Stanisław Kozanecki
Polityka i Strategia
Quo vadis Europo?
NPW 7-8, 2000
Kilka
tygodni temu p. Geremek, nasz minister spraw zagranicznych, na trybunie
Grands Conferences Catholique w
Brukseli mówił o problemach związanych z projektem dołączenia się
Polski do Unii Europejskiej (UE). Kilka dni temu p. Kułakowski,
pełnomocny minister obecnego rządu polskiego, tym razem na trybunie
Club Medical, również w Brukseli, omawiał
tę samą tematykę.
By umożliwić opinii publicznej we Francji, w Belgii w Szwajcarii pełne zrozumienie
przemian zachodzących w
polskiej opinii publicznej, zdecydowałem
się na wydanie w języku francuskim jak najbardziej syntetycznego obrazu
koncepcji polskiej opozycji demokratycznej. To opracowanie jest więc
pewnego rodzaju odpowiedzią na wypowiedzi p. Geremka i
p. Kułakowskiego. Tutaj czytacie Państwo polskie
tłumaczenie tego dokumentu.
A
oto zasadnicze różnice między rządem a opozycją:
Brak w nich respektu dla k u l t
u r, a więc także dla n a r o d ó w
To k u l t u r y odróżniają
istoty ludzkie od pozostałych istot żyjących na naszej planecie –
przypomniał Jan Paweł II w swym słynnym przemówieniu 2 maja 1980 r. w UNESCO. To r
ó ż n o ś ć kultur najlepiej uwidocznia różność narodów. Kultury są
różne, bo już każda istota ludzka jest różna. Tym bardziej każdy naród.
Tym bardziej każda cywilizacja. Ich różność wzmaga bogactwo kulturowe
ludzkości. Próby zniesienia (a choćby ograniczenia) tej różności i
ustanowienie jednej, a więc sztucznej globalnej struktury kulturowej są
nonsensem, bo różność we wszystkich dziedzinach, nawet seksualnej, jest
bazą, jest fundamentem każdego istnienia.
Dlatego
też próby mieszania kultur, etni, narodów, religii i ras dla
stworzenia sztucznej jedności są wstępem do tworzenia nowych Rwanda i nowych Kosowo, które nie
wzmocnią naszego kontynentu, ale wyraźnie, bardo wyraźnie go
osłabią.
Dzisiejszy
rząd jest ślepo zapatrzony w nadgniłe prądy płynące z
pewnych źródeł zachodnich. Za ten błąd (a ściślej mówiąc, za to
zaślepienie) Europa –
a więc i Polska – ryzykują bardzo słono zapłacić. Dlatego opozycja
stanowczo przeciwstawia się podobnej wizji Europy jutra. Wizja
federalistów, wiedzionych przez utopistów, jest dla Europy równie
szkodliwa, jak wczoraj były
kosmopolityczne idee marksistów, czy to sowieckich czy to
trockistowskich (te obydwa nurty, federalistów
i kosmopolitów, stanowią zresztą dzisiaj
wspólny front).
Brak respektu dla naszej cywilizacji
Niedawno, bo
zaledwie dziesięć lat temu mieliśmy w Europie tylko
jedno
małe państewko, w którym dominowała inna cywilizacja i inna religia niż
nasza: Albania. Dzisiaj mamy już trzy (Albania, Bośnia-Hercegowina i
Kosowo). Dwa pierwsze są (chwilowo) kierowane przez elementy
umiarkowane, trzecie – przez elementy skrajne, tak ideowo,
jak religijnie. Jutro dojdzie czwarte
(Turcja).
Do
tych czterech trzeba dorzucić istnienie fali tzw. dzikiej imigracji,
praktycznie niekontrolowanej, płynącej z północnej Afryki, złożonej
głównie z elementów w praktyce niezdolnych do asymilacji. Nawet w
Belgii (już nie mówiąc o Hiszpanii, Włoszech czy Francji) zauważa się
owoce polityki pozwalającej na ten stan rzeczy. Tu przypominają mi się
słowa generała de Gaulle’a: „Ci, którzy zachwalają integrację (tzn.
pełne włączenia kogoś w istniejącą całość – red.) mają mózg kolibra.
Jak można wierzyć, że Francja będzie zdolna zasymilować dziś 10 jutro
20, pojutrze 40 mln muzułmanów?!”
