|
|
ARCHIWUM |
|
Andrzej Turek
Rolnictwo
Refleksje polityczne na Święto Ludowe
NPW 5-6, 2000
W okresie świetności polskiego ruchu ludowego Święto Ludowe miało charakter podniosłej demonstracji politycznej, wykorzystywanej do szczególnie uroczystego artykułowania potrzeb i oczekiwań polskiej wsi. W okresie PRL zostało ono w dużym stopniu wypaczone, pomniejszone i skrępowane ideologiczno-politycznymi karbami narzuconego Polsce systemu. Funkcjonująca zaś nominalnie od dziesięciu lat wolność i demokracja nie tylko nie przywróciło mu dawnej, właściwej rangi, ale jeszcze bardziej utrwaliła jego wykoślawioną formułę.
Obchody Święta Ludowego, przynajmniej te sprawowane oficjalnie, sprowadzają się ostatnimi czasy do czegoś w rodzaju pustego symbolu, który celebruje się w całkowitym oderwaniu od przerażającej zapaści, w jakiej polska wieś i rolnictwo obecnie się znalazły. Podczas gdy niegdyś na Święcie Ludowym wołano głośno i wyraźnie o reformę rolną, oświatę na wsi, uczynienie chłopów pełnoprawnymi obywatelami itp., a na czele wszystkich tych postulatów stał postulat walki o niepodległą i sprawiedliwą Polskę, dziś traktuje się je wyłącznie jako znakomitą okazję do wygłoszenia kilku demagogicznych haseł oraz bezwstydnego odcięcia kolejnych kuponów z wiekopomnego dorobku Wincentego Witosa, Stanisława Mikołajczyka i innych, najbardziej dla Polski zasłużonych polityków ludowych.
Choć realizowany jest plan likwidacji co najmniej 2/3 istniejących dziś w Polsce gospodarstw, choć na wsi panuje bezbrzeżna nędza, będąca rezultatem tych działań, choć kasowane są wiejskie szkoły, a liczba młodzieży wiejskiej na studiach wyższych spadła do wielkości marginalnych, na obliczach większości polityków mieniących się ludowymi, widnieje nadal niezrozumiałe zadowolenie z siebie i optymizm. Trudno o bardziej wymowny dowód ogromnego kryzysu, toczącego do głębi nasz rodzimy ruch ludowy, zwłaszcza w głównym jego członie.
Po kilku latach rządów o proweniencji solidarnościowej, skutkujących grabieżą majątku narodowego oraz pogorszeniem się stopy życiowej znacznej części społeczeństwa, poważna część wyborców w wyborach 1993 r. udzieliła poparcia Polskiemu Stronnictwu Ludowemu, licząc, że właśnie ono zadba właściwie o interes chłopski i szerzej – ogólnonarodowy. Niestety, rachuby te okazały się bardzo szybko zwykłymi złudzeniami. Już pierwsze próby patriotyzmu i sumienia, jakim podczas powyborczych przetargów liderzy PSL zostali poddani, pokazały, że w olbrzymiej większości nie stać ich absolutnie na podporządkowanie własnych, egoistycznych interesów polskiej racji narodowej.
Rezultatem tego było niejako bezbolesne – pomijając nieliczne odruchy sprzeciwu działaczy niższego szczebla – wejście PSL w koalicję rządową z postkomunistycznym SLD. Rozum polityczny i polski interes narodowy nakazywały – ma się rozumieć – w tamtej sytuacji rozwiązanie diametralnie odmienne, mianowicie pozostanie w opozycji i równolegle ostry sprzeciw wobec zakusów Unii Europejskiej względem Polski, co z jednej strony pozwoliłoby uniknąć całemu Narodowi wielu nieszczęść, a z drugiej stwarzałoby samym zainteresowanym realne widoki na znaczne powiększenie wpływów w kolejnych wyborach, a być może nawet objęcie wtenczas samodzielnych rządów.
Niestety, perspektywa natychmiastowego objęcia kilkuset tłustych posad szczebla centralnego i wojewódzkiego oraz równie nęcących synekur w radach nadzorczych okazała się nieporównanie bardziej zniewalająca niż wszystkie przesłania nakazujące daleko posuniętą rezerwę i wstrzemięźliwość. Jakie były tego konsekwencje? Nie miejscu tu – co prawda – na szczegółowy bilans współrządów PSL w latach 1993-1997. Zagadnieniu temu trzeba byłoby poświęcić osobny elaborat, oparty na obszernym materialne źródłowym. Uważam jednak, że w niczym nie ubliżę prawdzie kilkoma, nasuwającymi się nieodparcie w tym miejscu refleksjami.
