ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Andrzej Turek

Temat Miesiąca

Po wyborach

NPW 9-10, 2000


Wybory prezydenckie 2000 r. w Polsce zakończyły się druzgocącym zwycięstwem urzędującego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i stojących za nim postkomunistów. Wśród pozostałych rozstrzygnięć uwagę przykuwają: dotkliwa porażka Mariana Krzaklewskiego, bardzo dobry rezultat Andrzeja Olechowskiego, kompletna przegrana wszystkich kandydatów opcji narodowo-antyunijnej oraz w mniejszym stopniu Lecha Wałęsy.

Kształtujące się w ten sposób rozstrzygnięcia personalne mogą sugerować konkretne wnioski ogólniejszej natury. Gdyby założyć, że wyniki poszczególnych kandydatów wiążą się z w pełni świadomą akceptacją ich programów politycznych okaże się, że polskie społeczeństwo wyraziło w ten sposób pośrednio swoje zrozumienie dla potrzeby albo przynajmniej nieuchronności wejścia Polski do Unii Europejskiej,  co –  ma się rozumieć – zdążyli już triumfalnie obwieścić kompetentni “spece” w telewizyjnych powyborczych komentarzach.

Czy tak jest w rzeczywistości? Czy faktycznie nastąpiło w Polsce wyraźne wychylenie się wahadła politycznego na lewo, a równolegle mamy do czynienia z gotowością świadomego wyzbycia się niepodległości, czy też takie, a nie inne rezultaty wyborów są w prostej linii pochodną kompleksowego spreparowania całej kampanii przedwyborczej przez rządzący establishment?

Zanim spróbujemy udzielić odpowiedzi na tak sformułowane pytanie, podsumujmy wpierw w największym skrócie  programy i rzucające się najbardziej w oczy elementy kampanii wyborczej poszczególnych kandydatów – będzie to najlepszym  przygotowaniem do wyciągnięcia wniosków natury generalnej.

Liczba głosów oddanych na Aleksandra Kwaśniewskiego może niewątpliwie szokować, zwłaszcza w kontekście jego politycznego rodowodu, dorobku, wymiernych efektów kończącej się pierwszej kadencji, nie mówiąc już o całym szeregu hańbiących gestów i zachowań.

Co się stało? Czy większość narodu zgłupiała, została zaczarowana? Czy istotnie – jak to już podniesiono – królowały niepodzielnie w tych wyborach ciemnota i rozpacz? Udzielenie wyczerpującej odpowiedzi na te i wiele innych podobnych pytań jest rzeczą niezmiernie trudną. Założenie, że zachowania polityczne mas społecznych będą się w całości kształtować według logiczno-racjonalnych kalkulacji, byłoby objawem najwyższej naiwności.

Nie pamiętam już, gdzie przeczytałem przytomne stwierdzenie, iż demokracja wspierana telewizją pełna jest aktów zbiorowego kretynizmu. Nawet stawiając problem dużo bardziej delikatnie, można z całym przekonaniem stwierdzić, że myślenie i wybory polityczne znacznej, powiedziałbym wręcz – większej części naszego społeczeństwa charakteryzują się niesłychaną powierzchownością.

W osobie Kwaśniewskiego próżno doszukiwać się cech, które pozwalałyby określić go patriotą, mężem stanu czy choćby autorem profitów materialnych, słowem – zasług i przymiotów uzasadniających tak wysokie poparcie. Ale jest też i druga strona medalu. Wybory polityczne mają to do siebie, że nie polegają tylko na niejako bezwzględnej ocenie kandydata. W istocie rozstrzyga porównanie go z konkurentami. Kwaśniewski był z jednej strony oceniany przez pryzmat prezydentury Lecha Wałęsy, a z drugiej – w kontekście cech i walorów prezentowanych przez innych konkurentów. W jednym i drugim wypadku został w tym zestawieniu uznany przez większość – abstrahując już od słuszności czy niesłuszności tej tezy –  za lepszego. 

Moim skromnym zdaniem triumf Kwaśniewskiego to przede wszystkim po pierwsze efekt wzorowej mobilizacji żelaznego elektoratu postkomunistycznego, po drugie rezultat potężnego oddziaływania telewizji, która od lat budowała mu z wymierną pomocą odpowiednio spreparowanych sondaży wizerunek najpopularniejszego polityka w Polsce; po trzecie wreszcie to skutek  właściwego ostatnio naszemu społeczeństwu miotania się od ściany do ściany. Po zwrocie w stronę nominalnej prawicy w wyborach parlamentarnych 1997 r, nastąpiło  ogromne rozczarowanie – skądinąd całkowicie uzasadnione – jej polityką w ostatnich latach i instynktowny zwrot w drugą stronę. Niemała część wyborców ze złości na Krzaklewskiego i AWS głosowała na Kwaśniewskiego, nie dostrzegając, że jeden i drugi lansuje w praktyce ten sam program. 