Tutaj
mamy prawo (a nawet obowiązek) postawić sobie pytanie: jakie są
powody podobnej polityki i kto ma na celu osłabienie cywilizacji
grecko-rzymsko-chrześcijańskiej, która – czy trzeba to przypominać? –
współtworzyła jakość i siłę – tak duchową jak materialną – naszego
kontynentu? A jeśli, nie reagując, przyczynimy się tym samym do jej
osłabienia, to co postawimy na jej miejsce? Powtarzam pytanie: K o m u na tym zależy?
Kto tym kieruje?
Jeśli
chcemy uniknąć konfliktów między cywilizacjami, to najpierw
musimy respektować podstawową zasadę: cywilizacje mają prawo istnieć
jedna obok drugiej, a nie jedna w drugiej. Zbliżenia między nimi nie
tylko mogą, ale powinny mieć miejsce, ale pod niezbędnym warunkiem zachowania swej osobowości oraz respektu,
i to obustronnego. Z kolei muszą być spontaniczne, a więc powolne, bo
organiczne, a nie narzucone dekretem, w dodatku często dekretem
niezrozumiałym, a tym samym niemożliwym do dobrowolnego zaakceptowania.
Różne
kultury, narody, cywilizacje tworzyły się dzięki pracy,
poświęceniu, potowi i krwi długich pokoleń, a więc poprzez wieki. Na
przykład w Polsce przez tysiąc lat, we Francji prze około półtora
tysiąca lat, u Żydów przez ponad 3 tysiące lat. I to wszystko próbować
dzisiaj stopniowo unicestwiać dla zastąpienia przez co? Przez jakąś
nową fikcję.
Dlatego
także na tym odcinku przeciwstawiamy się całą
siłą polityce dzisiejszego rządu, który próbuje tworzyć istny menting pot – tak rasowy, jak religijny – źródło, za
kilka pokoleń, nieuniknionych konfliktów, i to na skalę niebywałą.
Brak respektu dla zasad demokracji
Podobnie
jak dzisiejsze rządy państw zachodnioeuropejskich, także dzisiejszy
rząd polski, obydwie strony przymykają oczy na fakt, że w Komisji
brukselskiej panują nie zasady demokracji, ale zasady technokracji.
Panuje tam nie tylko technokracja, ale niebywały bałagan (to bardzo
delikatne określenie) w dziedzinie finansów. Szereg głębokich kryzysów, których owocem była
ostatnia dymisja całego rządu Komisji!) jest chyba wystarczającym
dowodem gangreny toczącej ten biurokratyczny, kolosalny w wymiarach i
prawach Organizm. Jak można w podobnej sytuacji mieć do nich zaufanie?
Rozumie
się więc samo przez się, że także na tym odcinku jesteśmy w
pełnej opozycji do polityki naszego dzisiejszego rządu.
Brak respektu do zasad geopolityki i
nieodzownej równowagi między Europą Wschodnią i Zachodnią
Próbując
wyeliminować Rosję ze struktur „Europy jutra”, sternicy UE (a także
Polski) zdają się zapominać, że nasz kontynent nie kończy się na rzece
Bug, ale co najmniej na Uralu, a nawet sięga swymi wpływami daleko w
terytoria Azji. Trzeba być ślepym, żeby nie pojąć, że Rosja znajdująca
się na zewnątrz struktur europejskich będzie bez porównania bardziej
niebezpieczna, niż gdy znajdzie się wewnątrz tychże struktur.
„Europa
powinna oddychać dwoma płucami” – przypominał Jan Paweł II. Nie
potrzeba być wyjątkowej miary strategiem, by zrozumieć, że brak w
strukturach Europy prawie połowy jej terytorium wyraźnie zwiększy już
istniejący na naszym kontynencie brak r ó w n o w a g i między blokami
państw romańskich, germańskich i słowiańskich. Już dzisiaj dominują
państwa germańskie pod egidą NRF. A co będzie jutro po pełnym
odrzuceniu Rosji? Czy już zapomnieliśmy główne powody wybuchu I i II
wojny światowej: właśnie brak tej równowagi? Czy jakże tragiczna lekcja
historii niczego nas nie nauczyła?
Brak elementarnej
sprawiedliwości w dziedzinie ekonomicznej
Wschodnia
część Europy – a więc i Polska – jest jeszcze ciągle uważana przez
zachodnią część naszego kontynentu za pole zbytu dla ich towarów (w
dodatku nie zawsze rzetelnej jakości).
Rząd
w
Warszawie robi wszystko, by się przypodobać firmom zachodnim i ułatwić
im sprzedaż ich produktów w Polsce. Zachód ze swej strony robi
wszystko, by na własnych rynkach hamować sprzedaż polskich produktów,
nawet tych w klasie europejskiej. Deficyt Polski w wymianie handlowej z
Europą Zachodnią wyraźnie przekracza 12
mld dolarów. Przy naszym ubóstwie jest to suma kolosalna.
I
to nie wszystko! To dopiero początek. „Długi szereg fabryk jest
kupowanych przez firmy zachodnie po śmiesznie niskich cenach i to nie
na to, by je modernizować (a co najmniej pozwalać im pracować w stanie
w jakim się znajdują), ale by je przemieniać na hangary – depozyt
towarów sprowadzanych z Zachodu i sprzedawanych na miejscu”.
Ten
problem stal się tak krzyczący, że był podniesiony – wyżej
cytowanymi słowami – 4 kwietnia br. na forum samej Komisji
przez
ks. Andrzeja Koprowskiego, prowincjała polskich jezuitów i
przedstawiciela polskiego Episkopatu. Ks. Koprowski publicznie
oświadczył, że wykupy naszych firm nie są
robione z
myślą o połączeniu, o fuzji firm zachodnioeuropejskich z polskimi, w
których każda strona utrzyma to, co wniosła i tym samym będzie miała
prawo do współrządzenia wspólną firmą (jak to ma miejsce bardzo często
w podobnych fuzjach na Zachodzie). Nie, tu ma miejsce bezwzględne
podporządkowanie się w stylu używanym przez posiadaczy kapitału w
krajach Ameryki Południowej.
Tych
samych chwytów używa się w systemie bankowym (ciągle cytuję ks.
Koprowskiego), gdzie banki jeden po drugim przechodzą po kontrolę
obcych właścicieli. I tu mamy prawo zadać sobie pytanie: czy te banki
będą prowadzić politykę zgodną z dobrem naszego kraju, czy też z
interesem właścicieli nie tylko obcych, oraz – co najważniejsze, ileż
razy! – anonimowych, a więc nieuchwytnych, a tym samym (w wypadku
nadużyć) niekaralnych?
Z
kolei nie wiem, jak zakwalifikować skandaliczny brak elementarnej
sprawiedliwości w dziedzinie ekonomicznej ze strony rządu w stosunkach
do tych rodaków, którzy żyją poza kręgiem przyjaznym rządzących.
Przykład: po zakończeniu dominacji sowieckiej w 1989 r. nasz rzekomo
„polski” parlament (zdominowany przez członków byłej prosowieckiej
nomenklatury) głosował za „prywatyzacją” dóbr upaństwowionych po II
wojnie światowej przez ZSRR. Dawni i faktyczni właściciele wierzyli, że
wreszcie w wolnej i niepodległej Polsce, sprawiedliwości stanie się
zadość i swoje mienie odzyskają. Ale nowa nomenklatura, przebrana na
„socjo-demokratów”, popierana niestety przez pewne wpływowe koła
zachodnioeuropejskie, ich ubiegła, wykupując z miejsca – i to
„legalnie”, na mocy ustanowionego przez nich samych prawa – wszystko,
co się dało, najczęściej za bezcen. Niektórzy właściciele próbowali
szukać sprawiedliwości na drodze sądowej. Na próżno.
Tak.
Wy, Zachodnioeuropejczycy , macie szczęście. Bilans waszego handlu
z zagranicą – a ze Środkową i Wschodnią Europą w szczególności – jest
dodatni, a takie skandaliczne szwindle jak wyżej cytowany u was na szczęście nie
mają miejsca.
W
każdym państwie Europy Środkowej i Wschodniej mamy grupy z jednej
strony bogatsze, z drugiej strony grupy biedniejsze i coraz
liczniejsze. Nie ma się co dziwić, że neokomuniści rosną u nas w siłę.
Istnieje też kolosalna różnica w dziedzinie materialnej między Europą
Zachodnią, Centralną i Wschodnią, podczas gdy Europa godna swej nazwy i
zdolna do normalnego życia winna być jak rodzina. Każdy jej członek –
mimo różnego
wieku i różnej siły, a więc będąc różnej jakości – winien mieć prawa
identyczne (podobnie jak w każdym państwie każda jego połać ma prawa
identyczne). Administracja winna w niej służyć członkom, a nie
członkowie administracji. Dopiero przy takim założeniu można stopniowo
stworzyć atmosferę faktycznej – tak duchowej, jak materialnej –
wspólnoty paneuropejskiej. Deklamowanie o rzekomej wspólnocie dzisiaj
jest oszukiwaniem samego siebie. Dzisiaj króluje zasada: deux
poids – deux mesures, tzn. każdy sobie.
Ta
droga prowadzi donikąd, a raczej do coraz większej różnicy między
tymi, którzy posiadają pieniądze (a tym samym wpływ na decyzje tak
ekonomiczne, jak polityczne), a tymi, którzy pozostając daleko w tyle,
są zmuszeni się podporządkować.
To
nie może się skończyć w następnych pokoleniach inaczej niż przez
nową rewoltę.
Czy
w tej sytuacji zachodnia opinia publiczna może się dziwić, że np.
Polacy coraz bardziej boją się tego nowego „raju”, w którym coraz
wyraźniej, przy braku elementarnej solidarności, rysuje się rozdział na
rządzących i rządzonych, a nie współpraca dla dobra obydwu stron?
Polityka
naszego rządu w tej dziedzinie jest po prostu skandaliczna.
Tutaj trzeba radykalnych zmian.
I
jeszcze jedno: formowanie systemu e k o n o m i c z n e go w Europie
winno mieć miejsce w tym samym czasie co tworzenie systemu s o c j a l
n e g o. W dodatku – co jest również sprawę zasadniczą – winno
obejmować w s z y s t k i e państwa należące do wspólnoty w t y m s a m y m
s
t o p n i u. W przeciwnym wypadku tworzy się sytuacja, w której
zaburzenia socjalne, wcześniej czy później, będą nieuniknione. Także
tutaj Komisja Brukselska, tzn. faktyczny rząd UE, postępuje na opak.
Wspólny system monetarny jest już gotowy, podczas gdy wspólny system
socjalny jest w powijakach i będzie gotowy dopiero zapewne za kilka
pokoleń. Ma tu znów miejsce błąd w skutkach nieobliczalny.
Respektowanie zasady równowagi między duchowym i materialnym
Tutaj
ma miejsce pierwszoplanowa wada dzisiejszej Małej Europy. Traktat
Rzymski (1957 r.) był budowany na „dwóch nogach”, tzn. na syntezie, na
równowadze elementów materialnych z duchowymi, te ostatnie uznawano za
zasadnicze. Dzisiaj w traktatach z Maastricht, z Schengen i z
Amsterdamu element duchowy został usunięty. Jedynym „bogiem” Unii stał
się p i e n i ą d z oraz z y s k osiągnięty
poprzez pieniądz. W zdrowym systemie pieniądz jest instrumentem
polityki, w tzw. Unii Europejskiej polityka staje się instrumentem
posiadaczy kapitału. Różnica kolosalna. Faktyczny koniec systemu
demokratycznego.
Konkluzja
System
pozbawiony primo elementów duchowych,
secundo wspólnych celów ideowo-politycznych
i tertio wspólnej polityki socjalnej
nie respektujący ani narodu, ani religii, ani cywilizacji i oddający
się w służbę Posiadaczy Kapitału
(w dodatku kapitału najczęściej anonimowego, niemożliwego do
kontrolowania) – taki system nie będzie w stanie wytrzymać próby życia,
będzie musiał trzasnąć. Ale kiedy? Po obaleniu pozycji Europy w świecie?
Biada
Europie, biada także Polsce, jeśli na czas nie zrozumiemy, gdzie
nas prowadzą, i jeśli nie odpowiemy należycie na
ten gwałt zdrowym rozsądkiem.
Bruksela,
18 maja 2000 r.
Powrót do strony
głównej
Archiwum
Powrót
do strony głównej NPW
|