dochodzi
do władzy, to obok ideowców skupia się wokół niego, jak szarańcza, cała
masa oportunistów cisnących się „do żłobu” po prostu dlatego, by
moralnie wegetując, żyć dostatnio. Tak było w sowieckiej Rosji, tak
jest w Polsce. Ta masa rozlewa się głównie w Centrum, istnej wylęgarni
dwulicowych oportunistów (pisałem kiedyś o jakże szkodliwej roli zbyt
obszernego Centrum).
Oto główne
cienie rzutujące na polską rzeczywistość. Nie jest dziś dobrze. Jest
źle, ale w naszej historii mieliśmy okresy, w których było jeszcze
gorzej, dużo gorzej. A jednak nie daliśmy się. Wystarczy przestać bujać
w obłokach, przestać psioczyć, nie zamykać oczu na rzeczywistość, zareagować na nią w należytej i wyważonej
proporcji. Przyjdzie nam to tym łatwiej, że są już narody (Dania,
Austria), które są dla nas przykładem, bo tę grę przejrzały.
A my kiedy to
zrozumiemy?
Triumf
grabarzy?
Tak, wygrali
bitwę, ale nie wojnę.