Należy też założyć, że najbardziej chwiejna i bezmyślna część elektoratu skłonna jest z reguły głosować na tego, który jest na szczycie i Kwaśniewski umiejętnie to zjawisko zdyskontował. Na jego sukces zapracowali również – co już podkreśliłem – w pośredni sposób konkurenci, z wyjątkiem Andrzeja Olechowskiego. Wynik uzyskany przez tego szerzej dotąd nieznanego eksponenta sił globalistycznych dość powszechnie komentowany jest jako zaskakująco dobry i można by się z tą opinią zgodzić, gdyby nie świadomość potężnego zaplecza politycznego, pieniędzy i mediów, jakie za tym człowiekiem stały. Wystarczy wziąć pod uwagę  pewny w istocie fakt, że na Olechowskiego głosował w praktyce cały elektorat Unii Wolności (ok. 7-8%), dodać do tego jego duże wzięcie w środowiskach dorobkiewiczów, studentów i ćwierćinteligencji, słowem wszystkich tych, dla których postęp, światowość i nowoczesność, wyrażające się chociażby tylko w świecie iluzji – są największym bożkiem i którzy idą nań jak muchy na lep, a wynik Olechowskiego dziwi już znacznie mniej. Nie należy również pomijać całej masy ludzi spoza wymienionych wyżej środowisk, która dała uwieść się wyrafinowanym trikom stosowanym w kampanii wyborczej.

Casus Olechowskiego jest koronnym przykładem ogromnego oddziaływania telewizji – jeszcze pół roku temu Olechowski wydawał się  postacią drugoplanową, niepozorną, bez wyraźnego wizerunku politycznego, można by wręcz powiedzieć: nijaką, wystarczyło jednak parę miesięcy intensywnej propagandy, by wyrobić mu etykietę wielkiego męża stanu, człowieka światłego, kompetentnego, światowego (co akurat jest prawdą), kulturalnego itp. Olechowski miał tę ogromną przewagę nad funkcyjnymi przywódcami UW, że działał dotąd raczej zza kulis i dzięki temu nie został dokładniej rozpoznany, bliżej zidentyfikowany i skojarzony ze ściśle określoną opcją. Poza tym nastawiona na osoby wrażliwe na psychotechnikę kampania Olechowskiego do znudzenia, ale za to bardzo umiejętnie podkreślała wszystkie jego przymioty, a usłużni tzw. dziennikarze zadbali skrupulatnie o to, by nikt nie zadawał mu kłopotliwych pytań. Wskutek tego ważna była sama forma, czyli to, że Olechowski ładnie mówi, a nie to, co kryje się w istocie za tymi ładnymi słowami, skąd się wziął, czy w rzeczywistości realizuje program itd.

Dotkliwa porażka Mariana Krzaklewskiego nie była w sumie zaskoczeniem – zapowiadały ją wyraźnie sondaże i krańcowa niepopularność AWS-u w społeczeństwie. Na taki, a  nie inny rezultat Krzaklewskiego wpłynęły w głównej mierze bezsprzecznie kompromitujące efekty trzyletnich rządów AWS-u, rozgoryczenie elektoratu zdradzieckim układem z UW i praktycznym oddaniem jej owoców wyborczego zwycięstwa z 1997 r., kontynuowaną bez najmniejszych skrupułów wyprzedażą majątku narodowego, godzącymi w interes państwa i narodu czterema pseudoreformami, niszczycielską polityką w stosunku do wsi, wszystko to znalazło swoje odzwierciedlenie przy urnie.

Naród miał już dość AWS-u, całego tzw. obozu solidarnościowego, i dał tego dowód, odrzucając człowieka będącego uosobieniem tej formacji i wielu wypadkach głosując – na zasadzie instynktownego odruchu – na jego głównego rywala. Na klęsce Krzaklewskiego w pewnym stopniu zaważyły także  cechy jego osobowości i charakteru – otrzymał on srogie baty za właściwą mu bufonadę, pyszałkowatość, źle skrywany pęd do władzy, nieuzasadniony niczym optymizm. Krzaklewski usiłował wyraźnie skopiować zagrywkę Kwaśniewskiego z poprzednich  wyborów i zdyskontować w jak największym stopniu swoją aparycję, ale to naśladownictwo nie dało w tym wypadku pozytywnych rezultatów. Wręcz przeciwnie – zawalenie całego kraju milionami plakatów i bilbordów stworzyło obraz ewidentnie nachalnej promocji i w konsekwencji dodatkowo zniechęciło wyborców.

