ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Jerzy Podbielski

Polityka i Strategia

Konstytucyjność ustawy uwłaszczeniowej

NPW 9-10, 2000

 
Prezydent Rzeczypospolitej zobowiązany konstytucjonalnie:

a)
do podpisania ustawy (art. 122.2),

b)
do czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji (126.2),

c)
do zachowania konstytucyjnych form działania (126.3)

może sprzeciwić się ustawie w dwojaki sposób:

1.
Wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zgodności ustawy z Konstytucją (122.3); jeżeli TK stwierdzi sprzeczność, wtedy i tylko wtedy Prezydent odmawia  podpisania ustawy (122.4);

2.
Przed podpisaniem  ustawy (nie mylić z odmową podpisu) może wystąpić do Sejmu o ponowne jej rozpatrzenie (122.5), w miejsce kontrasygnaty (podpisu) Premiera, bez której wniosek jest nieważny.

Wystąpienie do TK nie powinno niepokoić, bo normalny obywatel pragnie zgodności ustaw z Konstytucją, albowiem,  mimo swych zasadniczych błędów, pogłębionych błędami wykładni, Konstytucja uruchamia praworządność, bez której niemożliwa jest suwerenność narodu w jego państwie. Prawo do praworządności i organów państwowych jest podstawową wolnością człowieka i obywatela, choć nie wyeksponowaną w Konstytucji. Natomiast  w wypadku wystąpienia Prezydenta do TK nie wolno Sejmu zostawiać sam na sam z zadaniem obrony ustawy przed Trybunałem, bo właśnie Wysokiej Izbie brak refleksyjnej znajomości Konstytucji. Czemu nie można się dziwić, gdyż kandydaci do sejmowych foteli owszem, zdają egzaminy z popularności i elokwencji, ale nie ze znajomości Konstytucji.

Gdybyśmy byli państwem praworządnym, nie niepokoiłaby perspektywa wniosku do Sejmu, zwanego w żargonie wetem. Weto bowiem kontrasygnowałby Premier (144.2) i on byłby za nie odpowiedzialny. Premier zaś wie, że nie ma ani kwalifikacji, ani kompetencji, ani warsztatu sędziów Trybunału, nie wszedłby więc do takiej pułapki i nie narażałby na to Sejmu. Prezydent musiałby wystąpić do Trybunału. Natomiast niepokój budzi fakt, że Marszałek Sejmu może przyjąć i nadać bieg wnioskowi bez kontrasygnaty, co już uczynił w sprawie prokuratorii i w obronie pornobiznesu.

Niepokój ten jest uzasadniony sposobem załatwienia pornoweta przez Marszałka i Sejm. Prezydent zgłosił zarzut, że pornobiznes ma ochronę Konstytucji. Nie wiadomo, czy blefował czy dał popis nieznajomości aksjologii Konstytucji, ale to nie miało znaczenia, bo Sejm debatując i głosując nad nieważnym wnioskiem, kwestię konstytucjonalności całkowicie pominął. Temat wyraźnie przerósł Wysoką Izbę, debata biegła torem politycznym, tak jakby ustawa nie była już przedebatowana i przegłosowana. W razie niekontrasygnowanego zawetowania ustawy uwłaszczeniowej również nie przesądziłaby zgodność czy niezgodność z Konstytucją, lecz parlamentarna arytmetyka adwersarzy i obrońców komunistycznych stosunków własnościowych w Polsce. De iure powtórne głosowanie byłoby nieważne i ustawa czekałaby na obowiązkowy podpis Prezydenta, choćby i następnej kadencji – ale tylko
de iure.

Wróćmy jednak na grunt Konstytucji. Otóż jej zasadniczy przepis o uwłaszczeniu mówi tak:

Art. 75.1.
Władze publiczne prowadzą politykę sprzyjającą zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli, w szczególności przeciwdziałają bezdomności, wspierają rozwój budownictwa socjalnego oraz popierają działania obywateli zmierzające do uzyskania własnego mieszkania.

Przepis ten realizuje dyrektywę zawartą w preambule: 

... my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej ... nawiązując do najlepszych tradycji I i II Rzeczypospolitej ... ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa...

