Andrzej Turek
Polityka i Strategia
Czy będzie przełom?
NPW 7-8, 2000
Nie
ma co
dalej się łudzić ani
owijać rzeczy w bawełnę. Obiektywnie patrząc, rządzący globalistyczny establishment
w pełni kontroluje dotąd cały wyścig do prezydenckiego fotela. Jeśli
będzie on przebiegać dalej dotychczasowym trybem, druga tura stanie się
już tylko wewnętrzną rozgrywką dwóch kandydatów prounijnych (prócz
Kwaśniewskiego znajdzie się w niej najprawdopodobniej główny eksponent
światowych centrów globalistycznych w Polsce – Olechowski), natomiast
żaden z kandydatów odwołujących się w większym lub mniejszym stopniu do
koncepcji niepodległości Polski nie uplasuje się w ścisłej czołówce.
Kolejny raz otrzymujemy niezbity dowód na to, że w systemie
demoliberalnym nominalnie wolne wybory rozstrzygane
są zazwyczaj przez wielkie media elektroniczne i socjotechniczne
ośrodki manipulacji, zanim jeszcze którykolwiek z wyborców znajdzie się
przy wyborczej urnie. Celowo piszę zazwyczaj, a nie zawsze, bo wybory w
tzw. III RP to mimo wszystko coś całkiem innego niż np. wybory
PRL-owskie. W tamtym przypadku nie byliśmy w stanie, nawet stając na
głowie, zmienić w odgórnym dyktacie wyborczym reżimu nawet kropki czy
przecinka.
Obecny system, jakkolwiek ewidentnie pseudodemokratyczny, daje
jednakowoż społeczeństwu realną możliwość przeciwstawienia się podobnym
nadużyciom władz, jakkolwiek wymaga to – ma się rozumieć – jego
olbrzymiego wysiłku. Najważniejszy problem w tym, czy nas, Polaków
końca XX w., na
taki wysiłek stać. Potężne oddziaływanie rozbudowanego aparatu
propagandowej presji, nacisku i sugestii można przykładowo zrównoważyć
jedynie mądrością, wyrobieniem politycznym i obywatelskim, wysokim
moralne i sprawną organizacją mas społecznych oraz maksymalną
przejrzystością, wyrazistością i
jednoznacznością niezależnej oferty politycznej. Łatwo zauważyć, że w
naszym przypadku oba te elementy wyraźnie szwankują. Zatrzymajmy się tu
krótko przy drugim z nich. Lawinowy wzrost nastrojów narodowych, a
przynajmniej antyunijnych w Polsce w przeciągu kilku ostatnich lat
stworzył wielką szansę przekształcenia tegorocznych wyborów
prezydenckich w Polsce w swoistego rodzaju plebiscyt za i przeciw
niepodległemu państwu polskiemu i obioru wedle tegoż kryterium na
stanowisko głowy państwa człowieka zdolnego nasilający się proces jego
demontażu powstrzymać, a następnie – po uzyskaniu odpowiedniego
wsparcia w następnym parlamencie – ostatecznie odwrócić.
Niestety, szansa ta z dnia na dzień coraz bardziej ucieka. Obozowi
rządzącemu udało się ułożyć scenariusz kampanii wyborczej w taki
sposób, że to, co w naszym pragnieniu powinno być głównym kryterium
wyboru, schodzi mimowolnie na dalszy plan. Stąd eksponuje się na
wszystkie możliwe sposoby problemy drugorzędne i trzeciorzędne, ochoczo
wyciąga się na wierzch i promuje najrozmaitsze osoby, hasła, problemy i
idee, byle tylko samą istotę wszystkich tych zabiegów jak najdokładniej
zamaskować. Wiąże się z tym ściśle umiejętne porozstawianie kandydatów
własnych i celowa dezintegracja kandydatów opozycji. Na pierwszy rzut
oka widać, że paleta kandydatów prounijnych dostosowana jest ściśle do
poszczególnych segmentów elektoratu i ma na celu zagospodarowanie go w
jak największym stopniu, włączając w to szczególnie tę jego część,
która względem spraw najważniejszym dla narodu i państwa wykazuje
kompletną beztroskę, brak orientacji, chwiejność i zagubienie.
Krystalizująca się obecnie struktura kandydatów odwołujących się do
elektoratu narodowego i antyunijnego – wprost przeciwnie – tylko ten
elektorat dezorientuje, zniechęca, rozbija i w końcu obezwładnia. W
rezultacie tego wszystkiego wytwarza się paradoksalna na pierwszy pozór
sytuacja, że choć społeczeństwo ogarnięte jest co najmniej w połowie,
jeśli nie w przeważającej części, nastrojami antyunijnymi,
łączna
suma poparcia społecznego dla kandydatów reprezentujących podobne
stanowisko nie przekracza kilkunastu procent. Z której strony by patrzeć,
głównym tego powodem jest daleko idące rozbicie kandydatur. Jest to
skądinąd bolączka prześladująca patriotyczną i katolicką część
elektoratu w Polsce już od dziesięciu lat. Czyżbyśmy byli zatem
obciążeni jakąś wrodzoną, nieuleczalną kłótliwością, przerostem
niezdrowych ambicji, skłonnością do anarchii itd.?