Gdyby odwołać się do stosowanej oficjalnie terminologii, kampania Krzaklewskiego może posłużyć za typowy przykład kampanii negatywnej – nie mogąc ze swej strony zgoła  nie zaofiarować, główny nacisk postawił on na walkę z konkurentami, konkretnie z Kwaśniewskim. Strategia dała pewne rezultaty – bo gdyby nie incydent wynikły z obrażenia przez Kwaśniewskiego osoby Ojca Świętego, zasada “mniejszego zła”, głosowanie jednoznacznie antylewicowego elektoratu nie tyle na Krzaklewskiego, co przeciw Kwaśniewskiemu,  Krzaklewski uzyskałby nie 15%, ale jeszcze kilka razy mniej głosów. I tak było to wszystko za mało by doprowadzić do drugiej rundy i własnej do niej promocji. Należy jeszcze podkreślić, że pogrążając siebie, Krzaklewski jednocześnie odebrał masę potencjalnych głosów kandydatom narodowym i antyunijnym, co zaprzepaściło ostatecznie jakiekolwiek ich szanse na przyzwoity wynik. Po tuzach pora na pomniejszych pretendentów. Dwa kolejne miejsca w wyborach zajęli Jarosław Kalinowski i Andrzej Lepper, którym jako reprezentantom wsi należy się kilka zdań osobnego komentarza.

Wynik uzyskany przez Kalinowskiego jest jak na reprezentanta najliczniejszej ponoć partii w Polsce i nominalnego reprezentanta co najmniej 30% elektoratu ewidentnie słaby. Kalinowski uzyskał procentowo jeszcze mniej głosów niż 5 lat temu Pawlak. Stanowi to wyraźny sygnał, że pozostawanie 3 lata w opozycji nie przywróciło wcale PSL-owi popularności, wręcz przeciwnie. Ta dysponująca kiedyś ogromnym potencjałem formacja dalej stacza się po równi pochyłej. Być może na słabym wyniku Kalinowskiego zaważył w jakiejś mierze jego osobisty wizerunek, pełen demagogii i prymitywnego chwalipięctwa, ale wątpię, czy którykolwiek z liderów PSL-u uzyskałby wyraźnie lepszy wynik. Mówiąc bez ogródek,  polska wieś nie da się bez końca nabierać. Jakie zaś są wymierne rezultaty polityki PSL,  rolnicy odczuwają najlepiej na własnej skórze. Jak by nie patrzeć,  wyniki wyborów stanowią wyraźne votum nieufności ze strony wsi dla jednoznacznie prounijnej i antynarodowej postawy elit przywódczych tego ugrupowania.

W porównaniu z Kalinowskim rezultat Leppera należy uznać za znacznie lepszy, biorąc pod uwagę istotną dysproporcję ich możliwości, choć również nierewelacyjny. Lepper zebrał to, co miał zebrać, czyli swój stały elektorat, ale biorąc pod uwagę wielomiesięczną akcję promocyjną w telewizji, to w sumie i tak niewiele. Tym samym przejawiane przezeń ambicje stania się przywódcą polskiej wsi można najzwyczajniej włożyć między bajki. Na przeszkodzie temu stoją polityczne krętactwa – przykładowo najpierw opowiadanie się za Unią, następnie przeciw, w chwili obecnej znowu aprobata, niejasne powiązania i konszachty, podejrzane źródła finansowania samego Leppera i “Samoobrony”. Poza tym Lepper zdążył się już opatrzyć i znudzić, a jego sylwetka, osobowość i styl uprawiania polityki odbiega – jak się wydaje – zbyt rażąco od przyjętego przez społeczeństwo stereotypu polityka, co uniemożliwia mu w praktyce dalsze poszerzanie swego elektoratu i uzyskanie powszechniejszej akceptacji.

Kolejny z kandydatów – Janusz Korwin-Mikke – wniósł do kampanii sporą dozę ożywienia i właściwej mu oryginalności. Zgromadził w rezultacie stary, tradycyjny elektorat – to jest właściwie wszystko, co można by o nim powiedzieć. 

Pierwsze sondażowe wyniki wyborów sugerowały całkowity blamaż Lecha Wałęsy, a choć wynik faktyczny okazał się nieco lepszy, wybory skończyły się i tak jego druzgocącą klęską, sygnalizującą w praktyce polityczne bankructwo. Na bardziej obszerny komentarz szkoda miejsca.