Najlepszą tradycją Drugiej Rzeczypospolitej w kwestii mieszkaniowej była konsumpcyjna własność domów: indywidualna domu jednomieszkaniowego i zbiorowa mieszkańców domu wielomieszkaniowego. Tej tradycji odpowiada, acz nieudolnie, dzisiejsza koncepcja wspólnot mieszkaniowych, odbiegająca od gigantyzmu spółdzielni mieszkaniowych i komunalnych przedsiębiorstw kamienicznych. Przepis artykułu 75 Konstytucji sprawił, że władze publiczne nie mogą realizować komunistycznej polityki zaopatrzenia ludności w mieszkania, lecz mają sprzyjać, przeciwdziałać, wspierać, popierać. W tym jest konstytucyjna zasada pomocniczości, obowiązująca władze publiczne bez względu na światopogląd i stosunek do PRL.

Powstaje tedy pytanie, w świetle Konstytucji retoryczne: Co zrobić z państwowym zasobem mieszkań pozostałym po komunistycznej ideologii zaopatrzenia? Kosmopolityzm w Polsce ma gotową odpowiedź: sprzedać na przetargach  wraz „z lokatorami” Niemcom, Holendrom, Koreańczykom... Ustawa ma jednak charakter aktu wykonawczego Konstytucji, dając każdemu lokatorowi roszczenie o własność,  „popiera działania obywateli zmierzające do uzyskania własnego mieszkania”. Ta wierność Konstytucji (czyli woli Narodu) sprzęga się z protestami „sprzedanych lokatorów”, w których  wyraża się  narodowy osąd, że taka sprzedaż sprzeczna  jest  z konstytucyjną zasadą sprawiedliwości, zapisaną w artykule 2.

Narodowe bezpieczeństwo mieszkaniowe wymaga uwłaszczenia „lokatorów” szybkiego i skutecznego, zatem na warunkach finansowych nie przeszkadzających tym wymogom. W Zielonej Górze w ciągu 10 lat Trzeciej Rzeczypospolitej zakwalifikowano do rozbiórki niespełna 100 budynków,  a wybudowano w trybie socjalistycznym... jeden. Taka szybkość nie wygra wyścigu z niepowstrzymaną dekapitalizacją techniczną domów w warunkach własności publicznej. Nieuchronność takiej dekapitalizacji, która w Kijowie osiągnęła już  rozmiar katastrofy, nie jest typowo socjalistyczna. Już w 1415 r. Paweł Włodkowic na Soborze w Konstancji odwoływał się do doktryny papieża Innocentego IV, iż „naturale est res commune negligi” (to jest naturalne, że  rzeczy wspólne są zaniedbywane, Saevientibus: o władzy cesarza). Kiedy kamienica ma 40 mln właścicieli, bo tylu obywateli liczy Rzeczypospolita, wtedy własność jest utopijna, realnym właścicielem jest państwowa biurokracja, a gospodarność fikcyjna. Już to jest pewnikiem, że socjalizm w Polsce był wielkim budowniczym i dennym gospodarzem tego, co zbudował. Natomiast doświadczenie o tyle koryguje myślicieli z XIII w., że wspólnota właścicieli mieszkańców jednego budynku jest zdolna do gospodarności – i jednocześnie ludzka potrzeba mieszkania nie oddaje na pastwę rynku. Utrzymywanie przez państwo „własności” niezdolnej do gospodarności grozi narodową katastrofą – oto całe uzasadnienie artykułu 75 Konstytucji, obowiązującego władze Rzeczypospolitej bez względu na stosunek do komunizmu,

Jeśli zaś chodzi o mieszkania spółdzielcze i ogródki działkowe, to podobnie jak z mieszkaniami państwowymi, każdy ma tu prawo do „po równo”, choć nie każdy „przy Marszałkowskiej”. Każdemu „przy Marszałkowskiej” jest niemożliwe, a Konstytucja nie nakłada na władze publiczne obowiązków niemożliwych do wykonania. „Mieszkania przeliczeniowe” kłóciłyby się z Konstytucją, bo art. 75 mówi o mieszkaniach fizycznych i takie mają być w miarę możliwości przewłaszczone. Zresztą nie objawiły się w Polsce obywatelskie żądania innych mieszkań niż posiadane.

Prezydent zapewne podniesie zarzut SLD, że ustawa narusza gminne prawo własności, gwarantowane art. 21 w brzmieniu”:

Art. 21.1.  Rzeczpospolita chroni własność i prawo dziedziczenia.

Wywłaszczenie jest dopuszczalne jedynie wówczas, gdy jest dokonywane na celu publiczne i za słusznym odszkodowaniem.

Rozminęłoby się to jednak z definicją gminy mającą uzasadnienie w Konstytucji, oraz z konstytucyjnym pojęciem własności komunalnej (gminnej). Konstytucja bowiem w tych kwestiach stanowi, co następuje:

Rozdział II: Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela.

Art. 30 Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna,  a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.

Art. 64.1. Każdy ma prawo do własności, innych praw majątkowych oraz prawo dziedziczenia.

Rozdział VII. Samorząd terytorialny.

Art. 168. Samorząd terytorialny wykonuje zadania publiczne nie zastrzeżone przez Konstytucję lub ustawy dla organów innych władz publicznych.

Art. 164.1. Podstawową jednostką samorządu terytorialnego jest gmina.

Art.  165.1. Jednostki samorządu terytorialnego mają osobowość prawną. Przysługują im prawo własności i inne prawa majątkowe.

Dla pełni obrazu przytoczmy przepisy kodeksu cywilnego o osobowości prawnej:

Art. 33. Osobami prawnymi są Skarb Państwa i jednostki organizacyjne, którym przepisy szczególne przyznają osobowość prawną.

Art. 37.1. Jednostka organizacyjna uzyskuje osobowość prawną z chwilą jej wpisu do właściwego rejestru, chyba że przepisy szczególne stanowią inaczej.

Gmina, jak widać, nie jest „człowiekiem i obywatelem”, którego prawo do własności, płynące z głębin człowieczeństwa, jest dla państwa faktem zastanym i zadanym do poszanowania i ochrony. Nie jest również wspólnotą obywateli, ze zbiorowym prawem do własności, chronionym na równi z indywidualnym przez art. 64 Konstytucji. Jest jedną z władz publicznych, państwowych, bo utworzonych w akcie konstytuującym państwo. W sensie majątkowym gmina jest państwową jednostką organizacyjną tego samego typu co Skarb Państwa – czyli majątkiem wyodrębnionym do określonych celów i powierzonym osobie (osobom), wyposażonej w potrzebne kompetencje. Osobowości cywilnej państwo gminie nie  u z n a j e,  lecz  p r z y z n a j e  – nazywa się to osobowością prawną. Gminie przyznaje tę osobowość przepis szczególny Konstytucji. Własność gminy, identycznie jak Skarbu Państwa czy innej państwowej jednostki organizacyjnej, jest w istocie kompetencją rady gminy, zarządu, z własnością państwa, czyli wszystkich obywateli Rzeczypospolitej. Dlatego ustawa o gospodarowaniu nieruchomościami wyznacza po właścicielsku Skarbowi Państwa i gminom reguły gospodarowania, czyniąc rady administratorami komunalnego majątku ogólnonarodowego. Dlatego gmina nie działa na podstawie statutu, lecz ustaw.

Tak więc gmina identycznie jak Skarb Państwa może występować w swoich stosunkach cywilnych  j a k  właściciel,  a nie  j a k o  właściciel, a wobec państwa, reprezentowanego przez Sejm, nie ma żadnych praw. Dzieło względem swego wytwórcy nigdy nie ma praw. Przepis art. 21 Konstytucji rozumie się w taki sposób, że Rzeczpospolita chroni i szanuje ogólną własność Narodu rozpisaną między różne jednostki organizacyjne państwa. Wyprzedaży cudzoziemcom środków trwałych polskiego majątku narodowego zabrania właśnie ten przepis i można przewidywać, że na podstawie właśnie tego artykułu Konstytucji politycy-sprzedawcy będą sądzeni przez Trybunał Stanu. Natomiast przewłaszczanie majątku kolektywnie narodowego do prywatnych rąk obywateli zmienia kształt własności narodowej, udoskonala go, a nie niszczy własności.

Wiem, że wywód ten jest trudny, może zbyt trudny dla obywatela bez profesjonalnej wiedzy o państwie i prawie. Wiem, że praworządność jest sztuką zniszczoną przez PRL.  Jest to chyba największe zniszczenie, które zostawił po sobie w Polsce Kreml. Dlatego się boję weta bez kontrasygnaty.

Bez kontrasygnaty

Naród wybierający władzę  niezdatną do przestrzegania konstytucji jest niezdolny do niepodległego państwa i własnej w nim suwerenność

Moja diagnoza przyczyn sukcesu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego  byłaby dyletancka, natomiast katastrofa ustawy uwłaszczeniowej, dekomunizującej stosunki ziemskie w Polsce, jest faktem prawnym, przeto w kontekście demokratycznej i niekomunistycznej Konstytucji III Rzeczypospolitej nie powinna prawnikowi nastręczać trudności. Konstytucja mówi wręcz, kto i jak ma to naprawić. Lecz Polacy umieją czytać, ale nie potrafią rozumieć tego, co czytają. To dlatego Aleksander Kwaśniewski przy pomocy swego znakomitego erystyka łamie Konstytucję na oczach Sejmu, mimo że Konstytucja dla posła jest tym, czym dla urzędnika kodeks postępowania administracyjnego: nieumiejętność biegłego stosowania dyskwalifikuje.

Według niedomokratycznej konstytucji z 1935 r. prezydent był zwierzchnikiem wszystkich organów państwowych, także Sejmu (3/35), był swego rodzaju Trzecią Izbą Parlamentu, ponieważ projekt ustawy dopiero wtedy stawał się ustawą, gdy on go podpisał: mógł więc cofnąć projekt – podkreślam: projekt a nie ustawę, jak dziś – „z każdego powodu” do ponownego rozpatrzenia. Jednakże cofnięcie wymagało podpisu prezesa Rady Ministrów i odpowiedniego ministra, co się w żargonie nazywa kontrasygnatą premiera. Ten wgląd do historii jest nam potrzebny, ponieważ ... Aleksander Kwaśniewski obala ustawy posługując się mechanizmem tamtej konstytucji. A to jest bardzo niebezpieczne dla demokracji, bowiem tędy powoli się wchodzi na pozycję supremacji nad sprawującymi ustawodawczą władzę Narodu, co normalnie wiedzie do eliminacji Narodu jako podmiotu swej władzy nad sobą. Jest to pozycja PZPR w konstytucji z 1976 r. Tolerancja dla wyłamywania się prezydenta z granic jego kompetencji prowadzi do tego, że „władza zwierzchnia Narodu” (4) staje się dumnym pustosłowiem.

Dlatego poruszam tę kwestię szerzej, ponieważ Aleksander Kwaśniewski podczas sejmowej debaty nad jego wnioskiem przeciw ustawie o prokuratorii powiedział tekstem otwartym (stenogram z dnia 3 marca 1999 r., s. 112): 

[...] Prezydent może żądać ponownego rozpatrzenia ustawy z każdego powodu [...] Prezydent dysponuje tu swobodą uznania. Tak po prostu jest i taki pogląd przeważa...

Argument z przewagi poglądów jest znanym chwytem erystycznym, już Kopernik i Galileusz przegrywali z przeważającymi poglądami – z jednak nie znalazła się wśród niespełna pół tysiąca poselstwa ani jedna osoba odporna na taki chwyt. Czy dlatego, że prezydent może wystawić „do boju” wytrawnego prawnika na swojej służbie a posłom nie wolno?

Obecnie władza nad Narodem należy wyłącznie do Narodu (4) a prezydent jest sprawującym tę władzę w jej wykonawczym segmencie i nie służy mu zwierzchnictwo nad parlamentem, lecz obowiązuje system równowagi (10). Akty urzędowe prezydenta Konstytucja nazywa dosłownie kompetencjami (144), które są wszak z mocy definicji określone i zakreślone. Prezydent jest więc organem państwowym (publicznym) Narodu (2/21), a takie organy działają „na podstawie i w granicach prawa” (7). Tym bardziej prezydent wykonuje swoje zadania „w zakresie i na zasadach” określonych w Konstytucji i ustawach (126.3). To znaczy, że Konstytucja reglamentuje działania prezydenta merytorycznie („w zakresie”) i proceduralnie („na zasadach”).

Kompetencje merytoryczne w stosunkach krajowych, w tym w relacji z ustawodawcą określa i zakreśla artykuł 126.2 Konstytucji:

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i integralności jego terytorium.

Artykuł 144. kreśli dodatkową granicę kompetencji:

Artykuł 144.1.
Prezydent Rzeczypospolitej, korzystając ze swoich konstytucyjnych i ustawowych kompetencji, wydaje akty urzędowe.

2. Akty urzędowe Prezydenta Rzeczypospolitej wymagają dla swej ważności podpisu Prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem.

Ten sam artykuł w ustępie 3 wymienia akty prezydenta zwolnione od wymogu tej  kontrasygnaty, w tym dwa wnioski od Sejmu. Ten przepis wyjaśnia, co to znaczy „akt urzędowy” i jednocześnie zawiera listę wyjątków potwierdzających zasadę.

Tak więc prezydentura nie jest służbą operacyjną lecz interwencyjną, a interwencja może nastąpić tylko w obronie wartości powierzonych czujności i straży prezydenta („w zakresie”) oraz w sposób określony w Konstytucji („na zasadach”). Wartości te nie są polityczne lecz patriotyczne, bo decydują o egzystencji państwa warunkującej wszelaką politykę. Dlatego prezydentowi nie wolno reprezentować programów politycznych oraz ideologii, nie wolno wchodzić w polityczne spory i układy. Od prezydenta, który w stosunkach międzynarodowych ma być zwierciadłem godności Narodu, oczekuje się tej eleganckiej powściągliwości, która buduje szacunek. Tymczasem zachłanność na władzę budzi niesmak. Dziś prezydent nie może być Trzecią Izbą Parlamentu, natomiast musi doskonale znać, uznawać i wyznawać Konstytucję wraz z jej aksjologicznym kontekstem, wyrażonym słowami preambuły:

„...
my. Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary a te (te same! – J.P.) uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł [...] ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej...

Prezydent musi uznawać i wyznawać te wartości, których jedynym znakiem identyfikacyjnym wymienionym w Konstytucji jest Bóg. W tych wartościach mieści się praworządność czyli zwyczajna uczciwość służb państwowych wobec ich pracodawcy Narodu. Przestrzeganie Konstytucji jest jedną z form praworządności.

Formy prezydenckiej straży i czuwania w stosunkach z ustawodawcą określa i zakreśla artykuł 122 Konstytucji:

Art. 122.1.
Po zakończeniu postępowania określonego w art. 121 Marszałek Sejmu przedstawia uchwaloną ustawę do podpisu Prezydentowi Rzeczypospolitej.

2. Prezydent Rzeczypospolitej podpisuje ustawę w ciągu 21 dni od dnia przedstawienia i zarządza jej ogłoszenie w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej.

3. Przed podpisaniem ustawy Prezydent Rzeczypospolitej może wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie zgodności ustawy z Konstytucją. Prezydent Rzeczypospolitej nie może odmówić podpisania ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodną z Konstytucją.

4. Prezydent Rzeczypospolitej odmawia podpisania ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodną z Konstytucją. Jeżeli jednak niezgodność z Konstytucją dotyczy poszczególnych przepisów ustawy, a Trybunał Konstytucyjny nie orzeknie, że są one nierozerwalnie związane z całą  ustawą. Prezydent Rzeczypospolitej po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu, podpisuje ustawę z pominięciem przepisów uznanych za niezgodne z Konstytucją, albo zwraca ustawę Sejmowi w celu usunięcia niezgodności.

5. Jeżeli Prezydent Rzeczypospolitej nie wystąpił z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego w trybie ust. 3, może z umotywowanym wnioskiem przekazać ustawę Sejmowi do ponownego rozpatrzenia. Po ponownym uchwaleniu ustawy przez Sejm większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów Prezydent Rzeczypospolitej w ciągu 7 dni podpisuje ustawę i zarządza jej ogłoszenie w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej. W razie ponownego uchwalenia ustawy przez Sejm Prezydentowi Rzeczypospolitej nie przysługuje prawo wystąpienia do Trybunału Konstytucyjnego  w trybie ust. 3

6. Wystąpienie Prezydenta  Rzeczypospolitej Polskiej do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie  zgodności ustawy z Konstytucją lub z wnioskiem do Sejmu o ponowne rozpatrzenie ustawy wstrzymuje bieg, określonego z ust. 2 terminu do podpisania ustawy.

O tych przepisach trzeba powiedzieć, że czynności z ustępów 2-4 są zwolnione od wymogu podpisu Prezesa Rady Ministrów (art. 144 ust. 3 pkt. 6 i 9),  a wniosek do Sejmu (122.5) nie jest zwolniony.

Mając już uporządkowaną wiedzę o kompetencjach prezydenta w stosunkach z ustawodawczym segmentem władzy Narodu zbadajmy antyuwłaszczeniowy wniosek z  11 września 2000 r. (załącznik do druku sejmowego nr 2201). Jego sentencja brzmi:

Na podstawie art. 122 ust. 5 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. (Dz.U. nr 78, poz. 483) 

odmawiam podpisania ustawy z dnia 8 września 2000 r. o zasadach realizacji programu powszechnego uwłaszczenia obywateli Rzeczypospolitej Polskiej oraz

wnoszę o ponowne jej rozpatrzenie.

Dalej następuje 16-stronicowa motywacja i podpis Aleksandra Kwaśniewskiego.

Wada prawna pierwsza. Odmowa podpisania ustawy na podstawie artykułu 122.5 jest niedopuszczalna, ponieważ ten przepis nie mówi o odmowie podpisu, lecz każe ustawę podpisać. Próba „podciągnięcia” odmowy pod art. 122.4  też nie może się udać, bowiem ten przepis przewiduje odmowę podpisania tylko wtedy, gdy Trybunał Konstytucyjny stwierdzić, sprzeczność ustawy z Konstytucją. Odmawiając podpisu prezydent naruszył art. 126.3 Konstytucji.

Wada prawna druga. Wniosek o ponowne rozpatrzenie trafnie odwołuje się do art. 122.5, ale go nie podpisał Premier. Jest więc nieważny i nie ma osoby odpowiedzialnej za niego (144.2.).

Zarzut nieważności aktu urzędowego Prezydenta Rzeczypospolitej z tak prymitywnego powodu, jak brak kontrasygnaty, podnoszę z drżeniem serca. Primo jest to zarzut dramatyczny, secundo czy nie popełniłem błędu czytając wielokrotnie Konstytucję?

Zgłosiłem moje spostrzeżenie posłom ZChN, a więc klubowi AWS – jak w studnię. Stowarzyszenie „Rodzina Polska” sygnalizowało taki brak Marszałkowi Sejmu przy wniosku w obronie  pornobiznesu – jak w studnię. Podczas debaty 3 marca 1999 r. nad wnioskiem przeciw prokuratorii posłanka Anna Sobecka mówiła:

[...] Opiniowany wniosek prezydenta jest nieważny z powodu braku kontrasygnaty premiera ...(stenogram, s. 107).

W związku z tym poseł Jerzy Jaskiernia pytał marszałka o to, co poseł musi wiedzieć bez pytań (stenogram, s. 110):

... pani poseł Sobecka wystąpiła z tej trybuny z bezprecedensowym zarzutem, sugerując, że akt pana prezydenta, który rozpatrujemy, jest nieważny, a więc jest sugestia bezprawnego działania prezydenta Rzeczypospolitej. Co więcej, ten zarzut ma również adres do naszej Izby, bo jeśli byłoby prawdą, że ten akt jest bezprawny, to i nasza dyskusja jest bezprawna. Dyskutowanie nad bezprawnym aktem jest w istocie również działaniem bezprawnym. Chciałbym zapytać, jaki jest stosunek pana marszałka do tego zarzutu i jak zamierza dalej procedować wobec tego bardzo poważnego wydarzenia, które tu miało miejsce? (Oklaski).

Gdyby  przewodniczący wicemarszałek był rzeczywiście zaskoczony, zarządziłby przerwę. Lecz on jak najpoważniej odrzekł

... treść wypowiadana przez posłów w imieniu klubów i kół ma wpływ na głosowanie w Wysokiej Izbie, a nie na procedowanie czy przewodniczenie obradom przez marszałka . (Oklaski).

Odpowiedź jest nie tylko niedorzeczna,  lecz nawet trąci arogancją, ponieważ poważny wkład posłów do nieważnej debaty, zakończonej nieważnym głosowaniem nie tylko wiedzie na proceduralne manowce, lecz także szkodzi godności Sejmu, powierzonej straży Marszałka (art. 11 Regulaminu Sejmu).