To, że koalicja PSL z postkomunistami miała z jednej strony formę bynajmniej nie jakiegoś, taktycznego kompromisu, który wyszedłby tu i ówdzie wsi i całemu Narodowi na korzyść, lecz najdalej posuniętej kolaboracji, jest dziś dla myślących ludzi bezspornym stwierdzeniem faktu. Nie zawsze uświadamiamy sobie jednak do końca dogłębny jej charakter i wszystkie płynące z niego konsekwencje.
Sam zarzut kolaboracji z nie rozliczonym spadkobiercą systemu totalitarnego nie wyczerpuje wcale zagadnienia. Najgorszą bowiem ceną, jaka zapłaciła Polska za nieograniczony wprost dostęp PSL-owskiego aparatu do posad rządowych było jego przyzwolenie i współudział w procesie tzw. integrowania, a w rzeczywistości wpychania Polski do Unii Europejskiej, czego skutki odczuwamy dziś boleśnie wszyscy na własnej skórze.
Poza tym dotkliwe straty moralne poniósł z tego tytułu sam polski ruch ludowy, którego sztandarowym reprezentantem jest PSL. Został on dotkliwie skompromitowany w oczach społeczeństwa, nie zawsze zorientowanego w różnych zakulisowych meandrach bieżącej polityki, gorszącymi przykładami, koniunkturalizmu, bezideowości oraz nie skrępowanej jakimikolwiek skrupułami gonitwy za groszem i posadami. W ten sam sposób polityka PSL została osądzona przez jego dotychczasowy elektorat wyborczy w wyborach prezydenckich 1995 r. i parlamentarnych 1997 r. Te ostatnie przyniosły w rezultacie drastyczną redukcję jego sejmowej reprezentacji (ze 130 do niespełna 30 mandatów).
Buńczuczna teza, że monopol polityczny na wsi tak czy owak wymusza – zwłaszcza przy domniemanej głupocie politycznej tam panującej – jej poparcie, nie znalazła odzwierciedlenia w praktyce. Ale nawet i ten lodowaty prysznic nie przyniósł oprzytomnienia.
Trudno dokładnie określić, jakie czynniki grają tutaj główną rolę: wygodnictwo, asekuranctwo, bojaźliwość i mało chlubna przyszłość czy też ewidentnie zła wola i maskowana ciągle wrogość do Polski – w każdym bądź razie „góra” PSL-owska obraca się do dnia dzisiejszego posłusznie – wyjąwszy propagandowe deklaracje co poniektórych jej członków, produkowane, jak się zdaje, wyłącznie na potrzeby ewoluującej coraz wyraźniej w kierunku antyunijnym opinii społecznej – w trybach przetaczającego się po naszym kraju unijnego walca.
Dokonują tej bardzo jednoznacznej krytyki, chciałbym od raz dokładniej wytłumaczyć i uzasadnić jej charakter, sprecyzować kryteria obrane za punkt wartościowania oraz podkreślić zawarte w niej przesłanie. Przede wszystkim nie chciałbym w żadnym przypadku niesprawiedliwie postponować kogoś, ani też komukolwiek ujmować zasług. Ściślej mówiąc, nie ma jakiejkolwiek politycznej i moralnej sankcji na to, by twierdzić, że wszystko co związane z PSL, jest złe, że związani z nim ludzie są bez wyjątków nieczuli na sprawy ojczyste, wreszcie, że w ciągu ostatnich lat PSL nic dobrego dla Polski nie zrobił. Rzecz w tym, że obowiązany jest podchodzić do zagadnienia z punktu widzenia całości, a nie poszczególnych, być może nawet pozytywnych, jej części.
Po pierwsze więc w ramach oceny czyjejkolwiek polityki prócz osiągnięć, trzeba zawsze w równym stopniu brać pod uwagę szanse i możliwości, jakie w rozpatrywanym czasie wystąpiły, a z różnorakich przyczyn zostały zaniechane i zmarnowane. Porównując zatem jedne do drugich, mam śmiałość stwierdzić, że to, czym PSL przysłużył się w ostatnich dziesięciu latach Polsce, jest niewspółmiernie nikłe w stosunku do tego, co w niejednej sprawie i niejednej sytuacji zrobić dla niej mógł, ale z możliwości tych nie skorzystał.
Poza tym, nie wolno budować rachub i nadziei politycznych na stwierdzanych pojedynczo, w różnych miejscach przykładach patriotyzmu i uczciwości. W istocie rzeczy, wszystkie te mogą nie mieć zgoła żadnego wpływu na rozwój wydarzeń w sytuacji, gdy zagrożenie szybko się potęguje i przybliża w czasie, a kierunek polityczny, firmowany przez jej kierownictwo jest dla Państwa i Narodu z gruntu szkodliwy. Stąd też w obecnym położeniu Polski zagadnieniem najbardziej istotnym musi być nie pytanie o proporcje patriotów i zdrajców oraz uczciwych i przekupnych w PSL, lecz pytanie o to, czy ta formacja polityczna jako całość gwarantuje nam szczerą i twardą walkę w obronie niepodległego państwa polskiego i interesów narodowych, Fakty dyktują odpowiedź jednoznacznie negatywną. Dostarczył jej chociażby odbyty nie tak dawno Kongres PSL, który pokazał, że szumnie lansowana frakcja narodowa nie jest żadną miarą władna zrobić porządku wewnątrz PSL. Pozycja tamtejszych kosmopolitów i oportunistów okazała się niepodważalna. Koronnym dowodem są ostatnie dokumenty programowe, wcale nie kryjące się z aprobatą PSL dla integrowania się z Unią Europejską.
W takiej sytuacji szermowanie ze strony PSL hasłem jedności ruchu ludowego jako świętością samą w sobie, stanowi w praktyce metodę paraliżowania wszystkich prób budowy na wsi zdrowej, politycznej alternatywy. Innymi słowy, mamy tu do czynienia z bardzo szczytną i na pozór właściwą ideą, wykorzystywaną jednakowoż w tym konkretnym przypadku do osłony polityki pod każdym względem niewłaściwej.
Przed mniej więcej dziesięciu laty, w okresie największego zawirowania na scenie politycznej, starły się ze sobą dwie przeciwstawne koncepcje rozwoju polskiego ruchu ludowego: tworzyć zdrowy polityczny ruch ludowy od podstaw, czy też reformować i uzdrawiać stare, nasączone różnymi szkodliwymi wpływami personalnymi i ideowymi struktury ZSL-owskie? Gotowe a przy tym potężne, zaplecze organizacyjno-ekonomiczne, wyniesione przez były ZSL z PRL-u, rychło przeważyło nad trudami i uciążliwościami, jakimi obarczone było budowanie nowej siły od podstaw. Do tego dołączył właśnie ów, zbyt powierzchownie rozumiany, argument konieczności doprowadzenia do jedności ruchu ludowego. Nie wzięto pod uwagę, że zupełnie czym innym jest jedność ludzi, bazujących bez wyjątku na wspólnych, mocno ugruntowanych wartościach patriotyczno-moralnych, a czym innym nieroztropne wymieszanie ich z ludźmi, co do których nie ma żadnej pewności, skąd przybyli, jakie cele mają na widoku i dokąd będą zmierzać. Rychło okazało się, że oznaczało to w efekcie utratę możliwości oddziaływania politycznego we właściwym kierunku przez wiele lat wskutek zmarnotrawienia tej całej energii i dynamizmu, którymi niezależny ruch chłopski dysponował w momencie startu do gry politycznej.
W rezultacie Stronnictwo Ludowo-Narodowe, przekształcone następnie w Przymierze Ludowo-Narodowe, stawało do działalności politycznej w wyjątkowo niesprzyjających warunkach społeczno-politycznych. Społeczeństwo, które na skutek przewrotnych manewrów różnych, odgórnie lansowanych pseudopatriotycznych organizacji znalazło się w stanie kompletnego zagubienia i dezorientacji, długo nie dostrzegało palącej potrzeby zorganizowania się politycznego w sposób oddolny. W tym stanie rzeczy praca polityczno-organizacyjna wymagała niejednokrotnie wielkiego hartu ducha, a nawet samozaparcia. Czynnikiem, który najbardziej mobilizował do pracy wbrew wszystkim trudnościom i przeszkodom, była świadomość, że nowo powstająca organizacja polityczna jest Polsce ogromnie potrzebna i co za tym idzie, że fakt ten wcześniej czy później dotrze do mas społecznych. Jak się okazało, trzeba było się uzbroić w ogromną cierpliwość. Dopiero w ostatnich miesiącach Przymierze Ludowo-Narodowe mogło wypłynąć na szersze wody. Rozwija się ono dalej, co prawda, dość powoli, co należy wiązać przede wszystkim z bardzo niekorzystnymi warunkami działania, jakie zostały przez obecny system rządzący narzucone wszystkim autentycznie polskim inicjatywom politycznym. Niemniej mamy dziś pełną podstawę, by stwierdzić, że trwałe podwaliny pod partię narodowo-chłopską zostały już położone. Od postawy współrodaków, zarówno ze wsi jak, i z miasta zależy, czy szansa, jaką PLN niesie ze sobą dla Polski, zostanie wykorzystana, czy też zmarnowana.
|
|