Jan Łopuszański mimo paru korzystnych akcentów w finalnej części kampanii poniósł wyraźną porażkę. Przesądził o niej przede wszystkim brak mocniejszego oparcia na dole, nikła popularność na wsi oraz przywoływana już zasada “mniejszego zła”, zgodnie z którą duża część jego potencjalnych wyborców przeniosła swe głosy na Krzaklewskiego.

Dariusz Grabowski został w komentarzach mediów liberalnych określony mianem prawicy populistycznej, z czym – co rzadko się zdarza – można się zgodzić. W kampanii Grabowskiego brakło konkretów, aż się roiło za to od frazesów o niepodległości, polskiej racji stanu i patriotyzmie – w efekcie jego kandydatura przyniosła tylko zamęt i rozproszenie prawicy narodowej.

Wynik uzyskany przez Piotra Ikonowicza był łatwy do przewidzenia, zaś gen. Tadeusz Wilecki przekonał się boleśnie, że gra polityczna w karykaturalnym systemie demokratycznym to nieporównanie trudniejsze wyzwanie niż kariera wojskowa. Można by co prawda Wileckiemu zarzucić brak jednoznacznego stanowiska, np. w sprawie integracji Polski z Unią Europejską, ale w sumie nie to zadecydowało o jego klęsce. Najprawdopodobniej generał okazał się dla rządzącego establishmentu niewygodny, dlatego został spisany z góry na straty i zmarginalizowany.

Wreszcie Bogdan Pawłowski powiedział dużo prawdy o rzeczywistych przyczynach kryzysu gospodarczego i o systemie politycznym w Polsce, ale w generalnym odbiorze nie wzbudził jakoś swym wizerunkiem większego uznania i sympatii i jako klasyczny “antysemita” został  ukarany ostatnim miejscem. Przy okazji wypada jeszcze podkreślić charakterystyczną postawę światka telewizyjnego, który zaprezentował w rozmowach z Pawłowskim zagrywki urągające drastycznie wszelkim zasadom dziennikarskiego obiektywizmu, dobrego wychowania i zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości.

Na koniec należy wspomnieć o Janie Olszewskim, który z bliżej niewiadomych powodów wystartował kolejny raz w wyścigu do prezydenckiego fotela, a następnie wycofał się z niego pragnąc wesprzeć Krzaklewskiego, co pozostało bez większego znaczenia, gdyż szczyt jego popularności dawno już minął, a ze stojącego za nim niegdyś prężnego ruchu politycznego pozostały ledwie nędzne resztki.

W generalnym podsumowaniu całej kampanii wyborczej należy podkreślić przede wszystkim niepodzielną hegemonię telewizji. Jak można było łatwo zauważyć, do głównych jej ulubieńców zaliczali się Kwaśniewski, Olechowski i Kalinowski. To właśnie za sprawą  telewizji cała kampania wyborcza rozgrywana była na płaszczyźnie zwykłej demagogii. Rzecz znamienna, że celowali w niej przede wszystkim sami wielcy tych wyborów. Tym mniejszym uprawiać demagogię było znacznie trudniej – po prostu nie mieli po temu stosownych instrumentów. Do rzeczowej zaś dyskusji na jakikolwiek istotny temat w wielkich mediach elektronicznych nie doszło – uniemożliwiły ją skutecznie do cna zgrane sfery “dziennikarskie”. Ogromna kampania demagogiczna miała kilka dość wyraźnie różniących się odcieni. Demagogia typowo prymitywna dominowała w kampanii Krzaklewskiego, Kalinowskiego i Leppera (wiadomo: dla wsi). Nie gardził nią również Kwaśniewski, czynił to jednak w sposób dużo bardziej umiejętny i wyrachowany. Inna rzecz, że mógł sobie akurat na to pozwolić – był niekwestionowanym faworytem na długo przed wyborami, nie musiał specjalnie nikogo atakować, miał wszelkie warunki do prowadzenia kampanii przemyślanej aż do szczegółów, stonowanej i spokojnej. Wreszcie chwyty zastosowane w kampanii Olechowskiego to dobry pokaz najnowszych osiągnięć socjotechniki i psychotechniki. 

Pora na wnioski dla nas – świadomych polskich patriotów najważniejsze.

Rezultaty wyborów prezydenckich są dotkliwym ciosem dla polskiej racji narodowej. Jak już wspomniałem na wstępie,  establishment rządzący zaczął przedstawiać je niezwłocznie jako przejaw rzekomej aprobaty społecznej dla wejścia Polski do Unii Europejskiej.