Czy cały problem bierze się tylko z naszej, wewnętrznej
słabości.
Być może na pierwszy rzut oka tak się właśnie niejednemu wydaje, ale
jest to spojrzenie bardzo powierzchowne. Jeśliby bowiem trochę uważniej
przyjrzeć się ewolucji sceny politycznej w Polsce od 1989 r. do dziś, dochodzi
się rychło do nieodpartego wniosku, iż hegemonia i bezkarność kliki
rządzącej brała się zawsze nie tylko z cechującego ją politycznego
wyrachowania oraz wzorowej wewnętrznej konsolidacji i dyscypliny, ale
również z daleko idącej infiltracji i umyślnej dezintegracji obozu
opozycji. Metoda ta została kompleksowo przećwiczona w całym okresie,
gdy prowadzony krok po kroku demontaż państwa i wyprzedaż majątku
narodowego osłaniane były sztuczną walką lewica – prawica, przy czym ta
ostatnia – ma się rozumieć dogłębnie zinfiltrowana – pełniła aż do 1997
r. rolę kozła ofiarnego, co i rusz kłócąc się i dzieląc.
Wszystko zdaje się wskazywać na to, że obecnie posłuży ona za główne
narzędzie neutralizacji i paraliżu zyskujących sobie coraz większą
popularność ugrupowań narodowych.
Spójrzmy na całą sprawę nieco bardziej praktycznie. Oto nastroje
społeczne w danym państwie grożą klice rządzącej zachwianiem
dotychczasowej hegemonii podczas wyborów prezydenckich. Buntujące się
masy nie mają jednak dostatecznie popularnych, własnych przywódców.
Dzięki temu możliwy jest prosty zabieg. Klika rządząca podstawia w ich
miejsce jednego albo nawet kilku odpowiednio upozowanych własnych
graczy, do tego umiejętnie wykorzystuje przerost ambicji i dyletantyzm
u kilku innych startujących i... niebezpieczeństwo jest już praktycznie
zażegnane. W tej sytuacji nawet najlepszy, rzeczywiście oddolny
kandydat traci praktycznie pole do jakiegokolwiek sensownego manewru.
Ma do wyboru albo w imię łączenia sił ustąpić miejsca ludziom
podejrzanym o agenturalne powiązania – co niezależnie od wyobraźni mas
społecznych oznacza w istocie kapitulację bez walki,
albo
podjąć wyzwanie i pozostać w stawce kandydujących, co może oznaczać
zepchnięcie na dalszy plan przez uprzywilejowanych ze zrozumiałych
względów w mediach rywali, kiepski wynik wyborczy i ostatecznie
poniesienie takiej samej jak oni konsekwencji za zaistniałe rozbicie.
Tak czy owak, w jednym czy drugim wariancie wygrywa obóz rządzący.
Czy taki właśnie będzie scenariusz wyborów
prezydenckich 2000 r. w Polsce?
Na to pytanie odpowiedzą najbliższe tygodnie. Dopóki istnieje realna
szansa wyłonienia na zdrowych zasadach jednego wspólnego kandydata
obozu narodowego, traktujemy te obawy wyłącznie jako przerośnięte
czarnowidztwo. Szansą na przezwyciężenie zaistniałego rozbicia może być
chociażby zgłoszona przez Stronnictwo Narodowe propozycja Paktu dla
Narodu. Oznaczałoby to od razu całkowity
przewrót w sytuacji. Wyłoniony w ten sposób wspólny kandydat byłby w
stanie zgromadzić według pobieżnych
szacunków co najmniej ok. 20% głosów, co dawałoby mu wielką szansę na
wejście do drugiej rundy, której rezultat byłby w takim układzie, jak to już słusznie
wielokrotnie podkreślano, sprawą całkowicie otwartą. Rachuby na
porozumienie się – choćby w ostatniej chwili – zainteresowanych
kandydatów są zresztą również wyłącznym powodem wstrzemięźliwości
Przymierza Ludowo-Narodowego w ich krytycznej ocenie i oficjalnej
promocji.
Oczywiście cała sprawa nie jest wcale tak prosta i łatwa do
przeprowadzenia, jak się to wielu ludziom stojącym na co dzień z dala
od bieżącej polityki może wydawać, ale z drugiej strony niepodobna
przecież wyobrazić sobie, że wielkie zwycięstwo polityczne przyjdzie
inaczej, jak tylko z najwyższym trudem, ofiarą i poświęceniem.
Niezależnie od tego, jak się ona ostatecznie zakończy uważna obserwacja
najbliższych posunięć kandydatów aspirujących do naszego poparcia
pomoże nam w dużym stopniu rozeznać, kto jest kim w obrębie prawicy
narodowej, kto na pierwszym miejscu stawia Polskę, a kto
własny, osobisty czy partyjny interes.
Rozróżnienie to winno stać się głównym kryterium naszego wyboru w
przypadku gdyby nie doszło jednak – wbrew ogromnym potrzebom i
związanym z nimi szansom – do zjednoczenia sił.
Powrót do strony
głównej
Archiwum
Powrót
do strony głównej NPW
|