Zaś poseł Marek Markiewicz retorycznie pytał (s. 112):

... czy procedujemy tu w oparciu o podręczniki czy o konstytucję. (Oklaski), czy tworzymy praktykę w Sejmie, której współtwórcą jest marszałek Izby i wszyscy posłowie...

W takiej sytuacji Prezydent ustami swego sekretarza zastosował argumentum ad personam suam (stenogram, s. 112).

... Co do wypowiedzi pani poseł Anny Sobeckiej... mogą polecić tylko pani poseł pismo pana prezydenta z dnia 27 stycznia 1999 r. – bo najprawdopodobniej wypowiadając się nie brała go pod uwagę – skierowane do marszałka Sejmu Rzeczypospolitej Macieja Płażyńskiego. Z tego pisma jasno wynika, że to, co powiedziała pani poseł, po prostu nie ma żadnego oparcia w prawie ...

Była to właściwie odpowiedź przez milczenie, bo tempo procedury sejmowej nie pozwalało ani dotrzeć do tej nieznanej korespondencji, ani zrobić z lektury użytku.

Na podstawie tych faktów oraz art. 144 i 122 Konstytucji ważę się mówić, że wszystkie wnioski Aleksandra Kwaśniewskiego nazywane swobodnie wetem, w tym przeciw prokuratorii, w obronie pornobiznesu i przeciw programowi uwłaszczenia – są nieważne z powodu braku podpisu Prezesa Rady Ministrów.  Sądzę, że premier Jerzy Buzek nie konstrasygnowałby wniosku przeciw ustawie uwłaszczeniowej, bowiem rząd jest jej współtwórcą. Wszystkie zarzuty przeciw tej ustawie, zarówno te legalne, w granicach straży i czuwania, jak i te poza zakresem art. 126.2 Prezydent kieruje również przeciw Radzie Ministrów.

Z mojego punktu widzenia szeregowego obywatela postępowanie Marszałka i Wicemarszałka posiada cechy systemowego bojkotu konstytucyjnych reżimów. Nie zaskoczyłaby mnie trafność takiego samego zarzutu przeciw klubom parlamentarnym i partiom politycznym reprezentowanym w Sejmie – z wyjątkiem posłanki Sobeckiej i posła Marka Markiewicza, jednakże skutki prawne nie zależą od tego, co leży u podłoża działań, nieznajomość Konstytucji czy spiskowe wspieranie zdobywców władzy bez przemocy (13). Skutek jest ten, że wszystkie ustawy, które Prezydent w ten sposób „obalił”, pozostają ustawami w  brzmieniu uchwalonym pierwotnie i z powodu obstrukcji władzy wykonawczej nie mogą „wejść w życie” (88.1.). Czekają w kancelarii prezydenta na jego działania stosowne do art. 144 i 122 Konstytucji. Skutek jest również taki, że za tę całą historię nie jest odpowiedzialny Prezydent,  autor nieważnych aktów urzędowych, lecz Premier, jeżeli je podpisał, bądź Marszałek, jeśli mimo braku kontrasygnaty nadał sprawie bieg.Natomiast analfabetyzm konstytucyjny społeczeństwa i mediów sprawił, że „gniew ludu” obrócił się w fałszywym kierunku. 

Wobec „kancelaryjnej” wady wniosku analiza merytorycznych zarzutów Prezydenta traci na znaczeniu, skoro jednak najbardziej pokrzywdzona jest Konstytucja (wyraz woli Narodu!), to konstytucyjnym aspektom tych zarzutów trzeba poświęcić parę słów:

1. Prezydent zarzucił pogwałcenie art. 1, 2, 5, 64, 165 i 166 Konstytucji. Pojawiły się bezradne narzekania, że nie wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego. Zakładając jednak, że nie miał na celu zgodności z Konstytucją lecz obalenie ustawy, uznajmy, że postąpił przewidywalnie. Sędziowie Trybunału są niezawiśli, a w Sejmie Aleksander Kwaśniewski ma swoje „poparcie polityczne”, któremu również nie o Konstytucję chodzi. W Trybunale Konstytucyjnym niekonstytucyjność jednego artykułu obala tylko ten artykuł, a w Sejmie całą ustawę. No, i droga przez Trybunał nie prowadzi do zwierzchnictwa nad Parlamentem.