W rzeczywistości nie był to jednak w żadnej mierze wynik zbiegu obiektywnych okoliczności i uwarunkowań, ale wyłącznie rezultat z góry założonego, a następnie realizowanego z największą konsekwencją i dokładnością scenariusza. Wiedząc o narastającej niechęci Polaków do Unii Europejskiej,  zadbano przede wszystkim o to, by wybór odbył się nie na głównej zasadzie aprobaty bądź sprzeciwu  wobec wejścia Polski tamże, ale raczej na zasadzie innych kryteriów programowych i personalnych. Wystarczy zwrócić uwagę na charakterystyczną prawidłowość – żaden z kandydatów prounijnych nie posługiwał się hasłem integracji jako głównym mottem. Owszem, było ono w powszechnym użyciu, ale pozostawało raczej na drugim planie.

Kompleksowemu spreparowaniu wyborów posłużyły w największym stopniu bezsprzeczne sondaże, ze znacznym wyprzedzeniem przesądzające,  kto się będzie w tych wyborach liczył, a kto nie ma żadnych szans (tak właśnie zostali zakwalifikowani wszyscy kandydaci antyunijni lub choćby tylko eurosceptyczni).

 Nasuwa się w tym miejscu zasadnicze pytanie: czy taki bieg wydarzeń był absolutnie nieuchronny? Czy umiejętnym działaniem oddolnym nie można było nim zachwiać lub choćby tylko w istotnym stopniu nań wpłynąć?

Daleki jestem od pochopnych wniosków w tej kwestii, uważam jednak, iż wynik wyborów byłby dla prawicy narodowej, i co za tym idzie –  dla Polski, dużo bardziej korzystniejszy, gdyby nie zwyciężyła po raz kolejny zasada “mniejszego zła”. Stała się ona ostatnimi czasy w Polsce prawdziwą zmorą. Nie znaczy to bynajmniej, że   we wszystkich przypadkach musi być ona politycznie  niesłuszna i nieuzasadniona. Zasadnicze rozróżnienie polega przede wszystkim na tym, czy stosujemy ją w oparciu o własną świadomą kalkulację polityczną, czy też jest to scenariusz podsuwany nam przez obóz przeciwny.

W naszych polskich warunkach można jednoznacznie mówić o tym drugim wariancie. W największym skrócie przejawia   się on  w tym, że  rządzący establishment sprytnie podsuwa elektoratowi narodowo-katolickiemu swego zakamuflowanego przedstawiciela, który w danym czasie jest najbardziej do przyjęcia w tej części społeczeństwa, zaś głównym celem tych manewrów jest niedopuszczenie do wykrystalizowania się jakiejkolwiek autentycznej silnej opozycji.

Niezależnie od naiwnych rachub i kalkulacji mas społecznych manipulacja zasadą “mniejszego zła” odbywa się zawsze dla potrzeb zakulisowych ośrodków władzy i tylko im przynosi korzyści, tak doraźne,  jak i długofalowe. Wystarczy przypomnieć kampanię Wałęsy w wyborach prezydenckich pięć lat temu. W tegorocznych wyborach scenariusz ten dokładnie powtórzył się, tyle że jego głównym aktorem był Marian Krzaklewski. W jednym i drugim wypadku nie odnieśliśmy z tego żadnych korzyści – kontrowersyjni kandydaci przepadli, doprowadzając zarazem do zablokowania rozwojowych inicjatyw politycznych.

Gdybyśmy głosowali od początku według sumienia i świadomego politycznego wyboru, przegralibyśmy być może doszczętnie jedne czy drugie wybory, ale w dłuższej perspektywie pojawiłaby się realna szansa uporządkowania sceny politycznej i wykształcenia autentycznie polskiego przedstawicielstwa politycznego. Powinniśmy wyciągnąć z tego bardzo konkretne wnioski. Jeśli przyjmujemy narzucony nam przez stronę przeciwną scenariusz walki politycznej, jesteśmy z góry przegrani,  choćby w międzyczasie wydawało się nam, że jest inaczej. Tradycyjny podział lewica – prawica jest korzystny nie dla nas, ale wyłącznie dla grupy rządzącej i tylko z tego względu jest podtrzymywany. Jeśli go konserwujemy,  działamy automatycznie na własną niekorzyść. Jedynym podziałem nas obchodzącym powinien być podział na zwolenników i obrońców niepodległego państwa polskiego i obóz Targowicy. Zamiast popierać z wielkimi oporami wewnętrznymi kandydata koncesjonowanej kosmopolitycznej prawicy, należało postawić na tego z kandydatów, który głosił program jednoznacznie narodowy i antyunijny.

 
Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW