Jerzy Podbielski
Polityka i Strategia
Konstytucyjność ustawy
uwłaszczeniowej
NPW 9-10,
2000
Prezydent
Rzeczypospolitej zobowiązany konstytucjonalnie:
a) do podpisania ustawy
(art. 122.2),
b) do czuwania nad
przestrzeganiem Konstytucji (126.2),
c) do zachowania
konstytucyjnych form działania (126.3)
może sprzeciwić się ustawie w dwojaki sposób:
1. Wystąpić
do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zgodności ustawy z Konstytucją
(122.3); jeżeli TK stwierdzi sprzeczność, wtedy i tylko wtedy Prezydent
odmawia podpisania ustawy (122.4);
2.
Przed podpisaniem ustawy
(nie mylić z odmową podpisu) może wystąpić do Sejmu o ponowne jej
rozpatrzenie (122.5), w miejsce kontrasygnaty (podpisu) Premiera, bez
której wniosek jest nieważny.
Wystąpienie do TK nie powinno niepokoić, bo normalny obywatel pragnie
zgodności ustaw z Konstytucją, albowiem, mimo
swych zasadniczych błędów, pogłębionych błędami wykładni, Konstytucja
uruchamia praworządność, bez której niemożliwa jest suwerenność narodu
w jego państwie. Prawo do praworządności i organów państwowych jest
podstawową wolnością człowieka i obywatela, choć nie wyeksponowaną w
Konstytucji. Natomiast w
wypadku wystąpienia Prezydenta do TK nie wolno Sejmu zostawiać sam na
sam z zadaniem obrony ustawy przed Trybunałem, bo właśnie Wysokiej
Izbie brak refleksyjnej znajomości Konstytucji. Czemu nie można się
dziwić, gdyż kandydaci do sejmowych foteli owszem, zdają egzaminy z
popularności i elokwencji, ale nie ze znajomości Konstytucji.
Gdybyśmy byli państwem praworządnym, nie niepokoiłaby perspektywa
wniosku do Sejmu, zwanego w żargonie wetem. Weto bowiem
kontrasygnowałby Premier (144.2) i on byłby za nie odpowiedzialny.
Premier zaś wie, że nie ma ani kwalifikacji, ani kompetencji, ani
warsztatu sędziów Trybunału, nie wszedłby więc do takiej pułapki i nie
narażałby na to Sejmu. Prezydent musiałby wystąpić do Trybunału.
Natomiast niepokój budzi fakt, że Marszałek Sejmu może przyjąć i nadać
bieg wnioskowi bez kontrasygnaty, co już uczynił w sprawie prokuratorii
i w obronie pornobiznesu.
Niepokój ten jest uzasadniony sposobem załatwienia pornoweta przez
Marszałka i Sejm. Prezydent zgłosił zarzut, że pornobiznes ma ochronę
Konstytucji. Nie wiadomo, czy blefował czy dał popis nieznajomości
aksjologii Konstytucji, ale to nie miało znaczenia, bo Sejm debatując i
głosując nad nieważnym wnioskiem, kwestię konstytucjonalności
całkowicie pominął. Temat wyraźnie przerósł Wysoką Izbę, debata biegła
torem politycznym, tak jakby ustawa nie była już przedebatowana i
przegłosowana. W razie niekontrasygnowanego zawetowania ustawy
uwłaszczeniowej również nie przesądziłaby zgodność czy niezgodność z
Konstytucją, lecz parlamentarna arytmetyka adwersarzy i obrońców
komunistycznych stosunków własnościowych w Polsce. De iure
powtórne głosowanie byłoby nieważne i ustawa czekałaby na obowiązkowy
podpis Prezydenta, choćby i następnej kadencji – ale tylko
de iure.
Wróćmy jednak na grunt Konstytucji.
Otóż jej zasadniczy przepis o uwłaszczeniu mówi tak:
Art. 75.1.
Władze publiczne prowadzą politykę sprzyjającą zaspokojeniu potrzeb
mieszkaniowych obywateli, w szczególności przeciwdziałają bezdomności,
wspierają rozwój budownictwa socjalnego oraz popierają działania
obywateli zmierzające do uzyskania własnego mieszkania.
Przepis ten realizuje dyrektywę zawartą
w preambule:
...
my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej ... nawiązując do
najlepszych tradycji I i II Rzeczypospolitej ... ustanawiamy
Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla
państwa...
Najlepszą
tradycją Drugiej Rzeczypospolitej w kwestii mieszkaniowej była
konsumpcyjna własność domów: indywidualna domu jednomieszkaniowego i
zbiorowa mieszkańców domu wielomieszkaniowego. Tej tradycji odpowiada,
acz nieudolnie, dzisiejsza koncepcja wspólnot mieszkaniowych,
odbiegająca od gigantyzmu spółdzielni mieszkaniowych i komunalnych
przedsiębiorstw kamienicznych. Przepis artykułu 75 Konstytucji sprawił,
że władze publiczne nie mogą realizować komunistycznej polityki
zaopatrzenia ludności w mieszkania, lecz mają sprzyjać, przeciwdziałać,
wspierać, popierać. W tym jest konstytucyjna zasada pomocniczości,
obowiązująca władze publiczne bez względu na światopogląd i stosunek do
PRL.
Powstaje tedy pytanie, w świetle Konstytucji retoryczne: Co zrobić z
państwowym zasobem mieszkań pozostałym po komunistycznej ideologii
zaopatrzenia? Kosmopolityzm w Polsce ma gotową odpowiedź: sprzedać na
przetargach wraz
„z lokatorami” Niemcom, Holendrom, Koreańczykom... Ustawa ma jednak
charakter aktu wykonawczego Konstytucji, dając każdemu lokatorowi
roszczenie o własność, „popiera działania
obywateli zmierzające do uzyskania własnego mieszkania”. Ta wierność
Konstytucji (czyli woli Narodu) sprzęga się z protestami „sprzedanych
lokatorów”, w których wyraża się narodowy osąd, że taka sprzedaż sprzeczna jest z
konstytucyjną zasadą sprawiedliwości, zapisaną w artykule 2.
Narodowe bezpieczeństwo mieszkaniowe wymaga uwłaszczenia „lokatorów”
szybkiego i skutecznego, zatem na warunkach finansowych nie
przeszkadzających tym wymogom. W Zielonej Górze w ciągu 10 lat Trzeciej
Rzeczypospolitej zakwalifikowano do rozbiórki niespełna 100 budynków, a
wybudowano w trybie socjalistycznym... jeden. Taka szybkość nie wygra
wyścigu z niepowstrzymaną dekapitalizacją techniczną domów w warunkach
własności publicznej. Nieuchronność takiej dekapitalizacji, która w
Kijowie osiągnęła już rozmiar katastrofy,
nie
jest typowo socjalistyczna. Już w 1415 r. Paweł Włodkowic na Soborze w
Konstancji odwoływał się do doktryny papieża Innocentego IV, iż
„naturale est res commune negligi” (to jest naturalne, że
rzeczy
wspólne są zaniedbywane, Saevientibus: o władzy cesarza). Kiedy
kamienica ma 40 mln właścicieli, bo tylu obywateli liczy
Rzeczypospolita, wtedy własność jest utopijna, realnym właścicielem
jest państwowa biurokracja, a gospodarność fikcyjna. Już to jest
pewnikiem, że socjalizm w Polsce był wielkim budowniczym i dennym
gospodarzem tego, co zbudował. Natomiast doświadczenie o tyle koryguje
myślicieli z XIII w., że wspólnota właścicieli mieszkańców jednego
budynku jest zdolna do gospodarności – i jednocześnie ludzka potrzeba
mieszkania nie oddaje na pastwę rynku. Utrzymywanie przez państwo
„własności” niezdolnej do gospodarności grozi narodową katastrofą – oto
całe uzasadnienie artykułu 75 Konstytucji, obowiązującego władze
Rzeczypospolitej bez względu na stosunek do komunizmu,
Jeśli zaś chodzi o mieszkania spółdzielcze i ogródki działkowe, to
podobnie jak z mieszkaniami państwowymi, każdy ma tu prawo do „po
równo”, choć nie każdy „przy Marszałkowskiej”. Każdemu „przy
Marszałkowskiej” jest niemożliwe, a Konstytucja nie nakłada na władze
publiczne obowiązków niemożliwych do wykonania. „Mieszkania
przeliczeniowe” kłóciłyby się z Konstytucją, bo art. 75 mówi o
mieszkaniach fizycznych i takie mają być w miarę możliwości
przewłaszczone. Zresztą nie objawiły się w Polsce obywatelskie żądania
innych mieszkań niż posiadane.
Prezydent
zapewne podniesie zarzut SLD, że ustawa narusza gminne prawo własności,
gwarantowane art. 21 w brzmieniu”:
Art.
21.1. Rzeczpospolita chroni własność i
prawo dziedziczenia.
Wywłaszczenie
jest dopuszczalne jedynie wówczas, gdy jest dokonywane na celu
publiczne i za słusznym odszkodowaniem.
Rozminęłoby
się to jednak z definicją gminy mającą uzasadnienie w Konstytucji, oraz
z konstytucyjnym pojęciem własności komunalnej (gminnej). Konstytucja
bowiem w tych kwestiach stanowi, co następuje:
Rozdział
II: Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela.
Art. 30 Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło
wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem
władz publicznych.
Art. 64.1. Każdy ma prawo do własności, innych praw
majątkowych oraz prawo dziedziczenia.
Rozdział VII. Samorząd terytorialny.
Art.
168. Samorząd terytorialny wykonuje zadania publiczne nie zastrzeżone
przez Konstytucję lub ustawy dla organów innych władz publicznych.
Art.
164.1. Podstawową jednostką samorządu terytorialnego jest gmina.
Art. 165.1. Jednostki samorządu
terytorialnego mają osobowość prawną. Przysługują im prawo własności i
inne prawa majątkowe.
Dla
pełni obrazu przytoczmy przepisy kodeksu cywilnego o osobowości prawnej:
Art.
33. Osobami prawnymi są Skarb Państwa i jednostki organizacyjne, którym
przepisy szczególne przyznają osobowość prawną.
Art.
37.1. Jednostka organizacyjna uzyskuje osobowość prawną z chwilą jej
wpisu do właściwego rejestru, chyba że przepisy szczególne stanowią
inaczej.
Gmina,
jak widać, nie jest „człowiekiem i obywatelem”, którego prawo do
własności, płynące z głębin człowieczeństwa, jest dla państwa faktem
zastanym i zadanym do poszanowania i ochrony. Nie jest również
wspólnotą obywateli, ze zbiorowym prawem do własności, chronionym na
równi z indywidualnym przez art. 64 Konstytucji. Jest jedną z władz
publicznych, państwowych, bo utworzonych w akcie konstytuującym
państwo. W sensie majątkowym gmina jest państwową jednostką
organizacyjną tego samego typu co Skarb Państwa – czyli majątkiem
wyodrębnionym do określonych celów i powierzonym osobie (osobom),
wyposażonej w potrzebne kompetencje. Osobowości cywilnej państwo gminie
nie u z n a j e, lecz p r z y z n a j e –
nazywa się to osobowością prawną. Gminie przyznaje tę osobowość przepis
szczególny Konstytucji. Własność gminy, identycznie jak Skarbu Państwa
czy innej państwowej jednostki organizacyjnej, jest w istocie
kompetencją rady gminy, zarządu, z własnością państwa, czyli wszystkich
obywateli Rzeczypospolitej. Dlatego ustawa o gospodarowaniu
nieruchomościami wyznacza po właścicielsku Skarbowi Państwa i gminom
reguły gospodarowania, czyniąc rady administratorami komunalnego
majątku ogólnonarodowego. Dlatego gmina nie działa na podstawie
statutu, lecz ustaw.
Tak więc gmina identycznie jak Skarb Państwa może występować w swoich
stosunkach cywilnych j a k
właściciel, a nie j a k o właściciel,
a wobec państwa, reprezentowanego przez Sejm, nie ma żadnych praw.
Dzieło względem swego wytwórcy nigdy nie ma praw. Przepis art. 21
Konstytucji rozumie się w taki sposób, że Rzeczpospolita chroni i
szanuje ogólną własność Narodu rozpisaną między różne jednostki
organizacyjne państwa. Wyprzedaży cudzoziemcom środków trwałych
polskiego majątku narodowego zabrania właśnie ten przepis i można
przewidywać, że na podstawie właśnie tego artykułu
Konstytucji politycy-sprzedawcy będą sądzeni przez Trybunał Stanu.
Natomiast przewłaszczanie majątku kolektywnie narodowego do prywatnych
rąk obywateli zmienia kształt własności narodowej, udoskonala go, a nie
niszczy własności.
Wiem, że wywód ten jest trudny, może zbyt trudny dla obywatela bez
profesjonalnej wiedzy o państwie i prawie. Wiem, że praworządność jest
sztuką zniszczoną przez PRL. Jest to chyba
największe zniszczenie, które zostawił po sobie w Polsce Kreml. Dlatego
się boję weta bez kontrasygnaty.
Bez kontrasygnaty
Naród wybierający władzę niezdatną
do przestrzegania konstytucji jest niezdolny do niepodległego państwa i
własnej w nim suwerenność
Moja
diagnoza przyczyn sukcesu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego byłaby
dyletancka, natomiast katastrofa ustawy uwłaszczeniowej,
dekomunizującej stosunki ziemskie w Polsce, jest faktem prawnym, przeto
w kontekście demokratycznej i niekomunistycznej Konstytucji III
Rzeczypospolitej nie powinna prawnikowi nastręczać trudności.
Konstytucja mówi wręcz, kto i jak ma to naprawić. Lecz Polacy umieją
czytać, ale nie potrafią rozumieć tego, co czytają. To dlatego
Aleksander Kwaśniewski przy pomocy swego znakomitego erystyka łamie
Konstytucję na oczach Sejmu, mimo że Konstytucja dla posła jest tym,
czym dla urzędnika kodeks postępowania administracyjnego:
nieumiejętność biegłego stosowania dyskwalifikuje.
Według niedomokratycznej konstytucji z 1935 r. prezydent był
zwierzchnikiem wszystkich organów państwowych, także Sejmu (3/35), był
swego rodzaju Trzecią Izbą Parlamentu, ponieważ projekt ustawy dopiero
wtedy stawał się ustawą, gdy on go podpisał: mógł więc cofnąć projekt –
podkreślam: projekt a nie ustawę, jak dziś – „z każdego powodu” do
ponownego rozpatrzenia. Jednakże cofnięcie wymagało podpisu prezesa
Rady Ministrów i odpowiedniego ministra, co się w żargonie nazywa
kontrasygnatą premiera. Ten wgląd do historii jest nam potrzebny,
ponieważ ... Aleksander Kwaśniewski obala ustawy posługując się
mechanizmem tamtej konstytucji. A to jest bardzo niebezpieczne dla
demokracji, bowiem tędy powoli się wchodzi na pozycję supremacji nad
sprawującymi ustawodawczą władzę Narodu, co normalnie wiedzie do
eliminacji Narodu jako podmiotu swej władzy nad sobą. Jest to pozycja
PZPR w konstytucji z 1976 r. Tolerancja dla wyłamywania się prezydenta
z granic jego kompetencji prowadzi do tego, że „władza zwierzchnia
Narodu” (4) staje się dumnym pustosłowiem.
Dlatego poruszam tę kwestię szerzej, ponieważ Aleksander Kwaśniewski
podczas sejmowej debaty nad jego wnioskiem przeciw ustawie o
prokuratorii powiedział tekstem otwartym (stenogram z dnia 3 marca 1999
r., s. 112):
[...]
Prezydent może żądać ponownego rozpatrzenia ustawy z każdego powodu
[...] Prezydent dysponuje tu swobodą uznania. Tak po prostu jest i taki
pogląd przeważa...
Argument
z przewagi poglądów jest znanym chwytem erystycznym, już Kopernik i
Galileusz przegrywali z przeważającymi poglądami – z jednak nie
znalazła się wśród niespełna pół tysiąca poselstwa ani jedna osoba
odporna na taki chwyt. Czy dlatego, że prezydent może wystawić „do
boju” wytrawnego prawnika na swojej służbie a posłom nie wolno?
Obecnie władza nad Narodem należy wyłącznie do Narodu (4) a prezydent
jest sprawującym tę władzę w jej wykonawczym segmencie i nie służy mu
zwierzchnictwo nad parlamentem, lecz obowiązuje system równowagi (10).
Akty urzędowe prezydenta Konstytucja nazywa dosłownie kompetencjami
(144), które są wszak z mocy definicji określone i zakreślone.
Prezydent jest więc organem państwowym (publicznym) Narodu (2/21), a
takie organy działają „na podstawie i w granicach prawa” (7). Tym
bardziej prezydent wykonuje swoje zadania „w zakresie i na zasadach”
określonych w Konstytucji i ustawach (126.3). To znaczy, że Konstytucja
reglamentuje działania prezydenta merytorycznie („w zakresie”) i
proceduralnie („na zasadach”).
Kompetencje merytoryczne w stosunkach krajowych, w tym w relacji z
ustawodawcą określa i zakreśla artykuł 126.2 Konstytucji:
Prezydent
Rzeczypospolitej Polskiej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi
na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i
integralności jego terytorium.
Artykuł
144. kreśli dodatkową granicę kompetencji:
Artykuł 144.1. Prezydent
Rzeczypospolitej, korzystając ze swoich konstytucyjnych i ustawowych
kompetencji, wydaje akty urzędowe.
2.
Akty urzędowe Prezydenta Rzeczypospolitej wymagają dla swej ważności
podpisu Prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi
odpowiedzialność przed Sejmem.
Ten sam
artykuł w ustępie 3 wymienia akty prezydenta zwolnione od wymogu tej kontrasygnaty,
w tym dwa wnioski od Sejmu. Ten przepis wyjaśnia, co to znaczy „akt
urzędowy” i jednocześnie zawiera listę wyjątków potwierdzających zasadę.
Tak więc prezydentura nie jest służbą operacyjną lecz interwencyjną, a
interwencja może nastąpić tylko w obronie wartości powierzonych
czujności i straży prezydenta („w zakresie”) oraz w sposób określony w
Konstytucji („na zasadach”). Wartości te nie są polityczne lecz
patriotyczne, bo decydują o egzystencji państwa warunkującej wszelaką
politykę. Dlatego prezydentowi nie wolno reprezentować programów
politycznych oraz ideologii, nie wolno wchodzić w polityczne spory i
układy. Od prezydenta, który w stosunkach międzynarodowych ma być
zwierciadłem godności Narodu, oczekuje się tej eleganckiej
powściągliwości, która buduje szacunek. Tymczasem zachłanność na władzę
budzi niesmak. Dziś prezydent nie może być Trzecią Izbą Parlamentu,
natomiast musi doskonale znać, uznawać i wyznawać Konstytucję wraz z
jej aksjologicznym kontekstem, wyrażonym słowami preambuły:
„...my.
Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w
Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i
nie podzielający tej wiary a te (te same! – J.P.) uniwersalne wartości
wywodzący z innych źródeł [...] ustanawiamy Konstytucję
Rzeczypospolitej Polskiej...
Prezydent
musi uznawać i wyznawać te wartości, których jedynym znakiem
identyfikacyjnym wymienionym w Konstytucji jest Bóg. W tych wartościach
mieści się praworządność czyli zwyczajna uczciwość służb państwowych
wobec ich pracodawcy Narodu. Przestrzeganie Konstytucji jest jedną z
form praworządności.
Formy prezydenckiej straży i czuwania w stosunkach z ustawodawcą
określa i zakreśla artykuł 122 Konstytucji:
Art. 122.1. Po
zakończeniu postępowania określonego w art. 121 Marszałek Sejmu
przedstawia uchwaloną ustawę do podpisu Prezydentowi Rzeczypospolitej.
2.
Prezydent Rzeczypospolitej podpisuje ustawę w ciągu 21 dni od dnia
przedstawienia i zarządza jej ogłoszenie w Dzienniku Ustaw
Rzeczypospolitej Polskiej.
3.
Przed podpisaniem ustawy Prezydent Rzeczypospolitej może wystąpić do
Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie zgodności ustawy z
Konstytucją. Prezydent Rzeczypospolitej nie może odmówić podpisania
ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodną z Konstytucją.
4.
Prezydent Rzeczypospolitej odmawia podpisania ustawy, którą Trybunał
Konstytucyjny uznał za niezgodną z Konstytucją. Jeżeli jednak
niezgodność z Konstytucją dotyczy poszczególnych przepisów ustawy, a
Trybunał Konstytucyjny nie orzeknie, że są one nierozerwalnie związane
z całą ustawą. Prezydent Rzeczypospolitej
po
zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu, podpisuje ustawę z pominięciem
przepisów uznanych za niezgodne z Konstytucją, albo zwraca ustawę
Sejmowi w celu usunięcia niezgodności.
5. Jeżeli Prezydent Rzeczypospolitej nie wystąpił
z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego w trybie ust. 3, może z
umotywowanym wnioskiem przekazać ustawę Sejmowi
do ponownego rozpatrzenia. Po ponownym uchwaleniu ustawy przez Sejm
większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby
posłów Prezydent Rzeczypospolitej w ciągu 7 dni podpisuje ustawę i
zarządza jej ogłoszenie w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej. W
razie ponownego uchwalenia ustawy przez Sejm Prezydentowi
Rzeczypospolitej nie przysługuje prawo wystąpienia do Trybunału
Konstytucyjnego w trybie ust. 3
6. Wystąpienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej do Trybunału
Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie zgodności
ustawy z Konstytucją lub z wnioskiem do Sejmu o ponowne rozpatrzenie
ustawy wstrzymuje bieg, określonego z ust. 2 terminu do podpisania
ustawy.
O
tych przepisach trzeba powiedzieć, że czynności z ustępów 2-4 są
zwolnione od wymogu podpisu Prezesa Rady Ministrów (art. 144 ust. 3
pkt. 6 i 9), a
wniosek do Sejmu (122.5) nie jest zwolniony.
Mając
już uporządkowaną wiedzę o kompetencjach prezydenta w stosunkach z
ustawodawczym segmentem władzy Narodu zbadajmy antyuwłaszczeniowy
wniosek z 11 września 2000 r. (załącznik
do druku sejmowego nr 2201). Jego sentencja brzmi:
Na podstawie art. 122
ust. 5 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r.
(Dz.U. nr 78, poz. 483)
– odmawiam
podpisania ustawy z dnia 8 września 2000 r. o zasadach realizacji
programu powszechnego uwłaszczenia obywateli Rzeczypospolitej Polskiej
oraz
– wnoszę o ponowne jej
rozpatrzenie.
Dalej następuje 16-stronicowa motywacja i podpis Aleksandra
Kwaśniewskiego.
Wada prawna pierwsza.
Odmowa podpisania ustawy na podstawie artykułu
122.5 jest niedopuszczalna, ponieważ ten przepis nie mówi o odmowie
podpisu, lecz każe ustawę podpisać. Próba „podciągnięcia” odmowy pod
art. 122.4 też
nie może się udać, bowiem ten przepis przewiduje odmowę podpisania
tylko wtedy, gdy Trybunał Konstytucyjny stwierdzić, sprzeczność ustawy
z Konstytucją. Odmawiając podpisu prezydent naruszył art. 126.3
Konstytucji.
Wada prawna druga.
Wniosek o ponowne rozpatrzenie trafnie odwołuje się
do art. 122.5, ale go nie podpisał Premier. Jest więc nieważny i nie ma
osoby odpowiedzialnej za niego (144.2.).
Zarzut nieważności aktu
urzędowego Prezydenta Rzeczypospolitej z tak
prymitywnego powodu, jak brak kontrasygnaty, podnoszę z drżeniem serca.
Primo jest to zarzut dramatyczny, secundo
czy nie popełniłem błędu czytając wielokrotnie Konstytucję?
Zgłosiłem moje
spostrzeżenie posłom ZChN, a więc klubowi AWS – jak w
studnię. Stowarzyszenie „Rodzina Polska” sygnalizowało taki brak
Marszałkowi Sejmu przy wniosku w obronie pornobiznesu
– jak w studnię. Podczas debaty 3 marca 1999 r. nad wnioskiem przeciw
prokuratorii posłanka Anna Sobecka mówiła:
[...] Opiniowany
wniosek prezydenta jest nieważny z powodu braku kontrasygnaty premiera
...(stenogram, s. 107).
W związku z tym poseł Jerzy
Jaskiernia pytał marszałka o to, co poseł musi wiedzieć bez pytań
(stenogram, s. 110):
...
pani poseł Sobecka wystąpiła z tej trybuny z bezprecedensowym zarzutem,
sugerując, że akt pana prezydenta, który rozpatrujemy, jest nieważny, a
więc jest sugestia bezprawnego działania prezydenta Rzeczypospolitej.
Co więcej, ten zarzut ma również adres do naszej Izby, bo jeśli byłoby
prawdą, że ten akt jest bezprawny, to i nasza dyskusja jest bezprawna.
Dyskutowanie nad bezprawnym aktem jest w istocie również działaniem
bezprawnym. Chciałbym zapytać, jaki jest stosunek pana marszałka do
tego zarzutu i jak zamierza dalej procedować wobec tego bardzo
poważnego wydarzenia, które tu
miało miejsce? (Oklaski).
Gdyby przewodniczący
wicemarszałek był rzeczywiście zaskoczony, zarządziłby przerwę. Lecz on
jak najpoważniej odrzekł
...
treść wypowiadana przez posłów w imieniu klubów i kół ma wpływ na
głosowanie w Wysokiej Izbie, a nie na procedowanie czy przewodniczenie
obradom przez marszałka . (Oklaski).
Odpowiedź jest nie tylko
niedorzeczna, lecz
nawet trąci arogancją, ponieważ poważny wkład posłów do nieważnej
debaty, zakończonej nieważnym głosowaniem nie tylko wiedzie na
proceduralne manowce, lecz także szkodzi godności Sejmu, powierzonej
straży Marszałka (art. 11 Regulaminu Sejmu).
Zaś poseł Marek
Markiewicz retorycznie pytał (s. 112):
... czy
procedujemy tu w oparciu o podręczniki czy o konstytucję. (Oklaski), czy tworzymy praktykę w Sejmie, której
współtwórcą jest marszałek Izby i wszyscy posłowie...
W takiej sytuacji Prezydent ustami
swego sekretarza zastosował argumentum ad personam suam
(stenogram, s. 112).
...
Co do wypowiedzi pani poseł Anny Sobeckiej... mogą polecić tylko pani
poseł pismo pana prezydenta z dnia 27 stycznia 1999 r. – bo
najprawdopodobniej wypowiadając się nie brała go pod uwagę – skierowane
do marszałka Sejmu Rzeczypospolitej Macieja Płażyńskiego. Z tego pisma
jasno wynika, że to, co powiedziała pani poseł, po prostu nie ma
żadnego oparcia w prawie ...
Była
to właściwie odpowiedź przez milczenie, bo tempo procedury sejmowej nie
pozwalało ani dotrzeć do tej nieznanej korespondencji, ani zrobić z
lektury użytku.
Na podstawie tych
faktów oraz art. 144 i 122 Konstytucji ważę
się mówić, że wszystkie wnioski Aleksandra Kwaśniewskiego nazywane
swobodnie wetem, w tym przeciw prokuratorii, w obronie pornobiznesu i
przeciw programowi uwłaszczenia – są nieważne z powodu braku podpisu
Prezesa Rady Ministrów. Sądzę, że
premier Jerzy Buzek nie konstrasygnowałby wniosku przeciw ustawie
uwłaszczeniowej, bowiem rząd jest jej współtwórcą. Wszystkie zarzuty
przeciw tej ustawie, zarówno te legalne, w granicach straży i czuwania,
jak i te poza zakresem art. 126.2 Prezydent kieruje również przeciw
Radzie Ministrów.
Z
mojego punktu widzenia szeregowego obywatela postępowanie Marszałka i
Wicemarszałka posiada cechy systemowego bojkotu konstytucyjnych reżimów.
Nie zaskoczyłaby mnie trafność takiego samego zarzutu przeciw klubom
parlamentarnym i partiom politycznym reprezentowanym w Sejmie – z
wyjątkiem posłanki Sobeckiej i posła Marka Markiewicza, jednakże skutki
prawne nie zależą od tego, co leży u podłoża działań, nieznajomość
Konstytucji czy spiskowe wspieranie zdobywców władzy bez przemocy (13).
Skutek jest ten, że wszystkie ustawy, które Prezydent w
ten sposób „obalił”, pozostają ustawami w brzmieniu
uchwalonym pierwotnie i z powodu obstrukcji władzy wykonawczej nie mogą
„wejść w życie” (88.1.). Czekają w kancelarii prezydenta na jego
działania stosowne do art. 144 i 122 Konstytucji. Skutek jest również
taki, że za tę całą historię nie jest odpowiedzialny
Prezydent, autor
nieważnych aktów urzędowych, lecz Premier, jeżeli je podpisał, bądź
Marszałek, jeśli mimo braku kontrasygnaty nadał sprawie bieg.Natomiast
analfabetyzm konstytucyjny społeczeństwa i mediów sprawił, że „gniew
ludu” obrócił się w fałszywym kierunku.
Wobec
„kancelaryjnej” wady wniosku analiza merytorycznych zarzutów Prezydenta
traci na znaczeniu, skoro jednak najbardziej pokrzywdzona jest
Konstytucja (wyraz woli Narodu!), to konstytucyjnym aspektom tych
zarzutów trzeba poświęcić parę słów:
1.
Prezydent zarzucił pogwałcenie art. 1, 2, 5, 64, 165 i 166 Konstytucji.
Pojawiły się bezradne narzekania, że nie wystąpił do Trybunału
Konstytucyjnego. Zakładając jednak, że nie miał na celu zgodności z
Konstytucją lecz obalenie ustawy, uznajmy, że postąpił przewidywalnie.
Sędziowie Trybunału są niezawiśli, a w Sejmie Aleksander Kwaśniewski ma
swoje „poparcie polityczne”, któremu również nie o Konstytucję chodzi.
W Trybunale Konstytucyjnym niekonstytucyjność jednego artykułu obala
tylko ten artykuł, a w Sejmie całą ustawę. No, i droga przez Trybunał
nie prowadzi do zwierzchnictwa nad Parlamentem.
2. Zarzut
niesprawiedliwości jest ocenny, a spór o kryteria
sprawiedliwości – wieczny. Nie popadając w kwestie moralności
wywłaszczenia i uwłaszczenia zaznaczmy tylko, że o tym, co jest, a co
nie jest sprawiedliwe, rozstrzyga aksjologia Konstytucji. No, sam
Naród. Nie Prezydent jest przedstawicielem Narodu, lecz Sejm (104), co
więc Sejm uznał za sprawiedliwe, to uznał w imieniu Narodu, a
Prezydentowi nie wolno przeciwstawiać własnej ideologii. Lecz Sejm nie
umiał stanąć w obronie swych kompetencji.
3. Prezydent zarzucił
Sejmowi obrazę „konstytucyjnej zasady określoności prawa” – a
Konstytucja milczy o czymś takim.
4. Wreszcie Prezydent
zalicza do źródeł prawa orzecznictwo Trybunału
Konstytucyjnego i literaturę prawniczą, wbrew jasnemu brzmieniu art. 87
i następnych Konstytucji.
Fakty te dają
niedostateczne świadectwo Aleksandrowi Kwaśniewskiemu
jako strażnikowi Konstytucji, trzeba jednak znów zaznaczyć, że zarzut
niekonstytucyjności był pozorem i praktycznie nie absorbował uwagi
Wysokiej Izby. Posłowie z zaangażowaniem młócili słomę już wymłóconą w
normalnym postępowaniu ustawodawczym.
Załóżmy jednak, że
moje
oskarżenie o niekonstytucyjność aktu urzędowego Prezydenta i
postępowania rozpatrzeniowego jest dyskusyjne. Jednak demonstracyjna
swoboda władzy wykonawczej godzi w zasadę równowagi władz (10),
Marszałek więc ma obowiązek przeciwdziałania,
gdyż „stoi na straży praw i godności Sejmu”. Konstytucja dała mu
następujące bronie:
1. Gdyby zwrócił
wniosek Prezydentowi do uzupełnienia braku
kontrasygnaty, a Prezydent twierdziłby nadal, że posiada kompetencję
żądania ponownego rozpoznania ustawy bez kontrasygnaty, wtedy musiałby
(mógłby) wystąpić na podstawie art. 189 Konstytucji do Trybunału
Konstytucyjnego ze sporem kompetencyjnym.
2. Taki sam spór
mógłby Marszałek prowokować, gdyby zarzucił, że
uzasadnienie wniosku wykracza poza zakres artykułu 126.2 Konstytucji
(poza kompetencję straży i czuwania).
3. Jeszcze w czasie
ponownej debaty, a przed głosowaniem, Marszałek
mógł wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego na podstawie art. 191
Konstytucji z pytaniem czy ustawa jest sprzeczna z Konstytucją w
zakresie zarzutów Prezydenta (art. 188). Po uzyskaniu wyroku posłowie
mogliby głosować bez narażenia się na żarty, że pozwalają być sędziami
Trybunału nie mając ani kwalifikacji, ani kompetencji, ani potrzebnego
warsztatu sędziowskiego.
Konkluzja
Co w takiej sytuacji robić? I kto?
Ustawa
z dnia 8 września 2000 r. o zasadach realizacji programu powszechnego
uwłaszczenia obywateli RP, objęta nieważnym wnioskiem Prezydenta o
ponowne rozpatrzenie, czeka na działania Prezydenta nakazane art. 122
Konstytucji.
Marszałek
Sejmu ma obowiązek oświadczyć Prezydentowi, że ponowne rozpatrzenie
ustawy i głosowanie nad nią jest nieważne. Lepiej późno niż wcale.
Prezydent musi, mimo upływu terminu 21 dni, albo wystąpić do Trybunału
Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie zgodności ustawy z Konstytucją
(122.3), albo uzyskać kontrasygnatę i postąpić według art. 122.5, albo
niezwłocznie podpisać ustawę. Za poziom sprawowania urzędu Marszałka
przez Macieja Płażyńskiego odpowiedzialny jest klub AWS. Natomiast kto
ma czuwać nad przestrzeganiem Konstytucji przez Prezydenta – nie wiem.
Przyznaję bez emfazy, że to jest największy i najbardziej niebezpieczny
dla demokracji sukces SLD, UW i Aleksandra Kwaśniewskiego.
Powrót do strony
głównej
Archiwum
Powrót
do strony głównej NPW
|