2. Zarzut niesprawiedliwości jest ocenny, a spór o kryteria sprawiedliwości – wieczny. Nie popadając w kwestie moralności wywłaszczenia i uwłaszczenia zaznaczmy tylko, że o tym, co jest, a co nie jest sprawiedliwe, rozstrzyga aksjologia Konstytucji. No, sam Naród. Nie Prezydent jest przedstawicielem Narodu, lecz Sejm (104), co więc Sejm uznał za sprawiedliwe, to uznał w imieniu Narodu, a Prezydentowi nie wolno przeciwstawiać własnej ideologii. Lecz Sejm nie umiał stanąć w obronie swych kompetencji.

3. Prezydent zarzucił Sejmowi obrazę „konstytucyjnej zasady określoności prawa” – a Konstytucja milczy o czymś takim.

4. Wreszcie Prezydent zalicza do źródeł prawa orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego i literaturę prawniczą, wbrew jasnemu brzmieniu art. 87 i następnych Konstytucji.

Fakty te dają niedostateczne świadectwo Aleksandrowi Kwaśniewskiemu jako strażnikowi Konstytucji, trzeba jednak znów zaznaczyć, że zarzut niekonstytucyjności był pozorem i praktycznie nie absorbował uwagi Wysokiej Izby. Posłowie z zaangażowaniem młócili słomę już wymłóconą w normalnym postępowaniu ustawodawczym.

Załóżmy jednak, że moje oskarżenie o niekonstytucyjność aktu urzędowego Prezydenta i postępowania rozpatrzeniowego jest dyskusyjne. Jednak demonstracyjna swoboda władzy wykonawczej godzi w zasadę równowagi władz (10), Marszałek więc ma obowiązek  przeciwdziałania, gdyż „stoi na straży praw i godności Sejmu”. Konstytucja dała mu następujące bronie:

1. Gdyby zwrócił wniosek Prezydentowi do uzupełnienia braku kontrasygnaty, a Prezydent twierdziłby nadal, że posiada kompetencję żądania ponownego rozpoznania ustawy bez kontrasygnaty, wtedy musiałby (mógłby) wystąpić na podstawie art. 189 Konstytucji do Trybunału Konstytucyjnego ze sporem kompetencyjnym.

2. Taki sam spór mógłby Marszałek prowokować, gdyby zarzucił, że uzasadnienie wniosku wykracza poza zakres artykułu 126.2 Konstytucji (poza kompetencję straży i czuwania).

3. Jeszcze w czasie ponownej debaty, a przed głosowaniem, Marszałek mógł wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego na podstawie art. 191 Konstytucji z pytaniem czy ustawa jest sprzeczna z Konstytucją w zakresie zarzutów Prezydenta (art. 188). Po uzyskaniu wyroku posłowie mogliby głosować bez narażenia się na żarty, że pozwalają być sędziami Trybunału nie mając ani kwalifikacji, ani kompetencji, ani potrzebnego warsztatu sędziowskiego.

Konkluzja

Co w takiej sytuacji robić? I kto?

Ustawa z dnia 8 września 2000 r. o zasadach realizacji programu powszechnego uwłaszczenia obywateli RP, objęta nieważnym wnioskiem Prezydenta o ponowne rozpatrzenie, czeka na działania Prezydenta nakazane art. 122 Konstytucji.

Marszałek Sejmu ma obowiązek oświadczyć Prezydentowi, że ponowne rozpatrzenie ustawy i głosowanie nad nią jest nieważne. Lepiej późno niż wcale. Prezydent musi, mimo upływu terminu 21 dni, albo wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie zgodności ustawy z Konstytucją (122.3), albo uzyskać kontrasygnatę i postąpić według art. 122.5, albo niezwłocznie podpisać ustawę. Za poziom sprawowania urzędu Marszałka przez Macieja Płażyńskiego odpowiedzialny jest klub AWS. Natomiast kto ma czuwać nad przestrzeganiem Konstytucji przez Prezydenta – nie wiem. Przyznaję bez emfazy, że to jest największy i najbardziej niebezpieczny dla demokracji sukces SLD, UW i Aleksandra Kwaśniewskiego.
 
Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW